[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.PJ odbił zaraz w prawo znad komina.Mieli przed sobą dwie godziny lotu i lepiej było zaoszczędzić pasażerom niepotrzebnych wrażeń, zwłaszcza że już za godzinę wystartować miała cysterna MC-130E, by uzupełnić im w powietrzu paliwo na drogę powrotną.- Kupa ziemi do przekopania - przyznał po chwili pułkownik Johns.Przesunął się nieco na siedzeniu.Dwadzieścia minut później ”zamoczyli stopy”, przelatując najdłuższy odcinek trasy nad Morzem Karaibskim, obrawszy kurs zero-dziewięć-zero na wschód.- A co to za nocny ptaszek? - powiedział Willis pół godziny później.Przez noktowizory zauważyli lecący na północ dwusilnikowy samolot około dziesięciu kilometrów od nich.Wykryli go po emisji podczerwieni na dwóch tłokowych silnikach.- Bez świateł - przyznał PJ.- Ciekawe, co ma na pokładzie.- Głowę daję, że nie pocztę.Co ważniejsze, nie widzi nas, chyba że ma takie same okularki jak my.- Moglibyśmy podlecieć i zrobić użytek z kaemów.- Nie tym razem.Szkoda.Wcale nie miałbym nic przeciwko temu.- Jak pan myśli, pułkowniku, co nasi pasażerowie.- Gdybyśmy mieli wiedzieć, kapitanie, to by nam powiedziano - odparł Johns.Sam się oczywiście też zastanawiał.Chryste! Przecież oni są obładowani na długą tułaczkę, pomyślał pułkownik.Nietypowe mundury.ani chybi tajna penetracja - do diabła, przecież znam tę część misji od tygodni - ale wyraźnie chłopcy mieli zostać tam na dłużej.Johns nie pamiętał, żeby rząd kiedyś coś takiego robił.Ciekaw był, czy Kolumbijczycy biorą udział w tej zabawie.chyba nie.A nam kazali tu zostać co najmniej przez miesiąc, planują więc, żebyśmy ich wspierali, a może i wyciągali, jak się zrobi trochę gorąco.Boże, szykuje się następny Laos, stwierdził definitywnie.Dobrze, że wziąłem Bucka.Jesteśmy jedynymi prawdziwymi weteranami w tym towarzystwie.Pułkownik Johns potrząsnął głową.Gdzie podziała się jego młodość?Spędził najlepsze lata z helikopterem przypiętym do pleców, wycinając różne głupawe numery.- Mam na horyzoncie cel powierzchniowy, na około jedenastej godzinie - rzekł kapitan i zmienił kurs o kilka stopni na prawo.Dostali wyraźne instrukcje.Nikt nie miał ich zobaczyć ani usłyszeć.Musieli więc unikać statków, kutrów rybackich, a nawet wścibskich delfinów, trzymać się z dala od wybrzeża, najwyżej trzysta metrów nad powierzchnią i nie włączać świateł pozycyjnych.Taktyka lotu była dokładnie taka, jak podczas działań wojennych, z niektórymi środkami bezpieczeństwa odłożonymi na bok.Ten ostatni fakt odbiegał od normy nawet w operacjach specjalnych, zreflektował się Johns.Ostra amunicja i cała reszta.Dotarli do wybrzeży Kolumbii bez żadnych incydentów.Na widok lądu Johns postawił na nogi swoją załogę.Sierżanci Zimmer i Bean uruchomili napędzane prądem elektrycznym miniguny i rozsunęli drzwi kabiny.- No, dokonaliśmy inwazji na zaprzyjaźniony obcy kraj - zauważył Willis, gdy już mieli ”suche stopy”, lecąc na północ od Tolu.Za pomocą sprzętu noktowizyjnego szukali oznak ruchu kołowego, którego też należało unikać.Zaplanowana trasa prowadziła z dala od siedzib ludzkich.Sześćiołopatowy wirnik nie wydawał tak charakterystycznego dla mniejszych śmigłowców łoskotu.Z daleka hałas nie odbiegał zbytnio od jednostajnego warkotu samolotów z silnikami tłokowymi, a przy tym mylący był kierunek, z którego dobiegał - nawet jeśli słychać było hałas, trudno było ustalić, skąd dochodzi.Minąwszy autostradę panamerykańską, skręcili na północ i przelecieli na wschód od Plato.- Zimmer, Lądowisko Jeden za pięć minut - oznajmił Johns, zbliżając się do pierwszego wyznaczonego terenu lądowania.- Dobra, PJ - odrzekł mechanik pokładowy.Postanowili zostawić Beana i Childsa przy karabinach maszynowych, aby Zimmer mógł pokierować zrzutem.To musi być misja bojowa.Johns uśmiechnął się w duchu.Buck zwraca się do mnie w ten sposób tylko wtedy, kiedy może dostać kulę.Sierżant Zimmer przeszedł do środkowej części maszyny, kazał pierwszym dwóm drużynom odpiąć pasy bezpieczeństwa i uniósł rękę, pokazując palcami, ile minut jeszcze zostało.Obaj kapitanowie skinęli głowami.- Lądowisko Jeden na widoku - powiedział wkrótce Willis.- Zmienię cię.- Śmigłowiec pilota.Pułkownik Johns krążył nad okolicą, podchodząc spiralą do polany wybranej ze zdjęć satelitarnych.Willis rozglądał się bacznie w poszukiwaniu oznak życia, ale niczego nie dostrzegł.- Teren chyba czysty, panie pułkowniku.- Schodzimy - powiedział Johns przez interkom.- Przygotować się! - krzyknął Zimmer, kiedy nos śmigłowca podszedł do góry.Chavez stał wraz z resztą swojej drużyny zwrócony twarzą ku tylnym drzwiom towarowym.Kolana mu się lekko ugięły, gdy śmigłowiec dotknął ziemi.- Skakać! - Zimmer ręką dawał znak do wyjścia, odliczając każdego z żołnierzy klepnięciem po plecach.Chavez wyszedł zaraz za swoim kapitanem, uskakując w lewo, gdy tylko dotknął ziemi, aby umknąć przed podmuchem śmigła ogonowego.Uszedł dziesięć kroków i padł na twarz.Nad głową miał obracający się nadal z pełną prędkością wirnik, którego złowrogie łopaty piłowały powietrze w bezpiecznej odległości pięciu metrów nad ziemią.- Wszyscy, wszyscy, wszyscy! - zameldował Zimmer po odliczeniu wszystkich pasażerów.- Dobra - potwierdził Johns, przekręcając dźwignię do startu.Chavez odwrócił głowę, gdy wycie silników spotęgowało się.Nieoświetlony śmigłowiec był ledwie widoczny, ale sierżant widział, jak upiorna sylwetka wzbija się w powietrze i dopiero gdy spływający z prędkością stu siedemdziesięciu kilometrów na godzinę podmuch od wirnika osłabł, a po chwili ustał, poczuł ból twarzy od ziemi i pyłu.Helikopter odleciał.Powinien się tego spodziewać, a jednak czuł się zaskoczony.Oto znalazł się na terenie wroga.To już nie były ćwiczenia, tylko całkiem serio.Jedyna droga odwrotu właśnie odleciała i już zniknęła z pola widzenia.Mimo że miał wokół siebie dziesięciu kolegów, owładnęło go na chwilę poczucie samotności.Ale był przecież wyszkolonym, zawodowym żołnierzem.Chavez chwycił mocniej w dłoń naładowaną broń i wróciły mu siły.Nie był całkiem samotny.- Idziemy - ponaglił go cicho kapitan Ramirez.Chavez ruszył ku drzewom, wiedząc, że podąży za nim reszta drużyny [ Pobierz całość w formacie PDF ]