[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Co więcej, w pojedynku między Migiem-29 a Ducatim 916, włoski motocykl przegrałby z kretesem.Tymczasem F-15 jeszcze ani razu nie został zestrzelony.Ani razu.Najlepszy moment nastąpił jednak wtedy, gdy pilot powiedział „przejmij samolot”.Wtedy zrobiłem beczkę, pętlę, poleciałem rzucić okiem na nowe zakłady BMW, przeleciałem nad poligonem Kitty Hawk i rozpędziłem samolot tak, że od prędkości naddźwiękowej dzielił mnie dosłownie jakiś mały ułamek.F-15 osiąga 2 machy, ale tylko nad powierzchnią wody, a mój kurs katapultowania nie obejmował sposobu przeżycia w takich warunkach.Mimo to nie żałowałem.Naprawdę, wierzę, że doświadczyłem pewnej ostateczności; od tego momentu wszystko inne będzie odrobinę banalne.Z tego, co teraz widzę, motocykl ma nad myśliwcem jedną przewagę.Na motocyklu się nie wymiotuje.A w myśliwcu tak.Dwa razy.■ Kontrola trakcji traci przyczepność do rzeczywistościJestem cierpliwym człowiekiem, ale lepiej niech Vodafone przyjmie do wiadomości, że moja cierpliwość jest już na wyczerpaniu.Albo postawią więcej stacji bazowych albo wybiorę się do ich siedziby głównej z trzonkiem od kilofa i paczką kumpli.Mój telefon komórkowy działał w odległości 100 mil od Alice Springs w Australii i na lodowcu w Islandii.Sprawował się dobrze na tankowcu u wybrzeży Południowej Afryki, a we Włoszech - we Włoszech, na miłość boską! - gadałem przez niego przez godzinę jadąc autostradą i ani razu nie zerwał połączenia.Ale w Fulham - nie działa, podobnie jak na obwodnicy Oksfordu, na długich odcinkach autostrady M40 czy w okolicach Coventry.A to oznacza, że firma Vodafone pobiera ode mnie należność za usługę, której po prostu nie świadczy.Obawiam się więc, że już niedługo będzie musiała postarać się o nowe meble do biura.I zęby dla pracowników.Podobnie rzecz ma się z faksami.Mój pierwszy faks po prostu darł na drobne kawałki każdy znajdujący się w jego pobliżu papier.Nowy wciąga więcej niż jedną kartkę aż mu się to znudzi.Potem zaczyna je miąć i wypluwać na podłogę, żeby mój pies miał co jeść.Tak właśnie działa marketing.Muszę mieć faks, bo reklamy głoszą, że gdy go nie masz, jesteś nikim.Posiadanie faksu, który nie działa, jest w porządku, ale nieposiadanie go wcale jest jak eksponowanie opryszczki w towarzystwie.A czy wyobrażacie sobie, by podczas jakiegoś spotkania przyznać się, że nie macie telefonu komórkowego? To byłoby gorsze od przyznania się do braku genitaliów.A teraz to samo zjawisko przenosi się do świata samochodów pod nazwą kontroli trakcji.Istnieje mnóstwo jej różnych odmian, ale każda z nich w rzeczywistości wykonuje to samo zadanie.Jeśli uwolnisz zbyt dużo mocy, czujniki wykryją moment, w którym napędzane koła zaczną tracić przyczepność i wyślą do komputera sterującego silnikiem sygnał ostrzegawczy.Komputer następnie zredukuje moc przekazywaną na koło, które cierpi na jej nadmiar, dzięki czemu unikniesz wypadku.Gdy na mokrej drodze wciskam w swoim Jaguarze gaz, system wykrywa, że coś tu nie gra i robi to, co my wszyscy, gdy jesteśmy w rozterce.Wybiera się na długi spacer po ogrodzie, gdzie, po długim drapaniu się w podbródek, postanawia, że tak - powinien dać o tym znać wyższej instancji.Zanim jednak centralny komputer wycofa pedał gazu na z góry upatrzoną pozycję, samochód będzie zmierzał tyłem w kierunku barierek.Elektrony są szybkie, ale gdy wahadłowy ruch tyłu samochodu wrzuci do równania swoje trzy grosze, jego wynik - to więcej niż pewne - będzie opłakany.Poza tym najczęstsza przyczyna uślizgu tyłu nie ma nic wspólnego z nadmiarem mocy.Jest nią fakt uświadomienia sobie przez kierowcę, że zbyt szybko wjechał w zakręt, przez co stara się wyhamować.To z kolei sprawia, że ciężar samochodu przenosi się na przód, a ponieważ tył staje się lżejszy, to wpada w poślizg.Nigdzie nie ma tu mowy o żadnej mocy, w związku z czym elektroniczny władca trakcji jest tu tak użyteczny jak kosz piknikowy.Można więc tylko siedzieć i czekać, aż zakręci się nam w głowie w wykonującym piruet samochodzie.No, chyba że kierowca jest utalentowanym młodym człowiekiem, który wie, co należy zrobić, gdy tył zaczyna uciekać w kierunku barierki.Wie, że do rozwiązania tego problemu będzie mu potrzebna moc, tyle że kontrola trakcji wcale mu jej nie udostępni.Każda próba wciśnięcia gazu spotka się z natychmiastowym uderzeniem w policzek, oczywiście niedosłownie.To oznacza, że dobrzy kierowcy pędzą drogami z wyłączoną kontrolą trakcji.I to jest zarazem ich największy problem, bo wszyscy kierowcy uważają się za dobrych.Każdemu z nich wydaje się, że potrafi wygrać z układem.Przecież jeżdżenie z włączonym systemem kontroli trakcji jest jak spacer po główniej ulicy miasta i obwieszczanie wszystkim, że jesteś impotentem.Włączona kontrola trakcji to jeden wielki obciach.To zdumiewające.Z ochotą płacimy za coś, co nie działa, a potem to jeszcze wyłączamy.Dlaczego tak się dzieje?Odpowiedź jest prosta.Każda firma samochodowa wie, że nazwa „kontrola trakcji” bardzo dobrze brzmi.A z tego wynika, że samochód, w którym jest zainstalowana, jest tak nieokiełznaną bestią, że przeciętnemu kierowcy nie można w zaufaniu oddać całej jego mocy.O rany.Producenci samochodów sami przyznają, że ich wóz jest za szybki.Najpierw muszę go mieć, a potem wyłączę to urządzenie, które jest dla przeciętniaków.Mężczyzna - musimy o tym pamiętać - to ego obleczone skórą, i firmy samochodowe dobrze o tym wiedzą.Niestety, nie wiedzą tego maniacy siedzący na zapleczach, z brodami i posklejanymi taśmą okularami.W ostatnich miesiącach zapotrzebowanie na systemy kontroli trakcji stało się tak ogromne, że zaczęli poprawiać ich czas reakcji, myśląc, że to właśnie o to nam chodzi.Za każdym razem, gdy w nowym Jaguarze wciskasz mocno gaz, zresztą również i w Ferrari 550, elektrony wpadają w obłęd, a tobie zaczyna się wydawać, że w baku masz za mało benzyny.Silnik zaczyna się jąkać.Wtrąca się wtedy ABS, a ludzie, nawet ci rozsądni, zastanawiają się, dlaczegóż do diaska ten pieprzony komputer nie uwolni pełnego potencjału drzemiącego w wozie.Właściciele tych aut też wyłączają kontrolę trakcji i telefonują do dilerów, by wyrazić swoje zaniepokojenie.Tyle że robią to korzystając ze swoich komórek, w związku z czym nawet jeśli diler podniesie słuchawkę, nikogo po drugiej stronie nie usłyszy.Artykuł po raz pierwszy ukazał się 10 sierpnia 1997 r.i zawarte w nim uwagi o usługach telefonicznych odnoszą się do tamtego okresu.■ Jazda na krawędzi normyJeśli śledziliście moje poczynania w tym tygodniu, to obserwując moją jazdę mogliście dojść do wniosku, że musiałem prowadzić z opaską na oczach.Nie, wcale tak nie było.Jeździłem po prostu Range Roverem, a to cholerstwo nie chciało za żadne skarby trzymać się prostej, no, chyba że zamierzałem akurat wziąć zakręt.W porównaniu do zwykłych rodzinnych sedanów, ten wóz jest tak beznadziejnie powolny, że wyprzedzały mnie nawet przemieszczające się kontynenty.W sierpniu w Chipping Norton organizowane były zawody o tytuł najwolniejszego kierowcy na świecie, co - jeśli jestem w Jaguarze - w ogóle mnie nie dotyczy: wciskam po prostu pedał hałasu i zanim się zorientuję, przekraczam linię mety.Startując Range Roverem, do domu wróciłbym z głównym trofeum.W Londynie sprawy wyglądają jeszcze gorzej.Po wąskich uliczkach terenów mieszkalnych w Fulham, gdzie wszyscy z jakiegoś dziwnego powodu uparli się, by mieć samochody terenowe, Range Roverem jeździło się tak jak Kubusiem Puchatkiem, który zjadł właśnie beczułkę miodu.Nie można go było też nigdzie zaparkować [ Pobierz całość w formacie PDF ]