[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Dla Ruth, dla Churcha, dla Sprawy.Nie możesz ich zawieść.Tom uświadomił sobie, że mężczyzna mówi do siebie, niczym sportowiec przed meczem albo bokser przed walką.Londyńczyk chodził tak kilka minut, obmyślając strategię.– Dobra nasza – oświadczył w końcu.– Poukładałem sobie wszystko w głowie, a teraz się przekimam.Szkot zostawił go samego, nie zdradzając ani słowem, że reakcja Yeitcha zrobiła na nim spore wrażenie.Ustaliwszy, co go czeka, mężczyzna zamieniał się w maszynę: nie paraliżował go strach ani nie zaślepiała pewność siebie.Dzięki dobremu wpływowi Ducha Pendragona, skupiał się po prostu na sprawnym wykonaniu zadania.Tom mógł mieć tylko nadzieję, że to wystarczy.Veitch nie wiedział jak długo spał – przebywając na Dworze, nie dało się ocenić, jaka jest pora dnia – ale po przebudzeniu czuł się jak nowonarodzony.Z mięśni zniknęło zmęczenie.Był gotowy na podjęcie nowych wyzwań.Nadal doskwierał mu głód, pocieszał się jednak myślą, że już niedługo naje się w swoim świecie.Tom dołączył do niego, gdy tylko usłyszał, że jego kompan krząta się już po pokoju.Razem wyszli na korytarz, gdzie czekał Melliflor.Veitch łudził się jeszcze, że Królowa przyjdzie się z nimi pożegnać, ale tak się, rzecz jasna, nie stało.Przywódca strażników zaprowadził ich za to do zbrojowni.Było to długie pomieszczenie o nisko wiszącym stropie i ścianach obwieszonych najróżniejszymi rodzajami oręża.Londyńczyk upatrzył sobie topór z wiszącą u rękojeści kolczastą kulą, ale gdy go podniósł, narzędzie zmieniło kształt.Odłożył je szybko zdegustowany.Spędziwszy piętnaście minut na przeglądaniu ton żelastwa, doszedł do wniosku, że pozostanie przy swoim mieczu i kuszy.Łatwiej poszło ze zbroją.Pod nadzorem Melliflora trzech innych członków straży dobrało dla Veitcha jej fragmenty: mocowany skórzanymi paskami napierśnik ze srebrnym filigranem, naramienniki i bogato zdobiony szyszak podobny nieco do hełmu centuriona.Londyńczyk zachodził w głowę, z czego też zbroję zrobiono, ponieważ była tak lekka, że mógłby w niej wędrować godzinami.Okazało się jednak, że przeznaczono już dla niego inny środek transportu niż własne nogi.Po zbrojowni zawitali do stajni z imponującą liczbą koni.– Wykradzione z naszego świata – mruknął Tom – żeby niżsi w hierarchii Tuatha de Danaan też mogli szybko się przemieszczać.– Kiepsko to widzę – wyznał Veitch.– Nigdy nie jeździłem konno.Na twarzy Melliflora pojawił się okrutny uśmiech.– Trochę przy nich pomajstrowaliśmy i teraz nie sprawiają żadnych kłopotów.Wskazał zachęcającym gestem na białego ogiera, ale Veitchowi nie przypadł on do gustu.– Rzuca się w oczy jak lamborghini – wyjaśnił, kierując się w stronę skromnego kasztanka.Gdy dosiadł wybranego przez siebie konia, Melliflor ujął uzdę zwierzęcia i podprowadził je do ściany.Machnął ręką.Stajnia zatrzęsła się, a kamienny mur rozstąpił, odsłaniając szczyt wzgórza z widokiem na Loch Ness.Świtało.Nad jeziorem unosiły się strzępki mgły.Pachniało sosnami.Dookoła panowała idealna cisza.Londyńczyk zerknął na Toma.Nie wiedział, co powiedzieć, więc pomachał tylko nieśmiało.W odpowiedzi rymopis skłonił głowę.Obaj rozumieli dobrze, ile emocji kryją te proste gesty.Veitch spiął konia i pogalopował ku jezioru.Morze kłębiącej się ciemności smagało niecierpliwymi falami zbocza Mam Tor.Church przyglądał się z góry temu przerażającemu zjawisku, obojętny na uroki kolejnego upalnego dnia.Stopniowo ogarniała go coraz większa beznadzieja.– leszcze trochę, a zaczną się wspinać.Drgnął.Nie zdawał sobie sprawy, że stoi za nim Laura.– Lepiej o tym nie myśleć.– Tak, tak.Skoro chcesz schować głowę w piasek, może przynieść ci łopatkę?Church zmusił się do bladego uśmiechu – nie był w nastroju do żartów.Dziwił się sam sobie, że jeszcze się nie załamał.Siedzieli odcięci od świata w kryjówce, która lada chwila mogła być odkryta, a stan Ruth systematycznie się pogarszał.– Ani śladu naszych? – Położywszy mu dłoń na ramieniu, Laura wytężyła wzrok.Mieli taki zwyczaj, że codziennie zadawała mu z ironią to pytanie.– Może jutro.– Starał się wykrzesać w sobie nadzieję, ale nie wierzył, że ktokolwiek z nich wróci.Nie było ich już tak długo.Jak mieliby zresztą przedrzeć się przez otaczające górę wojska? Miał rację, mówiąc Laurze, że lepiej było o tym nie myśleć.– Ruth prosi, żebyś do niej zajrzał.– Dziewczyna uparcie wpatrywała się w horyzont, byle tylko nie zerkać w dół na nieprzebrane masy Fomorian.– Jak się czuje?– Od pewnego czasu przynajmniej nie bredzi.Ruth coraz rzadziej była w pełni świadoma.Nad ranem miewała ataki: wiła się i okładała rękami.Bali się, że będą musieli ją krepować.Jej krzyki wyrywały ich ze snu.Budzili się zlani zimnym potem, nie wiedząc, czy czasem nikt nie usiłuje jej zabić.Czasem rozmawiała z niewidzialnymi gośćmi.Jej towarzysze nie mogli wtedy zasnąć.Powłócząc nogami, Church ruszył w kierunku domu, ale Laura dogoniła go już po kilku krokach, przycisnęła do siebie i wpiła się mocno w jego wargi.Było to szokujące u osoby tak zamkniętej w sobie.– To z jakiej okazji? – spytał, milo zaskoczony.– A co, nie może być bez powodu? Przecież cię kocham.Odwróciła się na pięcie i odeszła, zanim zorientował się, co mu wyznała.Rozmyślał o tym po drodze, ale zapomniał o Laurze i jej pocałunku, gdy tylko zobaczył Ruth.Jej bladą cerę podkreślały fioletowe worki pod oczami i ciemny kolor mokrych od potu loków.Z dnia na dzień miała coraz bardziej zapadnięte policzki.Pod śpiworem sterczał nabrzmiały ciążą brzuch.Church podejrzewał, że kobieta nie dożyje pierwszego sierpnia, Jakaś część jego osobowości, z która nigdy nie stanął twarzą w twarz, miała nadzieję, że tak właśnie się stanie.Nie musiałby jej wtedy sam zabić.Chociaż wszedł do środka na palcach, chora uniosła głowę.– Hej.Widzę, że się trochę opaliłeś [ Pobierz całość w formacie PDF ]