[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.W dalszym ciągu żałuję, że nie potrafiłam jej zrozumieć.Nikt tego nie umiał.Kiedyś zastanawiałam się, czy Ismet nie jest wcieleniem jednej z cnót Maranonii i do dziś nie wiem, czy przypadkiem nie miałam racji.Następnego ranka zawołał mnie Gamelan.Znalazłam go tam, gdzie zwykle najbardziej lubił łowić ryby.Siedział i nieomal świecił własnym blaskiem ze szczęścia.– Popatrz – powiedział, gdy tylko nadeszłam.Siedział w kucki na pokładzie i gdyby nie szaty, wyglądałby jak każdy stary rybak, który z niechęcią spogląda na leżące przed nim splątane sieci.Wyciągnął rękę, wnętrzem dłoni dotknął sznurów i uniósł dłoń jakieś sześć centymetrów nad siecią, po czym zakreślił kilka kół, przebierając palcami jak mackami ośmiornicy.Z trudem nadążałam wzrokiem za ich poruszeniami, lecz po chwili moją uwagę pochłonęły zwoje sieci.Poruszyły się z własnej woli, gdyż nic ich nie dotykało, sieć zwinęła się, opadła na pokład i leżała nieruchomo, w dalszym ciągu bezładnie, lecz teraz już całkowicie rozplątana.Kilku marynarzy i gwardzistek, obserwujących jego poczynania, zaczęło wiwatować, lecz on nie musiał patrzeć, by wiedzieć, co się stało.Uśmiechał się.– Umiałem to robić w dzieciństwie – powiedział – więc i teraz umiem.Mój Talent rzeczywiście powraca.W kilka dni później ponownie wyprawiłam się do wrogiej twierdzy.Wiedząc, że będę musiała bardziej się do niej zbliżyć, stworzyłam zabezpieczenie.Stadu mew nie łatwo byłoby uciec w przypadku zagrożenia, więc musiałam dodać sobie sprytu i szybkości.Nowy balsam zrobiłam w pobliżu dwóch talizmanów.Jako pierwszy posłużył mi kawałek szaty Sarzany, który Corais w dalszym ciągu nosiła jako symbol nienawiści do maga, drugim zaś był ów ohydny klejnot – serce brata ostatniego Archonta.Gamelan sprzeciwiał się temu z wielkim przekonaniem, lecz nie pozwoliłam mu się zawrócić z obranej drogi.Miała przed sobą bardzo ważne zdanie i wiedziałam, że jeśli pofrunę nad Ticino jako stado niepozornych mew, wystrzegających się ludzi i myśliwych, przemknę się do miasta i powrócę niezauważenie.Dałam sobie dodatkową godzinę przed świtem na przeszpiegi.Nikt nie zwrócił uwagi, gdy zbliżałam się do stolicy archipelagu.Trzykrotnie okrążyłam ufortyfikowany port, lecz nie udało mi się spostrzec nic więcej, niż poprzednim razem.Zorientowałam się, że okręty spowija magiczna mgła.Na szczęście, tym razem mogłam dokładniej obejrzeć miasto.Było rzeczywiście wielkie.Ulic miało zaledwie kilka, gdyż domy, wille i place łączyła sieć kanałów.W samym środku stolicy rozsiadła się ogromna, stosunkowo niewysoka wieża, a raczej cały zamek, z licznymi wieżyczkami i umocnieniami wokół dachu.Wokół rozpościerały się niezabudowane place, ozdobione rzeźbami, a do zamku wiodły cztery szerokie drogi, prowadzące do potężnych bram.Trudno byłoby zdobyć tę fortecę, więc miałam nadzieję, że dostaniemy w swe ręce Sarzanę i Archonta, w jego aktualnej postaci, w czasie walki morskiej i w ten sposób zakończymy długą wojnę.Musiałam jednak zobaczyć coś więcej, a jedynym sposobem, by wyostrzyć wzrok, było zaklęcie, które jednak zwiększało zagrożenie.Musiałam jednak podjąć ryzyko.Zebrałam siły i ukształtowałam w myśli obraz Sarzany, takim, jakim widziałam go ostatnio – zdenerwowanego, w jedwabiach, na pokładzie galery.Ostrożnie rozpoczęłam zaklęcie, lecz w tym samym momencie obraz zniknął i na jego miejscu pojawiło się wyobrażenie groźniejszego nieprzyjaciela.Straciłam kontrolę i umysł mój wypełniła postać Archonta na morzu pośród szalejących wulkanów.Na usta wystąpiła mu krwawa piana, plamiąc pożółkłą brodę.Świat zawirował i wymknął mi się spod nóg.Wir porwał mnie w stronę twierdzy.Po chwili wszystko ucichło.Znajdowałam się w przestronnej, mrocznej komnacie, obwieszonej gobelinami, rozjaśnionej tylko blaskiem cienkich świec.Nie byłam już mewą, a raczej całym stadem, ani też kobietą.Byłam duchem, obecnością i wpatrywałam się w jedyną osobę w pomieszczeniu, która nagle zdała sobie sprawę z tego, że nie jest już sama.Przy stole siedział Sarzana i wpatrywał się w wielką kałużę czegoś, co przypominało rtęć.Oczy mu zabłysły.– Antero – zgrzytnął, lecz nie swoim głosem, lecz tonem, który po raz pierwszy usłyszałam z czarnej chmury podczas szturmu na likantyjski zamek.Sarzana syczał teraz jak żmija i cuchnął ohydnym, mogilnym zaduchem [ Pobierz całość w formacie PDF ]