[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Lyn bała się mu przeszkodzić, bała się opuścić schronienie na polanie i ponownie wejść między gęste drzewa.To co teraz zrobisz? Będziesz tu sterczeć przez cały dzień?Niewiele myśląc, odepchnęła się od kamienia.Jeszcze tylko pięć minut i ponownie wybiegnie na otwartą przestrzeń.Otwarte łąki, otwarte jezioro, otwarte niebo - wyobraziła to sobie i niepokój nieco zelżał.Między mrocznymi drzewami pojaśniało, kilkaset metrów dalej zza konarów wychynęło słońce.Zaczęła się już odprężać i wtedy zobaczyła coś na ziemi.Przystanęła.Dokładnie pośrodku ścieżki leżał martwy królik.Jakby ktoś chciał go jej podarować.Nie, nie królik.Zając.Miał zmierzwioną i zakrwawioną sierść.Przedtem go tu nie było.Lyn rozejrzała się wokoło.Ale drzewa nie chciały jej podpowiedzieć, skąd się wziął, nie chciały nic zdradzić.Obeszła go z boku i puściła się biegiem przed siebie.To lis, pomyślała, ponownie wpadając w rytm.Pewnie go spłoszyła.Ale żaden lis, spłoszony czy nie, nie porzuciłby zdobyczy.Poza tym, zając nie wyglądał tak, jakby go upuszczono.Wyglądał tak, jakby.Celowo go tam podrzucono.Co za głupota.Odpędziła tę myśl i popędziła dalej.A potem wybiegła z lasu i zobaczyła jezioro.Niepokój zaczął powoli znikać, maleć z każdym krokiem.W pełnym słońcu zdawał się absurdalny.Nawet żenujący.Jej mąż Marcus mówił potem, że gdy wróciła do domu, w radiu nadawano wiadomości.Wkładając grzankę do tostera i krojąc banana, powiedział, że ledwie kilka kilometrów od ich domu znaleziono ludzkie zwłoki.Lyn natychmiast skojarzyła to sobie z martwym zającem i opowiedziała mu o swojej leśnej przygodzie, o tym, jak bardzo się przestraszyła.Ale teraz śmiała się z tego i żartowała, i zanim grzanka wyskoczyła z tostera, obydwoje uznali, że był to tylko nic nieznaczący incydent.Gdy wyszła spod prysznica, zaczęli rozmawiać o czymś innym.Rozdział 5Mackenzie przyjechał w połowie porannego dyżuru.Janice zawiadomiła mnie o tym, przynosząc kartę kolejnego pacjenta.Miała wielkie oczy, z ciekawości i zaintrygowania.- Policja do pana - szepnęła.- Inspektor Mackenzie.Nie wiem dlaczego, ale wcale mnie to nie zdziwiło.Spojrzałem na kartę.Ann Benchley, osiemdziesięcioletnia staruszka z chronicznym artretyzmem.Stała pacjentka.- Ilu jeszcze zostało? - spytałem, grając na zwłokę.- Razem z panią Benchley, jeszcze czworo.- Niech pani mu powie, że za chwilę.I poprosi panią Benchley.Była zaskoczona, ale nic nie powiedziała.Wątpiłem, żeby do tego czasu był w miasteczku ktoś, kto nie słyszał o zwłokach.Ale chyba nikt nie kojarzył ich jeszcze z Sally Palmer.Ciekawiło mnie, kiedy i kto zacznie.Dopóki Janice nie wyszła z gabinetu, udawałem, że przeglądam kartę pani Benchley.Wiedziałem, że Mackenzie nie przyjechałby do mnie, gdyby sprawa nie była naprawdę pilna, a wątpiłem, żeby któryś z moich pacjentów cierpiał na coś, co wymagało natychmiastowej interwencji.Nie byłem pewien, dlaczego kazałem mu czekać.Zrobiłem to pewnie dlatego, że nie miałem ochoty wysłuchiwać tego, co miał mi do powiedzenia.Myślałem o tym, rozmawiając z panią Benchley.Gdy pokazała mi swoje artretycznie powykręcane dłonie, zrobiłem współczującą minę, wypisując receptę, uspokajałem ją bezsensownie i pocieszałem, a gdy zadowolona wychodziła z gabinetu, uśmiechnąłem się do niej z roztargnieniem.Nie, nie mogłem tego dłużej odkładać.- Janice, proszę go wpuścić.- Chyba jest zły -szepnęła ostrzegawczo gosposia.Fakt, Mackenzie nie robił wrażenia rozradowanego policjanta.Miał czerwoną z gniewu twarz i wojowniczo sterczący podbródek.- Miło mi pana widzieć, doktorze - rzucił z nieukrywanym sarkazmem.W ręku trzymał skórzaną teczkę.Usiadł bez zaproszenia i położył ją sobie na kolanach.-W czym mogę panu pomóc, panie inspektorze?- Chciałbym wyjaśnić parę spraw.-Zidentyfikowaliście zwłoki?- Jeszcze nie.Wyjął torebkę miętówek i wrzucił jedną sobie do ust.Czekałem.Znałem zbyt wielu policjantów, żeby takie gierki mogły wyprowadzić mnie z równowagi.- Nie przypuszczałem, że są jeszcze takie miejsca- zaczął.- Wie pan, małe miasteczko, lekarz rodzinny, domowe wizyty.- Rozejrzał się po gabinecie.Jego wzrok spoczął na półce z książkami.- Sama psychologia.Interesuje się pan psychologią?- To książki mojego wspólnika.- Aha.Ilu macie pacjentów? Zastanawiałem się, dokąd to wszystko zmierza.- Pięciuset, może sześciuset.- Aż tylu?- Miasteczko jest małe, ale przyjeżdżają tu z całej okolicy.Kiwnął głową, jakby była to zwyczajna pogawędka.- Ale pracuje się tu trochę inaczej niż w dużym mieście.Prawda?- Chyba tak.- Nie tęskni pan za Londynem?W tym momencie wszystko zrozumiałem.I znowu bez specjalnego zaskoczenia.Poczułem tylko większy ciężar na barkach.- Proszę mi lepiej powiedzieć, z czym pan przychodzi.- Po naszej wczorajszej rozmowie przeprowadziłem mały wywiad.Cóż, ostatecznie jestem policjantem.- Spojrzał na mnie chłodno.- Ma pan imponujący życiorys, doktorze.Wiejski lekarz i coś takiego? Proszę, proszę.Rozpiął teczkę i teatralnym gestem zaczął przerzucać kartki.- Zrobił pan dyplom, a potem doktorat z antropologii.Piszą tu, że był z pana wybitnie zdolny naukowiec, zdolny i ambitny.Wyjechał pan do Stanów, wykładał pan na uniwersytecie W Tennessee, potem wrócił pan do Anglii i zrobił specjalizację z antropologii sądowej.Przekrzywił głowę.- Antropologia sądowa.Wie pan, jestem policjantem prawie od dwudziestu lat, ale nie wiedziałem, co to takiego.„Sądowa", tak, to jasne, ale antropologia? Zawsze myślałem, że antropolodzy badają stare kości.Trochę tak jak archeolodzy.Cóż, człowiek uczy się przez całe życie.- Nie chciałbym pana poganiać, ale czekają na mnie pacjenci.- Och, proszę się nie martwić, nie zabiorę panu więcej czasu, niż to konieczne.W Internecie znalazłem też kilka pańskich artykułów.Mają ciekawe tytuły.- Podniósł kartkę.- „Rola entomologii w oznaczaniu czasu śmierci".„Chemia rozkładu zwłok".Opuścił kartkę.- Bardzo to wszystko specjalistyczne.Dlatego zadzwoniłem do znajomego z Londynu; jest inspektorem tamtejszej policji [ Pobierz całość w formacie PDF ]