[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Margaret, która bardzo tego nie lubi, jest trochę przerażona.Björn został u dziadków.Na molu rybackim zbiera się kilka osób.Silnik statku zaczyna terkotać — dźwięk ten towarzyszyć nam będzie przez dwie i pół doby.Stateczek nasz zboczył z drogi na północ, wpływając do małego fiordu po śledzie, potrzebne na przynętę przy połowie dorszy.Zabraliśmy czterdzieści skrzynek, to znaczy prawie osiemdziesiąt tysięcy sztuk.Nie są one tanie — ze zdziwieniem dowiedziałem się, że skrzynka kosztuje aż dwadzieścia pięć koron.Przed wyruszeniem na pełne morze statek musiał jeszcze zaopatrzyć się w lód.Popłynęliśmy w jednym z fiordów do pomostu, z którego spuszczono rury półmetrowej średnicy wprost do wnętrza kutra.Minęło niespełna pół godziny i wnętrze zasypane zostało pięcioma tonami drobno pokruszonego lodu.Wysiadłem na ląd, aby obejrzeć składnicę lodu.Mniej więcej o kilometr od brzegu zamknięto tamą dwudziestometrowej wysokości dość dużą kotlinkę, w którą z hukiem wpadają strumienie z okolicznych gór.W zimie woda zamarza, a w ciągu chłodnego północnego lata taje zaledwie cienka warstewka.W ten sposób ilość lodu z roku na rok powiększa się, mimo że wiele go wywożą statki rybackie.Lód, rąbany na duże kawały, transportowany jest za pomocą tak zwanych „łańcuchów bez końca” na pomost nadbrzeżny, gdzie kruszą go mechaniczne tłuczki.W nocy, gdy wypłynęliśmy już z fiordów, a statek kołysał tak mocno, że trudno było zasnąć, uprzyjemniałem sobie czas obliczaniem przypuszczalnych zysków rybaków.Niewesoły był rezultat rozmyślań — bardzo ciężką pracą okupują ludzie Morza Północnego swe niewielkie zarobki.Jeśliby nawet już po miesiącu udało się naszemu kutrowi powrócić z maksymalnym ładunkiem ryb, to na każdego z rybaków wypadnie zaledwie po kilkadziesiąt koron, a na statek czterysta do pięciuset koron, wliczając w to wydatki na naftę do motoru.Na morzu „lekka mgła.Znów mgła.Fala duża, a maszyna trzęsie statkiem niemiłosiernie.Margaret kładzie się natychmiast.Ból głowy — pierwsze objawy choroby morskiej.Ja trzymam się dobrze, mimo że jest to ósmy dzień podróży od dnia wyjazdu z Warszawy.To zasługa mnóstwa nowych wrażeń.Następnego dnia morze jest jeszcze bardziej rozkołysane.Wieczorem słyszymy już sygnały radiostacji na Wyspie Niedźwiedziej.Ölen, uprzedzony z Tromsö o naszym wyjeździe, przesyła nam pozdrowienia i dodaje otuchy Margaret — wie, że morze jest wzburzone, gdyż w okolicy wyspy panuje silny sztorm.Jakżeby mogło być inaczej? Odpowiedzieć nie możemy — na naszym kutrze nie ma stacji nadawczej.I tak dobrze, że mamy niezły odbiornik, bo przecież przy małych dochodach rybaków każda inwestycja wymaga dużego zastanowienia.Co prawda radio jest dla kutrów rybackich w dzisiejszych czasach nieodzowne: sześć razy dziennie odbierają przezeń bardzo dokładne komunikaty o stanie pogody na morzu i dwa razy na dobę — rezultaty połowu w różnych okolicach morza.Gdy wiadomo, że dany statek trafił na wielką ławicę, inne statki kierują się w jego tropy.W czerwcu największa obfitość ryb znajduje się w okolicach Wyspy Niedźwiedziej, obecnie kutry kierują się bardziej na północ, aż do 77° szerokości północnej.Wędrówki ryb są już dokładniej zbadane i rybacy nie potrzebują, tak jak to było dawniej, próbować połowu kolejno w różnych punktach.Trzeci dzień.Morze wzburzone jeszcze bardziej.Nad statkiem zwisają ołowiane chmury.Zapach ropy miesza się ze słonym, ożywczym oddechem morza.Chwilami z pokładu przebłyskuje niebo gdzieś w okolicach czubków masztu.Po bokach olbrzymie, szarozielone masy wody.Temperatura nie przekracza 2° powyżej zera.Zgęszczająca się mgła jest najlepszym wskaźnikiem, że znajdujemy się w okolicach Wyspy Niedźwiedziej.Nie wiemy jednak, czy kierować się bardziej na wschód, czy na zachód.Brak słońca od dwóch dni nie pozwolił na określenie położenia statku za pomocą sekstansu.Kapitan robi więc pomiary głębokości morza i odnajdując odpowiednie cyfry na mapie, wyznacza miejsce, w którym przypuszczalnie znajdujemy się w tej chwili.Około godziny 16 mgła powoli zaczyna rzednąć i rozpraszać się.W pewnej chwili odsłania cały horyzont, jedynie na wprost nas widzimy wielkie kłębowisko mgieł.Po godzinie drogi przez poszarpane zasłony mgieł ukazują się olbrzymie, czarne skały południowych brzegów wyspy.Serce bije mi mocniej.Widok ten oglądam po raz trzeci, ale zawsze z jednakowym wzruszeniem witam znajome mi kontury wyspy pod ciężkim nawisem chmur.Ta czarna, czterystumetrowa, prostopadła ściana ma w sobie coś groźnego, ponurego, a tak bardzo sercu bliskiego.Proszę kapitana, żeby podpłynął jak najbliżej.Słyszymy krzyk tysiącznych rzesz ptaków.Mimo bardzo marnego światła próbuję filmować.Chciałbym przywieźć obraz tej wyspy dla siebie i tych, którzy się nią interesują.Powoli stateczek posuwa się wzdłuż brzegów.Przepływamy koło Góry Niedoli — szczyt jak zawsze spowity we mgle.Szara zasłona zwolna rozsuwa się, rzednie, wreszcie niknie zupełnie w czerwonych promieniach słońca [ Pobierz całość w formacie PDF ]