[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Mężczyzna z fotografią podszedł do zbitej w kącie gromadki i wskazał dłonią.–Ta.O dziwo, wydawało się, że dopiero teraz dostrzegli O’Daya.Ranny zamrugał oczyma i wycelował w niego Kałasznikowa.Inspektor oderwał ręce od córki i uniósł je w górę.–Dosyć już padło ofiar – powiedział i nie musiał się bardzo starać, aby głos był drżący.Popełniłem błąd, sadzając tak Megan, pomyślał.Ten bandzior może strzelić w nią, żeby trafić mnie.Nagle poczuł skurcz mdłości.Powoli, ostrożnie uniósł dziewczynkę w powietrze i umieścił po swojej lewej stronie.–Nie! – powiedziała rozpaczliwie Marlene Daggett.–Dawaj ją tutaj! – powtórzył terrorysta.Posłuchaj ich, błagał kierowniczkę przedszkola w myślach O’Day.Pozostaw sprzeciw na lepszą okazję.Teraz nie będzie z niego żadnego pożytku.Kobieta nie mogła jednak usłyszeć jego myśli.–Szybciej!!!–Nieee!Z odległości metra terrorysta strzelił pani Daggett w pierś.* * *–Co to było? – zapytała ostro Price.Ritchie Highway nadjeżdżały ambulanse, których pulsujący sygnał wyraźnie różnił się od monotonnego zawodzenia syren policyjnych.W dole po lewej, policja stanowa blokowała dojazd do zagrożonego miejsca.Ręce nerwowo zaciskały się na rękojeściach rewolwerów; funkcjonariusze woleliby teraz być w miejscu, gdzie rozgrywał się dramat.Ich pełne irytacji zachowanie nie uszło uwadze zdumionych kierowców.Ci, którzy znajdowali się w bezpośrednim sąsiedztwie przedszkola Giant Steps, usłyszeli ponowny wybuch przerażonych pisków dziecięcych, ale mogli tylko zgadywać, co stało się ich przyczyną.* * *Kiedy siedział tak jak teraz, skórzana kurtka podjeżdżała do góry.O’Day wiedział, że z tyłu widać kaburę jego pistoletu.Nigdy dotąd nie oglądał z bliska morderstwa.Prowadził śledztwa w ich sprawie, ale widzieć jak ginie kobieta, która zajmowała się dziećmi… Jego twarz pełna była autentycznego przerażenia, jak twarz każdego człowieka, który patrzy, jak ktoś niewinny zostaje znienacka zabity.Mógł zrobić tylko jedno.Spojrzał znowu na nieruchome ciało Marlene Daggett i pożałował, że nie może jej zapewnić, iż jej mordercy nie opuszczą żywi tego budynku.Zakrawało na cud, ale żadne z dzieci nie zostało dotychczas ranne.Wszystkie pociski szybowały wysoko i O’Day zdał sobie sprawę z tego, że gdyby Anne go nie przewróciła, najprawdopodobniej leżałby teraz obok swojej córki martwy.Ścianę podziurawiły pociski, które przeleciały na wysokości torsu inspektora.Zerknął w dół i zobaczył, że ręce mu się trzęsą.Dobrze wiedziały, co powinny zrobić.Znały swe zadanie i nie rozumiały, dlaczego go nie wykonują, dlaczego kontrolujący je umysł nie daje na to pozwolenia.Musiały się jednak uzbroić w cierpliwość.Na razie główną pracę wykonywał umysł.Terrorysta postawił Katie Ryan na nogi jednym szarpnięciem; dziewczynka krzyknęła z bólu, gdy wykręcił jej rękę.O’Dayowi przypomniał się jego pierwszy zwierzchnik, który prowadził sprawę kidnapingu.Dom DiNapoli, wielki, twardy facet, płakał, zwracając dziecko rodzicom, a do swoich ludzi powiedział: – Pamiętajcie, wszystkie dzieci są nasze.Równie dobrze mogliby wziąć Megan, która siedziała tak blisko.Ledwie przez głowę przemknęła mu ta myśl, gdy facet, który trzymał Foremkę, raz jeszcze spojrzał na zdjęcie, a potem na Pata O’Daya.–Coś ty za jeden? – warknął.Jego towarzysz jęknął z bólu.–A o co chodzi? – zdenerwowanym głosem odpowiedział pytaniem na pytanie inspektor.Udawaj wystraszonego głupka.–Czyje to dziecko? – spytał terrorysta i wskazał Megan.–Moje.Nie wiem, czyja jest tamta – skłamał inspektor.–To córka prezydenta?–A skąd mam wiedzieć? Zwykle żona odbiera Megan, nie ja.Róbcie, co macie robić i spieprzajcie stąd, dobra?–Ej, wy w środku – zagrzmiał z zewnątrz kobiecy głos.– Tutaj Tajna Służba Stanów Zjednoczonych.Rozkazuję wam wyjść.Przynajmniej ocalicie życie.Nie możecie się wydostać.Wyjdźcie tak, żebyśmy widzieli, że nie macie broni, a nic wam się nie stanie.–Dobra rada, bracie – powiedział Pat.– Nie wypuszczą was stąd.–Co to za gówniara? Córka waszego prezydenta, Ryana, tak? W takim razie nie ośmielą się do nas strzelać! – warknął terrorysta.Mówił całkiem dobrze po angielsku, odnotował O’Day i zapytał:–A co z innymi dzieciakami? Chodzi wam tylko o tą jedną, to czemu nie puścicie reszty, co?Porywacz miał rację.Na zewnątrz nikt nie będzie chciał strzelać do jednego z napastników, w obawie, że drugi został w środku, I faktycznie stał teraz, mierząc w pierś Pata.Co gorsza, byli na tyle sprytni, że nigdy nie zbliżali się do siebie na więcej niż dwa metry.Strzelać do nich trzeba było oddzielnie.Najbardziej przeraził O’Daya spokój, z jakim mężczyzna zastrzelił Marlene Daggett.Bez żadnego wahania, z rozmysłem [ Pobierz całość w formacie PDF ]