[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Potem bez trudu odnajdziemy drogę.Potrząsnął głową.–Może i jestem ślepy, ale rozumu nie straciłem i wiem, że nie pójdzie nam tak łatwo – odparł.–Bogowie ułatwiają człowiekowi życie tylko wtedy, gdy chcą na niego sprowadzić klęskę.Roześmiał się.Ucieszyło mnie to, bo przez chwilę wydało mi się, że wszystko jest tak jak dawniej.Odpowiedział: – A zatem potraktuję swoje niepowodzenie – i niepowodzenia innych – jako dobry omen.Ziewnął.Łagodnie ułożyłam go z powrotem na łóżku.Nie protestował.Znalazłam jakieś przykrycie i otuliłam go aż po szyję.–Nie pozwól mi spać za długo – powiedział.– Mamy wiele spraw do omówienia.–Dobrze – obiecałam, choć wiedziałam, o co będzie mnie prosił.Napełniało mnie to lękiem i niechęcią.Gdy już stałam w drzwiach, odezwał się: – Rali?–Tak?Zwrócił ku mnie oślepione oczy: – Twój ojciec byłby z ciebie bardzo dumny.Nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć, więc tylko zamknęłam drzwi.Tej nocy śniłam o Tries.Mój poprzedni sen znowu się powtórzył.Kochałyśmy się, lecz tym razem byłam rozpalona i niecierpliwa, bo obawiałam się tego, co wkrótce przyniesie mi demon snu.Ponownie pojawił się Archont i wyśmiewał się z mej nagości.Obudziłam się ze snu we śnie, a Tries znów czekała, by mnie zdradzić.Walczyłyśmy.Poczułam ukłucie jej srebrnego sztyletu.Potem leżałam w hamaku z zamkniętymi oczyma, drżąc na całym ciele i śniłam nowe sny, modląc się jednocześnie, by ten koszmar wreszcie się skończył.Usłyszałam jakiś hałas, a potem przekleństwa Polillo i skrzyp lin, gdy Corais wyskakiwała z hamaka, by sprawdzić, co się dzieje.Nie otwierałam jednak oczu, bo nie ufałam wzrokowi, omamionemu snem i jawą na przemian.Poczułam ból w miejscu, gdzie Tries zadała mi cios sztyletem.Usłyszałam kolejne hałasy i głos Gamelana.–Rali! – wołał mnie.– Rali!Otworzyłam oczy.Mag stał nade mną, cały podrapany i poobijany, bo szukał po omacku drogi ze swej kabiny do mego hamaka.Wstałam.–Tak, przyjacielu? Co się stało?–To Archont! – odparł Gamelan.– On żyje!–Wiem – odrzekłam.Czułam tylko zimno i pustkę.–Słyszysz mnie, Rali? To jeszcze nie koniec! – wołał.–Słyszę cię, magu.Dobrze cię słyszę.Gdzieś daleko, w ciemnościach nocy, usłyszałam, jak młoda morska jaszczurka głębokim głosem przywołuje matkę.Rozdział DziewiątyTatuowany wódzPrzez wiele dni nasze okaleczone okręty płynęły na północ.Kończyły się zapasy i woda do picia, lecz bezlitosne rafy nie chciały przepuścić nas na drugą stronę, do domu.Gamelan czuł się coraz lepiej, lecz jego ślepota wydawała się nieuleczalna.Rozmawialiśmy ze sobą nieczęsto, nigdy nie wspominając o Archoncie.Chyba oboje mieliśmy nadzieję, że było to tylko złudzenie wyczerpanych umysłów.Moja praktyczna natura szukała racjonalnych rozwiązań: na Te-Date, Archont przecież nie żył! Na własne oczy widziałam, jak umiera.To nic, że przeklął mnie przed śmiercią.Lepiej być przeklętym przez nieboszczyka niż przez żywego, który może złorzeczenie wprowadzić w czyn, prawda?Moje gwardzistki były przekonane, że odnieśliśmy wielkie zwycięstwo, wkrótce opłyniemy rafę naokoło i wróciły do domu, opromienione sławą.Za to ludzie Cholla Yi narzekali i wpatrywali się we mnie ponuro.Ani Stryker, ani mistrz wioślarzy Klisura, ani też przełożony żeglarzy Duban ani jednym słowem nie karcili swych podwładnych za gniewne słowa.Nie starali się też podnieść ducha w załodze.Wręcz przeciwnie, każda nieco bardziej pogodna lub pełna nadziei wypowiedź natychmiast wzbudzała ich negatywne reakcje.Zaczęłam się zastanawiać, jak powinnam na to wszystko zareagować, kiedy pewnego ranka obudził nas aromat żyznej, bogatej gleby, egzotycznych kwiatów i znajomy zapach dymu z ogniska.Na horyzoncie pojawił się zamglony, błękitny kształt, co oznaczało, że zbliżamy się do wyspy.Przed nami na falach unosił się pień drzewa.Wciągnęliśmy go na pokład.Drzewo miało liście w kształcie trąbek, fioletowokremowe kwiaty i liczne zgrubienia na konarach, na gałęziach zaś rosło całe mnóstwo mięsistych, różowawych tykw wypełnionych gęstym, słodkim płynem, który dodawał energii umysłowi i chyżości ciału.–To znak, że gdzieś blisko są ludzie – oświadczyła Polillo.– To byłoby straszne marnotrawstwo, gdyby coś tak smakowitego rosło sobie samotnie, bez ludzi, którzy by je docenili i zjedli.Corais roześmiała się z tego rozumowania: – Ty zawsze myślisz żołądkiem, droga przyjaciółko.Polillo zarumieniła się, ale zakłopotany uśmiech dowodził, że się nie obraziła.Zamiast odpowiedzi przedziurawiła kolejna tykwę i podała mi ją, wyginając przegub dłoni jak panna służąca.Pomimo wzrostu i zachowania, Polillo miała w sobie kobiecość, a nawet nieodparty urok, jeśli potraficie sobie wyobrazić uroczą olbrzymkę [ Pobierz całość w formacie PDF ]