[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Drzewa ponad polaną tworzyły zielony dach, przez który prze-świetlały ostatnie promienie światła.Kiedy zapadł zmierzch, a wysiłek nie dał żadnego rezultatu, zre-zygnowany ułożył się w krzakach, aby doczekać poranka i z niczym wrócić do osady.Z mocnego snu wyrwały go dziwne krzyki.Nauczony ostrożności, zamiast zerwać się w popłochu, jedynie otworzył oczy i cicho obserwował, co dzieje się na polanie.A działo się dużo.Spomiędzy okolicznych drzew zaczęły wypełzać przygarbione cienie, wiły się niczym miotane podmuchami wiatru, podchodząc coraz bliżej środka polany.Gdy pojawiło się ich około dwustu, utworzyły okrąg, którego granice wyznaczał pas szarej ziemi.Ciszę rozdarł dźwięk bębnów, w ich takt postacie zaczęły się giąć w obłąkańczym tańcu.Czarna postać, wynaturzona i pokraczna opuściła kordon i rozpoczęła śpiewną inkantacje w nieznanym języku.Na ten znak rozpalono pochodnie i złożono z nich stos.James, ze strachu przed odbywającym się rytuałem, chciał po cichu odpełznąć w bezpieczne miejsce i uciec, lecz na pierwszy trzask gałązki pod jego stopami bębny umilkły, a uczestnicy obrzędu zwrócili swoje twarze w stronę, gdzie właśnie zastygł w pół kroku.Ruszyli na niego ławą, dzielny człowiek opierał się długo, choć za jedyną broń miał gruby konar i nóż.Pokonali go w końcu i przy wtórze dziwnych świergoczących dźwięków zawiedli na środek polany w miejsce, gdzie jasnym płomieniem gorzały rzucone pochodnie.W ich blasku przyjrzał się uczestnikom rytuału i krzyk przerażenia uwiązł mu w gardle.Twarze mieli naznaczone stygmatami najgorszych z chorób, beznose, z niezliczonymi bliznami, ślepi z białym bielmem na tęczówkach, obarczeni monstrualnymi garbami, powykręcani nieznanymi mu przypadłościami wyglądali jak z piekła rodem.Otoczyli go kołem,a bębny z powrotem rozpoczęły swoją przerażającą pieśń, niosącą się głośnym echem pośród drzew.Na gest człowieka, który prowadził inkantację, płomienie zbladły, przygasając z sykiem.Oczom Jamesa ukazał się obraz, którego do końca życia nie mógł zapomnieć.Pomiędzy złączonymi dłońmi uczestników pojawiły się iskry czerwonych wyładowań.Ogniki pełgały, strzelając w niebo z cichymi trzaśnięciami.Ludzie na polanie zdawali się cali pokryci snopami rdzawych błyskawic, które wykwitały także z ich oczu i ust.James z przerażeniem poczuł, jak podnoszą mu się włosy na głowie, a z jego palców trysnął strumień iskier.Polana rozjarzyła się ludzkimi pochodniami, na ten znak potężny grzmot przewalił się przez mroczne niebo i powietrze wokoło zaczęło drgać.Połyskujący czerwienią portal otwierał się powoli, uwalniając.Kształt jego formujący się z materii, zdawał się materię ową wsysać, czyniąc powietrze tak rzadkim, że dech brałem z trudem, jakobym w wodzie tonął.Z każdą chwilą ognie świętego Elma trzaskające z dłoni przybierały na sile, tworząc ramę dla coraz cieńszej, błękitnawej błony, która była granicą naszego świata.Na jej drugim końcu stał demon - diabeł we własnej postaci.Ogromny łeb z rogami chwiał się niepewnie, z pyska ku ziemi spływały dym i para, a błyskające czerwienią i nienawiścią oczy przeszywały mnie na wylot.Zadrżałem z lęku, że pomiot piekielny opuści swoją otchłań i odbierze mi duszę.Wtedy myśli moje po raz pierwszy za żywota zwróciły się do Boga.Błagałem go i zaklinałem na wszelkie świętości, aby powstrzymał nadejście demona, lecz widocznie inna była jego wola.Istota długimi na stopę szponami przedarła cienką błonę i stanęła na ziemi, ziejąc wokół odorem siarki.Był wielki jak okoliczne drzewa, a jego czerwone ślepia omiotły stojących wyznawców.Nie interesowali go.W końcu wzrok bestii spoczął na Jamesie, który z zamkniętymi oczami klęczał w szarym pyle, modląc się pierwszy raz w życiu gorąco i żarliwie.Demon delikatnie podniósł go z ziemi i ustawił do pionu, wtedy James zdobył się na odwagę i spojrzał mu w oczy.To, co tam zobaczył, sprawiło, że całkowicie osiwiał.Potwór, na którego patrzył, był czystą nienawiścią, skupieniem całego ziemskiego i piekielnego zła.Ale widocznie nie miał w planach rozerwania małego człowieczka stojącego przed nim.W głowie Jamesa pomiędzy wywrzaskiwanymi ku niebiosom słowami Pater Noster rozległ się sykliwy, upiorny głos: Powołany, by mi służyć.Na chwałę Jamesa przyznać należy, że stanowczo zaprzeczył i mimo przerażenia łamiącego kolana wywrzeszczał je czerwonookiemu monstrum.Demon nie przejął się jego protestem, szarpnął za rękę, na szczęście urywając tylko rękaw, i dotknął olbrzymim paluchem miejsca, gdzie ze strachu szalał puls biednego łotra.Gdy oderwał rękę, płonął na niej czarny znak.Jesteś moim narzędziem - głos w jego głowie ryknął.Na widok potęgi i mocy bestii pod stojącym człowiekiem ugięły się nogi.Zemdlał, odchodząc w bezpieczny świat bez koszmarów i demonów.Wydawało mu się, że przez cienką kotarę snu, słyszy podniecone głosy i krzątaninę, lecz po ocknięciu nie zobaczył nikogo.Polana była pusta i tylko czarny, piekący ślad po wewnętrznej stronie nadgarstka świadczył o tym, że wypadki w nocy nie były jedynie wytworem jego wyobraźni.Po powrocie do osady wiedźma wezwała go na rozmowę, podczas której okazywała mu graniczący z uwielbieniem szacunek.- Nie takie były plany - powiedziała, zanim zdążył zadać pytanie -byłeś przeznaczony na ofiarę dla Azdarotha, a stałeś się jego wybranym sługą.Pan zajrzał w twą duszę i odnalazł coś, co czyniło cię lepszym od przygotowanego dlań kapłana.Zatem, wybrańcu, czego oczekujesz od nas? Wiedz, że od tej pory udzielimy ci każdej pomocy i wesprzemy w działaniach, boś oczami i uszami pana naszego.Długo w nocy rozświetlała horyzont łuna pożaru, w którym sczeźli przeklęci wyznawcy demona.James pierwsze swoje kroki skierował do klasztoru, gdzie przyjął imię Jakuba od Krzyża i od tej pory cały swój wysiłek poświęcał walce ze złem pod postacią opisanych w księdze sług demona.Z każdym spotkał się osobiście i z każdym stoczył walkę na śmierć i życie.Jego wiedza o wyznawcach i sługusach zła była nie-ocenionym przewodnikiem dla grupy łowców, którą stworzył z braci zakonnych, aby na zawsze oczyściła świat z synów piekieł [ Pobierz całość w formacie PDF ]