[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.-Mowilem panu, zeby sie pan nie zajmowal ta sprawa.-Nie jest pan Panem Bogiem.Nie jest pan nawet Jezusem Chrystusem.Zaciagnalem sie drugi raz papierosem.Gdzies gleboko w srodku zapieklo mnie do zywego, ale dym zaczynal nabierac smaku.-Zdumialby sie pan, ile moge panu narobic klopotow.-Prawdopodobnie.-Czy wie pan, dlaczego tego dotychczas nie zrobilem?-Owszem.-Dlaczego?Czujny jak terier, pochylil glowe troche do przodu z tym kamiennym wyrazem oczu, ktorego oni wszyscy nabieraja predzej lub pozniej.-Bo nie mogl mnie pan znalezc.Wyprostowal sie i zakolysal na pietach.Twarz mu sie troche spocila.-Myslalem, ze pan co innego powie - przyznal.- I wtedy bylem gotow trzepnac pana w nos.-Nie zlaklby sie pan dwudziestu milionow dolarow.Ale musi pan sluchac rozkazow.Oddychal ciezko, z rozchylonymi ustami.Bardzo powoli wydobyl z kieszeni paczke papierosow i naddarl opakowanie.Palce mu sie troche trzesly.Wlozyl w usta papierosa i podszedl do stolu z gazetami po zapalki.Ostroznie zapalil papierosa, polozyl zapalke na popielniczke, nie na podloge, i wciagnal dym.-Udzielilem panu telefonicznie pewnej rady pare dni temu - powiedzial.- To byl czwartek.-Piatek.-Tak.piatek.Rada nie poskutkowala.Potrafie zrozumiec, dlaczego.Ale wowczas nie wiedzialem, ze ukrywa pan dowody.Zalecalem panu tylko pewna linie postepowania, ktora w tym przypadku wydawala sie godna zalecenia.-Jakie dowody?Popatrzyl na mnie w milczeniu.-Napije sie pan kawy? - zapytalem.- To pana moze uczlowieczy.-Nie.-Ja sie napije.Wstalem i ruszylem do kuchenki.-Niech pan siada - szczeknal Randall.- Jeszcze bynajmniej nie skonczylem.Nie zatrzymalem sie, wyszedlem do kuchenki, nalalem wody do czajnika i postawilem na gaz.Napilem sie z kranu zimnej wody raz i drugi.Nalalem sobie po raz trzeci, ze szklanka w reku stanalem w drzwiach i spojrzalem na niego.Nie poruszyl sie przez ten czas.Po jednej stronie dym z papierosa rozsnul sie prawie dotykalnym welonem.Patrzyl w podloge.-Co bylo zlego w tym, ze poszedlem do pani Grayle, kiedy mnie wezwala? - zapytalem.-Nie o tym mowilem.-Rzeczywiscie.Ale przedtem o tym pan mowil.-Ona pana nie wzywala.- Podniosl oczy, ktore znow mialy ten kamienny wyraz.I znowu rumieniec barwil jego ostre kosci policzkowe.- Narzucil jej sie pan, gadajac o skandalu, i wreszcie szantazem pan ja zmusil, zeby pana zaangazowala.-Smieszne.Tak jak ja to pamietam, to nawet nie mowilismy o engagement.I nic nie znalazlem w jej opowiadaniu, to znaczy nic, o co moglbym zahaczyc zeby.Od czego moglbym zaczac.I oczywiscie zakladalem, ze panu juz te historyjke opowiedziala wczesniej.-Tak jest.Ta knajpa z piwem na Santa Monica to melina.Ale to nie ma zadnego znaczenia.Tam nic sie nie moglem dowiedziec.Hotel naprzeciwko tez jest podejrzany.Ale nie ma w nim nikogo z tych, ktorych szukamy.Drobne zlodziejaszki.-Ona panu mowila, ze sie jej narzucilem?Spuscil troche oczy.-Nie.Usmiechnalem sie drwiaco.-Napije sie pan kawy?-Nie.Wrocilem do kuchenki, zalalem kawe i czekalem, az sie przesaczy.Tym razem Randall wszedl za mna i teraz on stanal w drzwiach.-Ci bajterzy grasuja po Hollywood i okolicy juz dobre dziesiec lat, o ile wiem - powiedzial.- Tym razem posuneli sie za daleko.Zabili czlowieka.Zdaje mi sie, ze wiem, dlaczego.-Ba, jezeli to robota gangu i pan go przyskrzyni, bedzie to pierwsze wykryte morderstwo gangu, odkad tu mieszkam.A moglbym wymienic i opisac panu co najmniej kilkanascie takich morderstw.-To mile z pana strony, ze pan tak mowi, Marlowe.-Moze mnie pan poprawic, jesli sie myle.-Cholera - zaklal ze zloscia.- Nie myli sie pan.Ze wzgledu na opinie wykryto ze dwa, ale to byla robota zwyklych rzezimieszkow.Jakis dudek posluzyl sie nimi dla kariery.-Racja.Kawy?-Jezeli sie napije, bedzie pan ze mna gadal przyzwoicie, jak mezczyzna z mezczyzna, bez tych glupich kawalow?-Sprobuje.Nie obiecuje, ze wygadam panu wszystkie moje domysly.-Obejde sie bez nich - powiedzial kwasno.-Niebrzydki garnitur ma pan na sobie.Rumieniec znowu zabarwil mu twarz.-To ubranie kosztuje bardzo tanio - odszczeknal.-O Jezu, jakis delikatny glina - rzucilem, znowu podchodzac do kuchenki.-Ladnie pachnie.Jak pan ja zaparza?Nalalem.-Mam francuska maszynke.Grubo zmielona kawa.Bez bibulowego filtra.Wyjalem z szafki cukier i smietanke z lodowki.Usiedlismy naprzeciwko siebie.-Czy to byl kawal, ta historia, ze pan chorowal i byl w szpitalu?-Zaden kawal.Wpakowalem sie w awanture.w Bay City.Przymkneli mnie.Nie w mamrze, na prywatnej kuracji narkotykami i alkoholem.W jego oczach odbilo sie zamyslenie.-Bay City, hm.Pan, Marlowe, woli takie trudniejsze sposoby.-Nie o to chodzi, ze ja wole trudniejsze sposoby.Idzie o to, ze zycie mnie nie glaszcze.Dwa razy mnie ogluszono, a drugi raz zrobil to policjant albo tez facet, ktory wygladal na policjanta i za takiego sie podawal.Zbito mnie moim wlasnym pistoletem i przydlawil mnie krzepki Indianin.Kiedy bylem nieprzytomny, wsadzili mnie do tego szpitala dla narkomanow i przetrzymali tam pod kluczem, chyba przez jakis czas zwiazanego.I niczego tu nie moge dowiesc, poza tym, ze rzeczywiscie dorobilem sie pieknej kolekcji siniakow i ze porzadnie mi pokluli lewa reke.Wpatrywal sie uparcie w rog stolu.-W Bay City - powtorzyl powoli.-Ta nazwa brzmi jak piosenka spiewana w brudnej wannie.-Co pan tam robil?-Nie ja tam jezdzilem.To te gliny mnie przewiozly przez granice stanu.Pojechalem zobaczyc sie z facetem w Stillwood Heights.To jest w Los Angeles.-Facetem, ktory sie nazywa Jules Amthor - powiedzial spokojnie.- Po co pan wedzil te papierosy?Wlepilem wzrok w swoja filizanke.Niech go licho, tego glupka!-Dziwnie to wygladalo, ze ten.Marriott.ma druga papierosnice.A w niej papierosy z marihuana.Zdaje sie, ze tam w Bay City robia je na podobienstwo rosyjskich papierosow, z pustymi ustnikami, herbem Romanowych, i tak dalej.Pchnal pusta filizanke w moja strone, wiec nalalem mu po raz drugi.Oczyma badal moja twarz zmarszczka po zmarszczce, skrawek po skrawku, jak Sherlock Holmes swoim szklem powiekszajacym albo Thorndyke mikroskopem.-Powinien mi pan byl powiedziec - zauwazyl z gorycza.Siorbnal kawy i otarl wargi jedna z tych wystrzepionych szmatek, ktore w wynajetych pokojach dostaje sie zamiast serwetek.- Ale to nie pan je zwedzil.Dziewczyna mi powiedziala.-Ach, dobrze juz, do diabla - odpowiedzialem.- Czlowiek w tym kraju nic juz nie moze zrobic.Wszedzie te baby.-Pan sie jej podoba - oznajmil Randall niczym grzeczny agent FBI z jakiegos filmu, troche smutny, ale bardzo meski.- Jej stary to byl najuczciwszy glina, jaki kiedykolwiek stracil prace.Nie powinna ich byla zabierac.Pan sie jej podoba.-To mila dziewczyna.Nie w moim typie.-Nie lubi pan milych dziewczyn? - palil juz nastepnego papierosa.Reka odpedzal dym od twarzy.-Lubie sprytne, szykowne dziewczyny, kute na cztery nogi i grzeszne do szpiku kosci.-Takie oskubia czlowieka do czysta - zauwazyl Randall obojetnie.-Jasne.Jakby mnie nikt nigdy nie oskubal.A to, co sie teraz dzieje, jak pan nazwie?Usmiechnal sie pierwszy raz tego dnia.Prawdopodobnie pozwalal sobie na cztery usmiechy dziennie.-Niewiele z pana mam - oswiadczyl [ Pobierz całość w formacie PDF ]