[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ze zdumieniem uświadomił sobie, że zapadł zmierzch i w pokoju jest całkiem ciemno.Pukanie znowu się rozległo.Pod drzwiami stał gospodarz.Zaczął coś mówić, ale Strange nic nie zrozumiał.Działo się tak dlatego, że mężczyzna miał ananasa w ustach.Zdołał go tam wepchnąć w całości - Strange nie miał pojęcia jak.Z ust gospodarza wyłaniały się zielone kolczaste liście i znów się kryły, gdy mówił.Strange zastanawiał się, czy pójść po nóż albo haczyk i spróbować wyciągnąć owoc, żeby gospodarz się nie zadławił.Ale zasadniczo było mu to obojętne.“W końcu to jego wina - pomyślał nie bez irytacji.- Sam go tam wepchnął”.Następnego dnia w kawiarni na rogu Calle de la Cortesia jeden z kelnerów kroił ananasa.Zgarbiony nad kawą Strange aż się wzdrygnął na ten widok.Odkrył, że popaść w szaleństwo jest znacznie łatwiej, niż przypuszczał, ale podobnie jak cała magia obłęd najeżony jest trudnościami i rodzi frustrację.Strange zrozumiał, że nawet gdyby zdołał wezwać elfa (co nie wydawało się szczególnie prawdopodobne) i tak nie byłby w stanie z nim rozmawiać.Każda książka, którą kiedykolwiek czytał, nakazywała magom mieć się na baczności podczas spotkania z elfami.Akurat wtedy, gdy należało wykazać się rozumiem, właśnie rozsądku mogłoby mu zabraknąć.“Jak mam go olśnić wyższością swej sztuki magicznej, skoro będę bełkotał o ananasach i świecach?” - pomyślał.Przez cały dzień spacerował po pokoju, a co jakiś czas przystawał, żeby zanotować coś na skrawkach papieru.Gdy zapadł zmierzch, Strange napisał zaklęcie wzywające elfy i położył je na stole.Następnie wlał cztery krople mikstury do szklanki wody i wypił.Tym razem nalewka podziałała w inny sposób.Nie nękały go szczególne natręctwa ani lęki.Właściwie pod wieloma względami czuł się lepiej niż ostatnimi czasy: był spokojniejszy, bardziej opanowany, mniej przejęty.Odkrył, że już mu tak nie zależy na magii.W jego umyśle trzaskały drzwi, a on wędrował po pokojach i korytarzach, których nie odwiedzał od lat.Przez pierwszych dziesięć minut był takim człowiekiem jak wtedy, kiedy miał dwadzieścia lub dwadzieścia kilka lat; potem zmienił się w kogoś całkiem innego, kogoś, kim mógł zostać, ale z rozmaitych powodów nie został.Po wypiciu nalewki nagle zapragnął zobaczyć ridotto.Wydawało się idiotyczne, że przebywa w Wenecji od początku października, a do tej pory nie widział maskarady.Po konsultacji z zegarkiem odkrył jednak, że jest dopiero ósma wieczorem.- O wiele za wcześnie - rzucił w przestrzeń.Był w nastroju do rozmowy i rozejrzał się w poszukiwaniu kogoś, komu mógłby się zwierzyć.Z braku lepszego rozmówcy wybrał drewnianą figurkę w kącie.- Przez najbliższe trzy, cztery godziny nie pojawi się tam nikt godny uwagi.Żeby zabić czas, pomyślał, że pójdzie poszukać panny Greysteel.- Ale pewnie będą z nią ciotka i ojciec.- Jęknął poirytowany.- Nuda! Nuda! Nuda! Czemu ładne kobiety zawsze mają stada krewnych? - Popatrzył na siebie w lustrze.- Dobry Boże! Ten krawat wygląda, jakby wiązał go parobek.Następne pół godziny wiązał i rozwiązywał krawat, aż wreszcie poczuł się usatysfakcjonowany.Potem odkrył, że jego paznokcie są dłuższe, niż lubi, i do tego niezbyt czyste.Poszedł szukać nożyczek, by je skrócić.Nożyczki leżały na stole.I nie tylko one.- Co my tu mamy? - spytał.- Kartki! Kartki z magicznymi zaklęciami.- Wydało mu się to niezwykle zabawne.- A to dopiero - powiedział do drewnianej figurki.- Znam jegomościa, który to napisał! Nazywa się Jonathan Strange.Kiedy się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że te księgi należą do niego.- Przeczytał kilka zdań.- Ha! Nigdy nie zgadniesz, jakimi idiotyzmami zajmuje się teraz! Rzuca zaklęcia, by wezwać elfy! Ha, ha! Powtarza sobie, że robi to po to, by przysłużyć się sprawie angielskiej magii.A tak naprawdę chce jedynie przerazić Gilberta Norrella! Przebył setki kilometrów, by znaleźć się w najbardziej zbytkownym mieście na świecie, a przejmuje się wyłącznie tym, co myśli jakiś starzec w Londynie! Idiotyzm!Z niesmakiem odłożył kartkę i wziął nożyczki.Odwrócił się i w ostatniej chwili uchylił przed czymś głowę.- Co, u licha.? - zaczął.Z sufitu zwisała czarna wstążka.Do jej końca przywiązano kilka cienkich kosteczek, fiolkę z ciemnym płynem (może krwią) i zapisaną kartkę.Wszystko to związano.Wstążka wisiała na takiej wysokości, że osoba chodząca po pokoju musiała prędzej przy później o nią zahaczyć.Strange z niedowierzaniem pokręcił głową, myśląc o głupocie innych.Oparł się o stół i zaczął obcinać paznokcie.Minęło kilka minut.- Wiesz, miał żonę - mruknął do drewnianej figurki.Podsunął dłoń do światła, żeby obejrzeć paznokcie.- Arabellę Woodhope.Najbardziej urocza istota pod słońcem.Ale martwa.Martwa, martwa, martwa.- Podniósł ze stołu pilniczek i zaczął polerować paznokcie.- Kiedy tak o tym myślę, zastanawiam się, czy sam jej nie kochałem.Chyba tak.Uroczo wypowiadała moje imię, z uśmiechem, i za każdym razem, gdy to robiła, miękło mi serce.- Roześmiał się.- Wiesz, to naprawdę paradne, ale nie mogę sobie przypomnieć, jak mam na imię.Laurence? Arthur? Frank? Szkoda, że nie ma tu Arabelli.Ona na pewno by mi powiedziała.Nie jest jedną z tych kobiet, które lubią się drażnić i grają w rozmaite gierki długo po tym, gdy przestaje to być zabawne.Mój Boże, szkoda, że jej tu nie ma.Czuję ból w tym miejscu.- Poklepał się po piersi.- I coś gorącego i twardego tutaj.- Postukał się w czoło.- Ale półgodzinna rozmowa z Arabellą wszystko by naprawiła, tego jestem pewien.Może wezwę elfiego sługę tego jegomościa i każę mu ją tutaj sprowadzić.Elfy potrafią sprowadzać zmarłych z zaświatów, prawda? - Wziął zaklęcie ze stołu i ponownie je przeczytał.- Nic w tym trudnego.Najłatwiejsza rzecz pod słońcem.Wyrecytował słowa zaklęcia, a potem powrócił do polerowania paznokci, gdyż wydawało mu się to niezwykle istotne.W cieniu obok kredensu stała osoba we fraku barwy liści; osoba z włosami koloru puchu ostu; osoba z rozbawionym, pełnym wyższości uśmiechem na ustach.Strange wciąż był zajęty paznokciami.Dżentelmen o włosach jak puch ostu bardzo szybko podszedł do miejsca, w którym stał mag, i wyciągnął rękę, żeby go szarpnąć za włosy.Zanim jednak zdołał to zrobić, Strange spojrzał wprost na niego i rzekł:- Zapewne nie ma pan szczypty tabaki?Dżentelmen o włosach jak puch ostu zamarł.- Sprawdziłem kieszenie tego przeklętego fraka - ciągnął Strange, zupełnie nieświadomy zdumienia dżentelmena.- Nigdzie nie ma tabakiery.Nie wiem, co ja sobie myślałem, wychodząc bez niej.Zazwyczaj zażywam kendel brown, może pan ma?Cały czas szperał po kieszeniach.Zapomniał jednak o małym zawiniątku z kości i krwi, które zwisało z sufitu, i teraz uderzył o nie głową.Zawiniątko zakołysało się w przód i w tył i trafiło go prosto w czoło.Rozdział dziesiątySzkatułka koloru rozpaczy1 i 2 grudnia 1816Rozległo się trzaśniecie, a potem powiał lekki wiatr i napłynęła świeżość, jakby stęchlizna nagle ulotniła się z pokoju.Strange zamrugał dwa albo trzy razy.Gdy nieco doszedł do siebie, pierwszą jego myślą było to, że misterny plan się powiódł.Ktoś nad nim stał - bez wątpienia był to elf.Potem mag zaczął się zastanawiać, co, u licha, robił [ Pobierz całość w formacie PDF ]