[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.–To prawda – zgodził się Rodgers – ale nawet gdyby byli w pobliżu pałacu,niewieleby to dało.Nie mogą przygotować żadnego planu, nie wiedząc, gdzie jest Amadori.Poza tym,nie możemy jeszcze być pewni, że istotnie tam się zaszył.Hood patrzył na satelitarne zdjęcie żołnierzy na dziedzińcu.Było ich conajmniejdwustu, w niewielkich grupkach, jak się wydawało, odbywających musztrę.Paulowiprzypomniały się zdjęcia Gwardii Republikańskiej Saddama Husajna odbywającejćwiczeniaprzed jego rezydencją w przeddzień Pustynnej Burzy.Prężenie muskułów.Był pewien, że w środku jest Amadori.–Mike, musimy pamiętać o tym, że jest tam też María – bez żadnego wsparcia.Niemożemy na to pozwolić.Chwila ciszy, a potem głos Rodgersa.–Myślę dokładnie tak samo, ale, widzisz, najpierw zbadaliśmy zdjęcia, terazbrniemyprzez plany pięter.Niełatwo dostać się do środka.–Nie muszą dostawać się do wewnątrz.Na razie chcę mieć na miejscu jakąś siłę,której będę mógł użyć w każdej chwili.Darrell będzie się z nimi kontaktowałprzez IsziegoHondę.–To da się zrobić, ale celem misji jest Amadori, a my nadal nie mamy pewności,czyna pewno tam przebywa.Musimy to rozstrzygnąć.Hood nie miał pretensji do Rodgersa.Generał robił dokładnie to, co należało dojegoobowiązków.Rozważał możliwości i wskazywał zagrożenia.–Jeśli okaże się, że jest gdzie indziej, ściągniemy Iglicę – zadecydował Hood.–Amoże, kto wie, sukinsyn sam się pokaże i oszczędzi nam kłopotów?Rodgers głośno westchnął.–To mało prawdopodobne, Paul, ale dobrze, wydam polecenie Brettowi.Dlaporządkuchciałem tylko przypomnieć, że María znalazła się w środku na własną rękę, bezżadnegorozkazu.To nie nasz interes ma na uwadze, lecz interes swojego kraju.Wiem,brzmi tobrutalnie, ale oddziału, który będzie potrzebny do wykonania właściwego zadania,niemożemy ryzykować tylko po to, żeby ją odbić.–Będę o tym pamiętał – mruknął Hood.Rodgers rozłączył się, Hood wyłączyłmonitori zgasił lampę.Siedział z przymkniętymi oczyma.To wszystko nie miało najmniejszego sensu.Trzymać się zębami i pazuramizajęcia,który skazywało na samotność, odrywać od rodziny, a często także i odnajbliższychwspółpracowników.Być może dlatego tak mu doskwierała sytuacja Maríi.Także iona byłazdana tylko na siebie.Nie, nie zapomni o celu misji, ani o tym, że nie można lekkomyślnie szafowaćżyciemludzi z Iglicy.Ale nie wolno mu też zapomnieć o Marcie Mackall.I z pewnościąnie będzieprzyglądał się bezczynnie temu, jak następna kobieta staje bezbronna wobecoprawców wpięknym, słonecznym Madrycie.28Wtorek, 08.36 – MadrytMaría szła korytarzem za młodym oficerem, pewna, że za chwilę stanie przedobliczem samego Amadoriego.Ani kapitan, ani generał nic by nie zyskali nazwodzeniu jej.Musieli być ciekawi, jakie ma informacje.Gdyby jej nie ufali, wtedy miałaby zasobą kogoś zbronią gotową do strzału.Tak czy owak, była nieco zaskoczona łatwością, z jaką udało jej się podejśćkapitana iprzez chwilę przemknęła jej przez głowę myśl, czy aby tamten nie byłsprytniejszy niżprzypuszczała.Kiedy skręcił w lewo, przystanęła.–Sądziłam, że idziemy do generała – rzekła.–I tak jest – odparł kapitan i wskazał w przeciwnym kierunku niż SalaHalabardników.–Więc nie w Sali Tronowej? – spytała nieufnie.–W Sali Tronowej? – powtórzył kpiącym tonem.– Nie byłoby to nazbytpompatyczne?–Czy ja wiem? Wydaje mi się, że cały pałac jest dość pompatyczny.–Nie wtedy, kiedy król powraca do Madrytu i musimy zadbać o jegobezpieczeństwo.Obie rezydencje trzeba otoczyć ochroną.–A ci wartownicy…–Przecież nie można pozwolić, żeby jeńcy wdarli się do Sali Tronowej.– Kapitankiwnął głową w kierunku, który wskazał ręką.– Generał ze swoimi doradcami jestw jadalni.Patrzyła na niego i teraz już nie wierzyła.Nie wiedziała, czemu, ale niewierzyła.–Problem zresztą nie polega na tym, gdzie jest generał – ciągnął kapitan – leczna tym,czy ma pani mu do przekazania coś ważnego, czy też nie.Więc jak, senoritaCorneja,idziemy?Teraz nie miała już wyboru.–Idę – powiedziała.Oficer odwrócił się i ruszył przed siebie energicznie, ona zaś podążyła za nim,zachowując dystans kilku kroków.Pod ścianami przesuwali się żołnierze;niektórzyeskortowali jeńców, inni przenosili sprzęt telefoniczny i komputerowy.Nikt niezwracał nanich uwagi.Nie czuła się zbyt pewnie, ale nie mogła tego po sobie pokazać.–Chce pan papierosa? – spytała i nie czekając na odpowiedź, wydobyła z kieszeninapiersi paczkę i pudełko zapałek.–Nie, dziękuję – odpowiedział – i mówiąc szczerze, pani też bym odradzał.Rozumiepani, to prawdziwy zabytek, jakiś ogień zaprószony przez nieuwagę…Oczekiwała podobnej odpowiedzi.Idąc przodem, nie mógł dostrzec, że zanim napowrót umieściła paczkę w kieszonce, najpierw wbiła zapałkę w tytoń, a papierosawsunęła wspodnie z przodu.Teraz miała przynajmniej jakąś broń.Jadalnia znajdowała się po drugiej stronie Sali Muzycznej, której oknawychodziły naCampo del Moro, Obóz Maurów.Park rozpościerał się na miejscu, gdzie wjedenastym wiekustacjonowały oddziały potężnego emira Ali bin-Yusufa.Stanęli przed drzwiamiSaliMuzycznej.Kapitan zapukał i uśmiechnął się do Maríi.Przyglądała mu siępodejrzliwie.Kiedy drzwi uchyliły się, wyciągnął rękę.–Pani przodem – rzekł.W pomieszczeniu było ciemno i oczy potrzebowały chwili, aby do tego przywyknąć.W cieniu po prawej coś poruszyło się w jej kierunku, kiedy jednak odskoczyła,wpadła nakapitana, który gwałtownie pchnął ją do środka.Jednocześnie poczuła, jak ktośchwyta ją zaramiona i ciągnie.Straciła równowagę i poleciała na twarz, by natychmiastpoczuć stopęmiędzy łopatkami.Zapaliło się bursztynowe światło, a jakieś ręce starannie ją obmacały wposzukiwaniubroni, by następnie pozbawić paska, zegarka i paczki papierosów.Potem ktoś brutalnie szarpnął ją za włosy; poczuła straszliwy ból w karku, gdyżnogamocno wciskała jej pierś w podłogę.Przed nią pojawił się kapitan i przystawiłjej podeszwędo czoła.Kiedy pocisnął, ból stał się niemal nie do zniesienia.–Spytała mnie pani, czy zdobędziemy informacje na czas.– Uśmiechnął się zimno.–No cóż, senorita, jestem pewien, że tak.Tak jak jestem pewien, że wiele osóbnie opuści jużpałacu.I tego, że zwyciężymy, i że nowy naród nie narodzi się bez bólu,cierpienia i, conajważniejsze, woli.Woli uzyskania tego wszystkiego, co nieodzowne dozwycięstwa.Skóra szyi straszliwie uciskała na krtań.Obręcz bólu zaciskała się na karku [ Pobierz całość w formacie PDF ]