[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Dziękuję.Ale wszędzie wisi ten pył i widoczność nie jest tak dobra, jak oczekiwałam.- No cóż, jak powiadają klimatologowie, Mars to muzeum pyłu - powiedziała Paula.- Nie tak jak Ziemia.Tu nie ma deszczu, który by go wymył, i żadnych procesów sedymentacji, które mogłyby go przekształcić w skałę.Unosi się więc w powietrzu.Mars jest jak śnieżny glob, pomyślała Bisesa.- Widziałam łuk.Paula kiwnęła głową.- Został zbudowany przez Chińczyków.Wznoszą taki pomnik wszędzie tam, gdzie spadnie jakaś ich arka.A więc ta ogromna konstrukcja służyła upamiętnieniu setek Chińczyków, którzy zginęli na Marsie w dniu burzy słonecznej.Bisesa powiedziała:- Paulo, byłam trochę zaskoczona, że wybrałaś się z nami.- Zaskoczona?- I że jesteś zamieszana w tę tajemniczą sprawę na biegunie Marsa.Aleksiej, tak, to tkwi w jego charakterze.- Zachowuje się trochę podejrzanie, nieprawdaż?Obie roześmiały się.Bisesa rzekła:- Ale ty wydajesz się bardziej.- Konformistyczna? - Piękny uśmiech przypominający uśmiech stewardessy nie schodził z jej ust, podkreślony przez blask tablicy wskaźników.- Nie mam nic przeciwko temu, jeżeli tak o mnie mówią.Może to prawda.- Chodzi mi o to, że jesteś tak bezbłędna w tym, co robisz.Paula powiedziała najwyraźniej nieurażona:- Taka się pewnie urodziłam.Matka jest osobą najbardziej popularną z całej załogi Aurory, może poza samym Bobem Paxtonem.- Więc goście okazują ci.wdzięczność.- To mogłaby być przeszkoda.Ale dlaczego nie obrócić tego w atut?- OK.Ale to nie obejmuje wleczenia się razem z nami aż na biegun północny.- Zawahała się.- Podziwiasz swoją matkę, prawda?Paula wzruszyła ramionami.- Nigdy jej nie poznałam.Ale jakże mogłabym jej nie podziwiać? Bob Paxton przybył na Marsa i można powiedzieć, podbił go, po czym wrócił do domu.Ale moja matka kochała Marsa.Można to wywnioskować z jej dzienników.Bob Paxton to bohater na Ziemi - powiedziała.- A moja matka to bohaterka tutaj, na Marsie, to nasza bohaterka numer jeden.- Wrócił poprzedni uśmiech stewardessy.- Może jeszcze risotto?*W ponurym marsjańskim mroku w cieple kabiny Bisesa zasnęła na swoim siedzeniu.Obudziło ją klepnięcie w ramię.Stwierdziła, że jest owinięta w koc.Myra siedziała obok, patrząc przez okno na nadchodzący świt.Bisesa zobaczyła, że jadą terenem pokrytym wydmami, niektóre o wysokości kilkudziesięciu metrów, które wyglądały jak zastygłe fale oddalone od siebie o dobry kilometr.W miejscach osłoniętych od wiatru widać było jakby szron.- Ojej, przespałam całą noc.- Dobrze się czujesz?Bisesa poruszyła się.- Trochę zesztywniałam.Ale myślę, że przy małej sile ciążenia nawet takie siedzenie jest całkiem wygodne.Przeciągnę się i zaraz się umyję.- Będziesz musiała poczekać na Aleksieja.Znowu goli głowę.- Myślę, że byłabym zahipnotyzowana tym widokiem.- Chyba mu odbiło.- Myra wyglądała na rozdrażnioną.- Myro? Coś nie tak?- Nie tak? Chryste, mamo, spójrz na ten widok.Nic.A mimo to siedzimy tutaj przez długie godziny, bez przerwy go chłonąc.- Co w tym złego?- Ty.Jeżeli pojawi się coś dziwnego, zaraz wciągają ciebie.A ty się tym upajasz.Bisesa rozejrzała się.Pozostali spali.Zdała sobie sprawę, że oto po raz pierwszy od czasu tych bezbarwnych dni po przebudzeniu w hibernaculum jest faktycznie sama z Myrą.Nawet na Maxwellu nie było prawdziwej prywatności, a już na pewno nie w kabinie pająka.- Nigdy nie miałyśmy okazji porozmawiać - powiedziała.Myra zrobiła ruch, jakby chciała wstać.- Nie tutaj.Bisesa położyła jej dłoń na ramieniu.- Daj spokój.Kogo to obchodzi, jeśli policja nas podsłuchuje? Proszę, Myro.Mam wrażenie, jakbym cię już nie znała.Myra poprawiła się na siedzeniu.- Może na tym polega problem.Nie znam cię.Od kiedy opuściłaś ten zbiornik, myślę, że już przywykłam do życia bez ciebie, mamo.Jak gdybyś umarła.A kiedy się pojawiłaś, nie jesteś taka, jaką cię pamiętam.Jesteś jak siostra, którą nagle odnalazłam, a nie jak moja matka.Czy to ma sens?- Nie.Ale przecież nie rozwijaliśmy się, tkwiąc w hibernaculum, prawda?- O czym chcesz ze mną mówić? To znaczy od czego mam zacząć.Minęło dziewiętnaście lat, połowa mego życia.- Opowiedz mi w skrócie.- OK.- Myra zawahała się i odwróciła wzrok.- Masz wnuczkę.Miała na imię Charlie, od Charlotte, i była córką Myry i Eugene'a Manglesa.Miała teraz piętnaście lat, urodziła się cztery lata po wejściu Bisesy do zbiornika.- Dobry Boże.Więc jestem babką.- Kiedy rozeszliśmy się, Eugene walczył ze mną o opiekę nad dzieckiem.I wygrał, mamo.Miał wpływy.Eugene jest potężny i sławny.Bisesa powiedziała:- Ale nigdy nie miał w sobie zbyt wiele z prawdziwego człowieka, prawda?- Oczywiście mogłam się z nią widywać.Ale to zawsze było za mało.Nie jestem taka jak ty.Nie chcę obcości.Chciałam zbudować dom dla siebie i dla Charlie.Pragnęłam stabilizacji.Ale nigdy do tego nie doszło.I w końcu wyłączył mnie całkowicie.Nie było to trudne.Prawie nie bywają na Ziemi.Bisesa poszukała jej dłoni, była chłodna i obojętna.- Dlaczego nie powiedziałaś mi tego przedtem?- No, po pierwsze nie pytałaś.I słuchaj, teraz jesteśmy na Marsie! I jesteśmy tutaj, bo jesteś sławną Bisesą Dutt.Masz o wiele poważniejsze zmartwienia niż utracona wnuczka.- Myro, tak mi przykro.Kiedy to wszystko się skończy.- Och, nie bądź śmieszna, mamo.Z tobą to się nigdy nie skończy.Ale mimo wszystko będę cię wspierała.Zawsze.Słuchaj, zapomnij o tym.Miałaś prawo wiedzieć.Teraz już wiesz.- Twarz miała pełną skupienia, zaciśnięte usta.W jej oczach odbijało się zielone światło.Zielone?Bisesa wyprostowała się gwałtownie i wyjrzała przez wypukłe okno.Pod różowiejącym niebem koleiny wiły się przez równinę koloru zmatowiałej ciemnej zieleni.Przyłączyła się do nich Paula.- Discovery.Zwolnij, to będzie można się lepiej przyjrzeć.- Pojazd posłusznie zwolnił z cichym zgrzytem.Myra i Bisesa siedziały, czując się nieswojo.Bisesa zastanawiała się, jak wiele Paula słyszała z ich rozmowy.Teraz Bisesa zobaczyła, że ową zieleń stanowił kobierzec małych roślinek, nie większych od jej kciuka [ Pobierz całość w formacie PDF ]