[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Dziwię się tylko, że macie tak mało tomografów, MRI i skanerów pozytronowych.Jak wy się bez nich obywacie? W Stanach nie śmiałabym rozpocząć operacji bez dokładnej analizy guza.– Wiecie co? – odrzekł po krótkim namyśle Hood.– Caroline ma rację.Gdybyśmy mieli lepsze rozeznanie co do szybkości przyrostu masy guza, nasz murarz mógłby poczekać kilka miesięcy dłużej.– Boże – nie wytrzymała Cathy.– W Stanach wycinamy je natychmiast.– Nie musiała dodawać, że taki guz po prostu boli, rozsadza czaszkę, wypycha oko.Człowiek zaczyna widzieć podwójnie i właśnie dlatego Smithson poszedł do okulisty.Narzekał również na potworne bóle głowy, które doprowadzały go do szaleństwa, dopóki nie dostał środków przeciwbólowych opartych na kodeinie.– Cóż, u nas działa to trochę inaczej.Jasne.Dobrze jest leczyć na godziny, zamiast dbać o dobro pacjenta.Podano lunch.Kanapka była dobra – lepsza niż te, które jadała w szpitalnych stołówkach – mimo to Cathy wciąż nie mogła uwierzyć, że tamci żłopią piwo! Tutejsze było dwa razy mocniejsze od amerykańskiego, a oni zamówili po dużym kuflu.Duże piwo w Stanach to zero, czterdzieści siedem setnych litra, natomiast tutaj to o jedną dziesiątą litra więcej: zamierzali wychlać ponad pół litra piwa na łeb, a potem operować! Co to, do diabła, jest?– Keczupu, Cathy? – Ellis podał jej butelkę.– A może raczej lady Caroline? Podobno Jego Wysokość jest ojcem chrzestnym waszego syna, tak?– Coś w tym rodzaju.Zgodził się.Jack poprosił go o to pod wpływem chwili w szpitalu marynarki wojennej.Prawdziwymi rodzicami chrzestnymi są Robby i Sissy Jackson.Robby jest pilotem.Sissy pianistką.– To ten Murzyn, o którym pisano w gazetach?– Tak.Jack poznał go, kiedy uczyli w akademii.Są bliskimi przyjaciółmi.– Tak.A więc gazety nie kłamały.To znaczy.– Próbuję o tym nie myśleć.Jedyna dobra rzecz, która zdarzyła się tamtej nocy, to narodziny naszego syna.– Rozumiem – wymlaskał Ellis, przeżuwając kęs kanapki.– Sądząc po tym, co pisali, musieliście przeżyć potworne chwile.– Cóż, wesoło nie było.– Cathy zdołała się nawet uśmiechnąć.– W porównaniu z tym bóle porodowe i sam poród to czysta przyjemność.Anglicy wybuchnęli śmiechem.Wszyscy trzej mieli dzieci, wszyscy trzej odbierali porody, które dla Angielek były na pewno równie zabawne, jak dla Amerykanek.Pół godziny później ruszyli z powrotem do szpitala.Hood wypalił po drodze papierosa, chociaż był na tyle uprzejmy, że cały czas szedł tak, aby dym nie leciał w jej stronę.Kolejne dziesięć minut i wreszcie weszli do sali operacyjnej.Owen zameldował, że podczas ich nieobecności nie zaszło nic godnego uwagi, więc podjęli zabieg.– Może teraz ja poasystuję? – spytała z nadzieją Cathy.– Nie, nie, dzięki – odrzekł Hood.– Panujemy nad sytuacją – dodał, pochylając się nad pacjentem, który, będąc nieprzytomnym, nie czuł na szczęście jego zalatującego piwem oddechu.Doktor Caroline Ryan, członkini Kolegium Amerykańskich Chirurgów, pogratulowała sobie w duchu za to, że nie zaczęła na nich wrzeszczeć, mimo to trzymała się jak najbliżej stołu, żeby tamci czegoś nie sknocili i przez pomyłkę nie usunęli pacjentowi ucha, zamiast guza.Może po alkoholu nie trzęsą im się ręce? – myślała, z trudem panując nad drżeniem swoich.Crown and Cushion, pub Pod Koroną i Poduszką, był typowo londyńskim pubem.Smaczna kanapka, do kanapki duży kufel dobrego piwa – John Smith Ale – i rozmowa o pracy z Simonem.Pomyślał, że w kantynie CIA też mogliby podawać piwo, ale nie, coś takiego nigdy by nie przeszło.Dowiedziałby się o tym jakiś kongresman i rozpętałby piekło.Przed obiektywami kamer, naturalnie, po kieliszku przedniego węgierskiego wina do lunchu i po szklaneczce czegoś mocniejszego w swoim gabinecie.Cóż, różnice kulturowe, i vive la difference, dumał, idąc mostem Westminsterskim w stronę Big Bena – dzwonu, nie wieży, gdyż wbrew mylnemu przekonaniu większości turystów, ten słynny dzwon wisiał w St.Mary’s Bell Tower, w dzwonnicy Świętej Marii.Był pewien, że brytyjscy parlamentarzyści mają u siebie ze trzy, cztery puby.I na pewno nie upijali się w nich bardziej niż ich amerykańscy koledzy.– Wiesz, chyba wszyscy się tym martwią – powiedział.– Szkoda, że wysłał ten list, co?– A mógłby go nie wysyłać? Przecież to jego rodacy.Jego ojczyzna.Rosjanie chcą zniszczyć mu parafię.– Tak, masz rację – odrzekł Harding.– Ale Rosjanie się nie zmienią.No i mamy impas.Ryan kiwnął głową.– Fakt.Jest jakaś szansa, że się z tego wycofają?– Nie licząc tego, że z oczywistych powodów powinni, prawie żadna.Wasz prezydent spróbuje ich jakoś odstraszyć?– Nie zrobiłby tego, nawet gdyby mógł.Nie zainterweniuje, nie w takiej sprawie.– A więc dotarliśmy do rozstaju dróg.Z jednej strony powinniśmy podjąć moralnie uzasadnione kroki, z drugiej powstrzymuje nas konieczność polityczna, strach przed brakiem działania.Impas, cholera, głupi impas.– Ojciec Tim, ten z Georgetown, mawiał, że każdą wojnę wszczynają ludzie ogarnięci strachem.Boją się jej następstw, ale jeszcze bardziej boją się następstw tego, że wojny nie wywołają.Ten świat jest kompletnie porąbany, Simon.– Ryan otworzył mu drzwi.– Modelowym przykładem był sierpień tysiąc dziewięćset czternastego.– Tak, ale tamci wierzyli przynajmniej w Boga.W trzydziestym dziewiątym było już trochę inaczej, bo ci źli nie mieli takich ograniczeń.Nie ma ich też Moskwa.Ale ograniczenia powinny istnieć, bo jeśli znikną, zmienimy się w bestie.– Powiedz to tym z Biura Politycznego – rzucił lekko Harding.– Jasne.– Ryan skręcił do toalety, żeby zrzucić trochę płynnego balastu.Obie strony nie mogły doczekać się wieczoru.Ed Foley myślał, zastanawiał się, co teraz.Nie było żadnej gwarancji, że facet dokończy to, co zaczął.Zawsze mógł stchórzyć i tchórząc, postąpiłby bardzo rozsądnie: zdrada to niebezpieczna rzecz.Foley wciąż nosił zielony krawat, ten drugi, bo miał tylko dwa.Nosił go na szczęście, ponieważ dotarli do punktu, gdzie szczęście bardzo się liczyło.Kimkolwiek ten facet był, oby tylko nie stchórzył.Chodź, Wania – powtarzał sobie w duchu, próbując zmusić go do tego siłą woli.Chodź, dostaniesz skręta.Dostaniesz dożywotni bilet do Disney Worldu, na wszystkie mecze futbolowe, jakie tylko zdołasz obejrzeć.Oleg Pieńkowski marzył o spotkaniu z Kennedym, więc jeśli tylko zechcesz, załatwimy ci rozmowę z nowym prezydentem.Kurczę, dorzucimy ci jeszcze film w jego prywatnym kinie.W Białym Domu rzecz jasna.Mary Pat myślała dokładnie o tym samym.Wiedziała, że jeszcze tylko jeden krok i zagra w pierwszych scenach dramatu.Jeśli ten Rosjanin naprawdę pracował w Centrali KGB i jeśli naprawdę chciał uciec na Zachód, ona i Ed będą musieli się tym zająć.Owszem, istniały na to sposoby i wielokrotnie je wykorzystywano, lecz nie były to sposoby rutynowe.Radzieckie granice nie należały do najszczelniejszych, jednak były szczelne na tyle, żeby porządnie się na nich spocić i chociaż w poważnej grze często pomagał jej wygląd, podczas ewakuacji czuła się dość nieswojo [ Pobierz całość w formacie PDF ]