[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Pociągnął łyk piwa i przytrzymał go w ustach, jakby zastanawiał się, czy nie warto splunąć.Ale doszedł do wniosku, że nie warto.Ktoś podszedł do wózka od prawej strony.Młody chłopak powiesił się niemal na oparciu, tym, w które wmontowany był telefon.–Mówiliśmy już, że to prywatne przyjęcie.Nie zostałeś na nie zaproszony.Herbert miał dość.Przybył tu na zwiad, chciał zebrać informacje, zrobić swoją robotę.Ci ludzie postawili go jednak w sytuacji „nieprzewidzianej", często spotykanej w operacjach z użyciem czynnika ludzkiego.Miał teraz przed sobą alternatywę.Może się wycofać, przy czym nie będzie w stanie wypełnić zadania i straci resztę szacunku dla samego siebie lub może zostać, narażając się na ciężkie lanie.Ma jednak szansę – niewielką szansę – przekonania tych śmieci, że siły, które niegdyś ich już powstrzymały, nadal istnieją i wcale tak bardzo nie osłabły.Postanowił zostać.Spojrzał chłopakowi wprost w oczy.–A wiesz, że nawet gdyby zaproszono mnie na waszą zabawę, nie przyjąłbym zaproszenia.Nie lubię towarzystwa popychadeł, zadaję się z tymi, którzy wydają rozkazy, a nie z tymi, którzy je wykonują.Niemiec nadal jedną ręką wspierał się na fotelu.W drugiej dzierżył kufel piwa.Patrząc w jego szaroniebieskie oczy Herbert dostrzegł jednak, jak uchodzi z niego powietrze, jak cała jego duma wylatuje z sykiem, pozostawiając pustą skorupę.Wiedział, co teraz nastąpi.Wsunął prawą dłoń pod oparcie wózka.Za całą broń Niemiec miał już wyłącznie piwo.Manifestując pogardę, przechylił kufel i powoli wylał je Bobowi na kolana.Bob Herbert przyjął policzek.Wydawało mu się ważne – pokazać, że potrafi przyjąć obrazę.Kiedy pijak skończył i odstąpił na bok, nagrodzony za swój wyczyn bardzo słabymi brawami, wyszarpnął spod oparcia przycięty kij od szczotki, wycelował go szybkim ruchem nadgarstka i mocno dźgnął napastnika w jądra.Facet z wrzaskiem zgiął się wpół, poleciał do tyłu i wylądował w ramionach przyjaciół.Nie wypuścił kufla; ściskał go w garści niczym króliczą łapkę na szczęście.Rozległ się krzyk i tłum zaszarżował, niemal w histerii.Herbert widział takie histeryczne tłumy przed amerykańskimi ambasadami i zawsze był to przerażający widok.Nagle w środku świata powstał mikrokosmos, w którym cywilizacja znikała, a ludzie zmieniali się w prymitywne drapieżniki.Zaczął się wycofywać.Pragnął oprzeć się plecami o ścianę, osłonić flankę i walić w tych Filistynów jak Samson, uzbrojony w oślą szczękę.Nagle poczuł szarpnięcie i zorientował się, że jedzie szybciej, niż byłby w stanie sam popchnąć wózek.–Halt! – krzyknął za nim jakiś zdyszany głos.Obejrzał się.Szczupły, mniej więcej pięćdziesięcioletni policjant zrezygnował z kierowania ruchem.Podbiegł i stał teraz za nim, trzymając rączki wózka i oddychając ciężko.Sprawiał wrażenie wstrząśniętego, choć piwnymi oczami patrzył na faszystów ze spokojną siłą.Z tłumu rozległy się okrzyki.Policjant odkrzyknął coś w odpowiedzi.Z tonu głosu i kilku słów, które zrozumiał, Herbert zorientował się, że naziści mówili policjantowi, co ten cudzoziemiec zrobił i że radzili mu, żeby zajął się własnymi sprawami.Policjant opowiedział im, że właśnie się nimi zajmuje.Że jego sprawą jest pilnowanie porządku nie tylko na ulicy, ale i na chodniku.Rozległy się gwizdy i pogróżki.Po krótkiej wymianie zdań, policjant zapytał Herberta po angielsku: – Ma pan samochód?–Tak.–Gdzie go pan zaparkował?Herbert wyjaśnił mu, gdzie zaparkował Mercedesa.Policjant nadal cofał jego wózek.Bob położył dłonie na kołach i zatrzymał go.–Dlaczego mam uciekać? – spytał.– Przecież to mnie napadnięto.– Ponieważ moim zadaniem jest zachowanie porządku – wyjaśnił policjant – a mogę go utrzymać tylko w ten sposób.Jest nas za mało, a podobne spotkania odbywają się w Bonn, w Berlinie, w Hamburgu.Bardzo mi przykro, Mein Herr, ale nie mam czasu zajmować się pańską sprawą.Pomogę panu dotrzeć do samochodu, by mógł pan opuścić tę dzielnicę miasta.–Ale przecież te sukinsyny mnie zaatakowały.– Herbert zdał sobie nagle sprawę, że nadal trzyma w dłoni kij.Schował go, nim policjantowi przyszło do głowy, żeby mu go odebrać.– Co by było, gdybym ich oskarżył, gdybym zdecydował się ujawnić przed sądem, co zrobili?–Przegrałby pan – stwierdził policjant.Obrócił wózek, tak że tłum znalazł się za ich plecami.– Powiedzieli, że ten człowiek chciał pomóc panu wjechać do piwiarni i że go pan uderzył.–Jasne, pewnie…–Powiedzieli też, że przez pana rozlał piwo.W najlepszym razie kazaliby panu za nie zapłacić.–I pan by w to wszystko uwierzył?–Nie ma najmniejszego znaczenia, w co bym uwierzył – stwierdził spokojnie policjant.– Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem uderzonego mężczyznę.Pan trzymał w ręku kij.To widziałem i to musiałbym umieścić w raporcie.–Rozumiem.Zobaczył pan mężczyznę w średnim wieku, jeżdżącego na wózku inwalidzkim, stojącego naprzeciwko dwustu zdrowych młodych faszystów i doszedł pan do wniosku, że to ja jestem tym złym facetem.–Bo w świetle prawa pan nim jest – stwierdził spokojnie policjant.Herbert pojął te słowa i kontekst, w jakim zostały wypowiedziane.Wielokrotnie słyszał je wypowiadane w Stanach w podobnej sytuacji; dotyczyły tam one innych kryminalistów, innych śmieci, lecz tak samo go zdumiewały.Przecież obaj wiedzieli, że sukinsyny łżą, lecz nikt nie miał zamiaru ukarać ich za to, co zrobili.l jak długo nikt z rządu i sił porządku nie zaryzykuje własnym bezpieczeństwem, tak długo wszystko będzie uchodzić im na sucho.W każdym razie Boba pocieszył fakt, że jemu też ujdzie na sucho.No i szturchnięcie tej świni w jaja niemal warte było piwnej kąpieli.Odjeżdżał, słysząc trąbiące nerwowo samochody; pod nieobecność policjanta na skrzyżowaniu natychmiast powstał potężny korek.Był niespokojny, rozdrażniony, wściekał się; uciekał, ale przysiągł sobie, że dorwie jeszcze tych łobuzów – nie tu, nie teraz, lecz gdzieś, kiedyś i to wkrótce.Mężczyzna wyszedł z tłumu przed piwiarnią.Wszedł do środka, przeszedł przez kuchnię, wyszedł na podwórko, wskoczył na kosz od śmieci i przeszedł przez ogrodzenie.Alejką na tyłach domów wyszedł na uliczkę, na której pojawili się Bob Herbert i policjant.Szli w kierunku zaparkowanego Mercedesa.Młody mężczyzna poszedł za nimi.Karin Doring nakazała mu obserwowanie każdego człowieka, który mógł ich obserwować.Sympatycy ruchu, nie związani z żadnym szczególnym ugrupowaniem, nawet by o tym nie pomyśleli.Śledził Boba i policjanta z dość dużej odległości.Widział, jak policjant pomógł kalece wsiąść do samochodu, jak umieścił wózek inwalidzki na specjalnym stanowisku z tyłu, jak stał czekając, aż Mercedes ruszy, po czym z wewnętrznej kieszeni bluzy wyjął pióro i telefon komórkowy.Podał typ i numer rejestracyjny odjeżdżającego Mercedesa.Kiedy policjant odwrócił się i ruszył szybko na skrzyżowanie, on odwrócił się także i wrócił do piwami.W chwilę później z parkingu trzy przecznice dalej wyjechała półciężarówka.27· Czwartek, 16.00 – Hamburg, Niemcy–Co się dzieje? – spytał Hood, szybko podchodząc do siedzącego przy komputerze Matta Stolla [ Pobierz całość w formacie PDF ]