[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Dla niego jej słowa są bez znaczenia.To chwila ciszy w eterze, w której czasie bierze oddech, by wyrzucić z siebie kolejną litanię pomówień.Wszystko to bowiem zostało dokładnie zaplanowane.Tak by Forrester Sachswyszedł na bohatera, wielkiego człowieka, któremu nieobcy jest los maluczkich.To prezentertelewizyjny z kompleksem mesjasza, w garniturze Toma Forda, z ramionami tak szerokimi, żebyłby w stanie objąć nimi wszystkie ofiary świata.A tak naprawdę utrwala pewien cykl, prześladuje ludzi po śmierci, tak jak byliprześladowani za życia.Publicznie pierze cudze brudy, nie zważając na konsekwencje.Poświęca swoich rozmówców na ołtarzu własnej próżności.Zastanawiam się, czy w ogóle może zasnąć.Naprawdę mnie to nurtuje.– Co chcesz powiedzieć swojemu synowi, Charmaine? – pyta Sachs.– Teraz, kiedywiesz, czego się dopuścił.Kiedy wiesz, że przez niego zginęli ludzie.Czeka na efekt, zabójczy kawałek materiału, który pojawi się w każdej stacji telewizyjneji będzie nadawany niemal bez przerwy jako dwusekundowa zapowiedź dłuższego reportażu.Widzimy zbliżenie twarzy Charmaine, która patrzy prosto w kamerę, albo raczej tam,gdzie – jej zdaniem – powinna patrzeć.Spogląda na kamerzystę i zwraca się do niego, więcw telewizji wygląda to tak, jakby patrzyła gdzieś przed siebie, zupełnie nieobecna, jakby wcale jej tu nie było.Do jej szklistych oczu napływają łzy, usta drżą, jakby miała się rozpłakać, i mówi łamiącym się głosem:– Mamusia cię kocha, Bundy.Mamusia cię kocha.Wyobrażam sobie uśmieszek na twarzy Sachsa, który właśnie dostał to, co chciał.Patrzącna to wszystko, uświadamiam sobie, że to jedna z tych tragedii, które człowiek widzi w telewizji i myśli, że nigdy nie stanie się ich częścią.Pełna relacja, dwadzieścia cztery godziny na dobę, dzień w dzień.Życie ludzi i ich śmierć, celebrowane przez krótką chwilę w wirze wiadomości.Albo – jeśli mają odrobinę szczęścia – nieco dłużej.Może „celebrowane” nie jest odpowiednim słowem.Fetyszyzowane.By zaraz potem popaść w zapomnienie.Stać się kolejną bezimiennąofiarą tragedii, której można było zapobiec.Dochodzę do wniosku, że ja również mam już dość.Proszę Jacka, żeby zmienił kanał,a on chętnie to robi.Znowu oglądamy końcówkę spotu wyborczego Boba DeVille’a, kiedytłumaczy ludziom, że chce, by zobaczyli jego prawdziwą twarz.– Bob zaprosił nas na weekend – mówi Jack, nie odrywając wzroku od telewizora.– Tak? – Jestem zaskoczona, ale szczęśliwa.– Pomyślałem, że moglibyśmy spędzić razem trochę czasu.Nie posiadam się z radości.To brzmi jak gałązka oliwna, jakby chciał nam dać drugąszansę.– Super.Kiedy? – pytam.– W ten weekend.W głębi duszy cieszę się jak dziecko, bo w ten weekend wypada Dzień Kolumba – długiweekend poprzedzający wybory – i spędzimy razem więcej czasu, niż mogłam się spodziewać.Żeby uratować nasz związek, zrobię wszystko, nawet jeśli będę musiała udawać przed szefemJacka grzeczną, posłuszną panienkę.18Jadąc do DeVille’ów, mam wrażenie, że ja i Jack oddalamy się od problemówi zmierzamy w stronę nowego horyzontu.Tym bardziej chcę zostawić za sobą wszystko, co złe,i zacząć od początku.Kilka razy widzę, jak zerka na mnie ukradkiem, myśląc, że nie patrzę.Bob DeVille i jego żona Gena mieszkają w pozbawionym ścianek działowych ogromnymdwupoziomowym domu na zboczu.Mają tu tarasowy ogród, mnóstwo przestrzeni, taras na tyłachdomu i basen z widokiem na długą uroczą dolinę z płynącą w dole rzeką i na góry w oddali.Z tarasu widać jedynie ciągnący się kilometrami, bezkresny, niczym niezmącony krajobrazi kilka innych domów.Kiedy tuż po przyjeździe Bob zabiera nas tam, żebyśmy mogli podziwiać widok, jestempod wrażeniem.– Chcę tu zamieszkać – szepczę do Jacka.– Tu?– W takim miejscu – odpowiadam.– Tylko ty, ja i piękno przyrody.– W takim razie muszę osiągnąć coś w życiu.– Uśmiecha się.Nie wątpię, że tak się stanie, i chcę być wtedy u jego boku.– To miejsce jest niesamowite – dodaję.– Wiedziałam, że Bob jest bogaty, ale nieprzypuszczałam, że aż tak.– Jest dobry w tym, co robi – tłumaczy Jack.– To jeden z najlepszych ludzi w swojejbranży.Procesuje się z koncernami naftowymi.To pierwszy raz, kiedy mam okazję poznać Boba.Do tej pory widziałam jedynie jegozdjęcia na ogromnych plakatach, którymi jest oblepiony sztab wyborczy.Wyglądają jak reklamy proszku do prania albo płynu do czyszczenia.Wyretuszowane do granic możliwości.I Bob zeswoją surową urodą i ulizanymi włosami – jak mężczyzna z reklamy Marlboro reklamującyprodukty do higieny jamy ustnej Crest.Ale to wszystko ściema, bo w rzeczywistości wcale tak nie wygląda.Jest sztywny, głupkowaty i ofermowaty, przez co jeszcze bardziej go lubię.Gena to piękność z Południa z wdziękiem i postawą kobiety, która uczęszczała doprywatnych szkół.Wygląda jak relikt uroku lat sześćdziesiątych; jasne włosy ma wywinięte na końcach, jakby nigdy nie wyszły z mody.Jest w turkusowym spodnium, takim, w jakim zwyklewiduje się Hillary Clinton.Wygląda stylowo i wytwornie.Przed lunchem Bob i Jack, siedząc na kanapie, prowadzą męską rozmowę o politycei sytuacji na świecie.Ja oglądam zdjęcia na kominku i moją uwagę przykuwa czarno-białafotografia Geny [ Pobierz całość w formacie PDF ]