[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Ale ja wiem, że tak nie jest.Podczas marszu zmarły trzy osoby z mojej grupy.Jestem pewna, że ci dwaj, którzy odłączyli się od nas pierwszej nocy, też zginęli.Umieramy - rzekł Marak bez cienia wahania.- Niektórzy stracili życie podczas marszu.W wypadkach.Może ze starości.Szedł też z nami jeden chłopak.Nie był taki sam jak my, nigdy tak nie uważałem.Ale to był dobry chłopak.- Żałował, że nie może go zapytać, czy jego wizje też się różniły od pozostałych.Pomyślał o starcu, który zmarł.Jego wizje wydawały się inne.Nie podrygiwał wraz z pozostałymi.Te pytania zapoczątkowała Iia.Powiedziała, że wszyscy szaleńcy nie mają trzydziestu lat.On sam dorównywał wiekiem najstarszym w grupie.Więcej lat miał tylko starzec, który zmarł i którego szaleństwo wydawało się inne - starzec i chłopak nie podrygiwali wraz z pozostałymi, i najwyraźniej nigdy nie odczuwali tego pochylenia ku wschodowi.Sama przypadłość snuła sieć łączącą wszystkich prawdziwych szaleńców: Marak nie miał pojęcia, jak bardzo, dopóki nie zadał sobie pytań, które zadała Iia.Co więcej, sami szaleńcy byli zdumieni precyzyjnymi pytaniami, padającymi z ust jednego spośród nich, i zaczęli zadawać pytania, które ukrywali przez całe swoje życie.Zaczęli też na nie odpowiadać, i to twierdząco.Wywołało to dziwnie uniesienie.A nawet radosny śmiech.Wywołało też jednak niepokój.Było jedno pytanie, na które nikt z nich nie umiał odpowiedzieć: dlaczego wschód i dlaczego w ogóle istnieje szaleństwo?- Bogowie nas prowadzą - rzekł kamieniarz bez cienia wątpliwości w głosie.Marak żałował, że w nim nie ma takiej prostej wiary.Nie lubił myśleć o wieży.Nie miał pojęcia dlaczego.Cały czas, kiedy o tym rozmyślał, głosy szeptały cicho: Marak, Marak, Marak.Jakby ostrzegały go o niebezpieczeństwie - co czasami robiły.Nie potrafił jednak powiedzieć, gdzie ono leży.W Hati? Chyba nie.Na wschód, szeptały głosy; napięła mu się skóra na ramionach.Na wschód, na wschód, na wschód.Szybciej.Rozdział 7„Żadnemu człowiekowi nie wolno zanieczyścić studni.Ten, kto to zrobi, zostanie wygnany bez żywności i bez namiotu, a żadne plemię ani żadna wioska nie mogą udzielić mu schronienia”.- Księga KapłanówNoc po tym dniu nastała mglista i rozpalona jak piec; gwiazdy migotały na niebie.Beshti były rozdrażnione, nie mogąc napić się do woli.Jeden z niewolników został ugryziony w rękę przez zwierzę juczne tylko dlatego, że przeszedł po ciemku obok niego.Przewodnik karawany bardzo starannie zajął się raną, pokrywając ją maścią chroniącą przed owadami.Nie było to tylko postępowanie rozsądnego pana.Wiatr niósł na pustynię zapach krwi, a krew przyciągała plugastwo.Na zachód, na zachód, na zachód, mówiły tym razem głosy, lecz z nutą niepokoju, a nie zachęty.- Nadchodzi wiatr - rzekła Hati, poruszając lekko ramionami i Marak w końcu zrozumiał, co tak drażniło mu zmysły przez cały dzień.Wiatr.Wyczucie pogody już raz mu się przysłużyło podczas kampanii na Lakht.Pewnego dnia nie chciał wyprowadzić swoich ludzi.Nieprzyjaciel, ludzie Iii, stracili życie.Teraz było podobnie.- Kiedy? - zapytał Hati, a ona wzruszyła ramionami.Za dzień, może za dwa.Może wskaże to zachód słońca.Marak nie rozmawiał wiele z Obidhenem.Przewodnik i jego synowie, wyzwoleńcy i niewolnicy woleli własne towarzystwo, rządząc oddzielnymi namiotami, jadąc razem; wyzwoleńcy jechali ostatni, pilnując, by nikt nie został w tyle niezauważony.Bez zbytniej wylewności wydzielali Marakowi wodę i zapasy dla jego namiotu.Tego dnia nie byli zadowoleni: studnia z gorzką wodą, którą mieli nadzieję znaleźć dla zwierząt, zawiodła ich.Marak uznał, że powinien coś powiedzieć przewodnikowi, ostrzec go, bez względu na to, jak Obidhen mógłby to przyjąć.- Mam złe przeczucia co do pogody - tylko tak mógł sformułować swoją myśl.- An’i Keran też.Odpoczywali.Pod wieczór, kiedy jak zwykle powinni wyruszać, Obidhen zawołał do swoich synów i pomocników:- Wbijcie długie paliki.A potem z dłońmi zatkniętymi za szeroki pas podszedł do Ma-raka i powiedział:- Zgadzam się.Będzie wiało.Tej nocy nigdzie nie jedziemy.- Ach, tak - odparł Marak.- Rozumiemy.Na tę wiadomość wszyscy w jego namiocie dali wyraz uldze, która od razu udzieliła się też całemu obozowi, od namiotu do namiotu.Bezimienny strach przybrał teraz kształt i Marak słyszał, jak inni twierdzą, że wyczuli złą pogodę, a nawet spierają się, komu udało się to zrobić najwcześniej.Wybiegi i kłamstwa, do których się uciekali, dyscyplina, jaką sobie narzucili, by nie zdradzić swej przypadłości, zostały odrzucone.Zaczęli współzawodniczyć ze sobą w szaleństwie.Zbiorczym wrogiem była pustynia, a ich wewnętrzne demony stały się przewodnikami, obrońcami, sprzymierzeńcami.Niewolnicy rozpakowali długie paliki i dodatkowe liny; Marak polecił mężczyznom pomóc w ich rozkładaniu, podczas gdy syn przewodnika karawany i niewolnicy wbijali długie kotwiczące paliki głęboko w piach.Przymocowali do nich liny, które następnie poprowadzili serią węzłów ponad sklepieniem namiotu na drugą stronę.Kiedy powieje wiatr, utworzona w ten sposób mocna sieć z lin uchroni płótno przed rozdarciem.Słońce zaszło w ogniu, rozświetlając cały zachodni horyzont: Hati miała rację [ Pobierz całość w formacie PDF ]