[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Pięć mil na zachód od Przylądka Palmas Unia Zachodnioafrykańska 7 sierpnia 2007 roku, godzina 2.02 czasu lokalnegoW mroku nocy skraj dżungli przypominał czarną ścianę.Wąski pas piaszczystej plaży omywały opalizujące białymi grzywami, łagodne fale.Wzdłuż linii drzew biegła rozjeżdżona, wyboista żużlowa droga.Ciemność rozjaśniało jedynie małe ognisko, które sypało iskrami i silnie dymiło na piasku.Pół kilometra od niego stała samotna kępa krzaków, która w rzeczywistości wcale nią nie była.Właśnie między gałęziami porozwieszanymi na siatce maskującej ostrożnie wyłonił się bezodblaskowy obiektyw noktowizora.– Śpiochu.– rozległ się głośny szept Niedźwiedzia.– Hej! Śpiochu!Siedzący metr dalej kudłaty, chudy i żylasty dowódca drużyny komandosów gwałtownie ocknął się z drzemki.– Czego? – syknął ze złością.– Wygląda na to, że dwóch przemytników dotarło wreszcie do celu.Powinien przypłynąć jeszcze jeden.– Jesteś pewien?– Tak.– Niedźwiedź energicznie pokiwał głową, choć w ciemności nikt nie mógł tego dostrzec.– A reszta eskadry nadal go śledzi?– Tak.– I nie widać żadnego patrolu w zasięgu wzroku?– Nie.– No to po cholerę zawracasz mi tyłek?! – parsknął Śpioch ze złością.– Ponieważ sądziłem, że chcesz o wszystkim wiedzieć!– Jak będę stał na warcie, to zechcę wiedzieć.Na razie wolałbym jeszcze poćwiczyć trochę oko.– A ugryź się, palancie!– Spadaj, dupku!Śpioch przekręcił się na drugi bok i poprawił hełm pod głową.Niedźwiedź ponownie przytknął noktowizor do twarzy.– To wszystko? – zapytał zdziwiony sierżant.– Tylko tyle przewieźliśmy i chyba nikt więcej już się dziś nie prześliźnie – odparł rybak w anglo-afrykańskim narzeczu.– Potwory są głodne.– Święta racja – przytaknął drugi z przemytników.– Sam widziałem, jak zatrzymali pinasę przy Harper.Pewnie uznali, że mojej małej łodzi nie warto kontrolować.Dwie przemytnicze jednostki były wyciągnięte na brzeg.Każda składała się z dwóch powiązanych ze sobą dłubanek, tworzących rodzaj katamaranu z doczepnym silnikiem.Przywieziony na nich towar, kilkanaście dwustulitrowych beczek ropy, w całości zmieścił się na skrzyni pierwszej z trzech ciężarówek oczekujących w prowizorycznym punkcie przeładunkowym.Poborowi z brygady roboczej byli wdzięczni, że mają tak mało ciężarów do przenoszenia, ale dowodzący nimi sierżant zbyt dobrze znał trudną sytuację w Unii, żeby uznać to za powód do zadowolenia.– Masz forsę? – zapytał cicho pierwszy rybak.– Przed świtem musimy przekroczyć granicę.Podoficer bez słowa wręczył im dwie zatłuszczone koperty.Przemytnicy podeszli bliżej tlącego się ogniska i w blasku płomieni zaczęli pospiesznie przeliczać banknoty.Chwilę później starszy podniósł głowę i oznajmił sierżantowi:– Na dziś może być, ale powiedz, komu trzeba, że następnym razem będzie drożej.– Chyba nie macie się na co uskarżać? – burknął dowódca brygady, którego miesięczny żołd był porównywalny z zawartością przekazanej koperty.– Będzie się na co uskarżać, jak za przemyt trafimy do Wielkiego Hotelu.Po stronie francuskiej wielu już tam siedzi, nawet kilku z naszej wioski.Walka z potworami staje się niebezpieczna.Powiedz swojemu staremu, że następnym razem zapłaci więcej, bo jak nie, to wszyscy wrócimy do łowienia ryb.Sierżant wymamrotał pod nosem niecenzuralną odpowiedź, paroma kopniakami zasypał ognisko i zawrócił w stronę ciężarówek.Rybacy odpowiedzieli mu w równie wulgarny sposób i ruszyli do swoich łodzi.Podoficer przystanął jeszcze, żeby sprawdzić zamocowanie beczek na skrzyni.Było ich bardzo mało, więc tym bardziej nie chciał żadnej zgubić po drodze.Domyślał się, że kapitan będzie wściekły, bo liczył na znacznie więcej.Ale w końcu dostali choć trochę ropy.Coraz częściej zdarzały się noce, kiedy do punktu przeładunkowego nie docierał ani jeden transport zza granicy.– Hej! Śpiochu.Śpiochu.Stara cioto! Obudź się wreszcie!– Co znowu?– Coś się dzieje.Przed chwilą zgasili ognisko.Chyba się zbierają do odjazdu.– Zobaczmy.Niedźwiedź wyciągnął w bok lornetkę noktowizyjną.Śpioch wymacał ją na oślep i niemal wyrwał mu z ręki.Chwilę później w ciemności wyłonił się zarys jego twarzy zatopionej w delikatnej zielonkawej poświacie.Komandos zaczął regulować wzmocnienie lornetki.– Masz rację.Spychają łodzie na wodę.Nad cichy szum przyboju wybił się warkot uruchamianych silników: najpierw bzyczenie dwusuwowych doczepnych motorów łodzi, potem basowy terkot wysokoprężnych silników aut.Zapaliły się światła.W którejś z ciężarówek nie działał jeden reflektor.– Oho, ruszają w naszym kierunku [ Pobierz całość w formacie PDF ]