[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Podjechał do północnego końca muru, po czym zakręciłi pojechał wzdłuż niego, aby w końcu zatrzymać się przed narożnikiem.W pobliżu nie było żadnych drzew, ale rosło trochę niskich krzaków.Do jednego z nich przywiązałkonia i już zamierzał wspiąć się na siodło, kiedy usłyszał cichy pomruk głosów.Wyjął nogę ze strzemienia i podszedłszy do rogu zerknął ostrożnie.Trzej mężczyźni szli drogą w kierunku kępy palm i po rozlazłym chodzie poznał, że to Darfarczycy.Przystanęli na jego wołanie, zbijając się w ciasną grupę, gdy podszedł do nich z mieczem w ręku.Ich oczy błyszczały blado w świetle gwiazd.W mahoniowych twarzach odbijała się zwierzęca żądza, jednak wiedzieli, że ich maczugi nie sprostają stalowemu ostrzu.Barbarzyńca też o tym wiedział.— Dokąd idziecie? — zapytał.— Powiedzieć naszym braciom przy jamie, żeby zgasili ognisko — padła ponura, chrapliwa odpowiedź.— Aram Baksh obiecał nam człowieka, ale skłamał.Znaleźliśmy jednego z naszych martwego w pokoju–pułapce.Tej nocy będziemy głodni.— Chyba nie — uśmiechnął się Conan.— Aram Baksh wyda wam człowieka.Widzicie te drzwi?Pokazał im małą, obitą żelazem furtę w zachodniej części muru.— Zaczekajcie tam.Aram Baksh da wam człowieka.Wycofał się tyłem, aż znalazł się poza zasięgiem ich maczug, a potem obrócił się i zniknąłza rogiem.Dotarłszy do konia przystanął, aby upewnić się, że czarni nie poszli za nim, a potem wspiął się na grzbiet wierzchowca i stanął w siodle, uspokajając zwierzę kilkoma cichymi słowami.Sięgnął ręką, chwycił krawędź muru i podciągnął się w górę.Przez chwilę spoglądał na zabudowania.Gospoda wznosiła się w południowym rogu, resztę przestrzeni zajmował ogród i krzaki.Nigdzie nie dostrzegł żywej duszy.Dom stał cichy i ciemny; barbarzyńca wiedział, że wszystkie drzwi i okna były dokładnie zamknięte i zaryglowane.Pamiętał, że Aram Baksh śpi w komnacie przylegającej do obsadzonej cyprysami ścieżki wiodącej do drzwi w zachodnim murze.Przemknął jak cień przez zarośla i po chwili lekko zapukał do drzwi komnaty.— Co jest? — zapytał burkliwy, senny głos.— Aramie! — syknął Cymeryjczyk.— Czarni przełażą przez mur!Drzwi otworzyły się niemal natychmiast, ukazując gospodarza stojącego w samej koszuli, ale ze sztyletem w ręku.Wyciągnął szyję spoglądając barbarzyńcy w twarz.— Co to za bajki… To ty!Stalowe palce Conana zdusiły mu krzyk w gardle.Obaj upadli na podłogę i Cymeryjczyk wyrwał sztylet z ręki wroga.Błysnęło ostrze i trysnęła krew.Aram Baksh zabulgotałodrażająco, krztusząc się i dławiąc krwią.Conan szarpnięciem postawił go na nogi; znów błysnął sztylet i większość kręconej brody spadła na podłogę.Wciąż trzymając przeciwnika za gardło — bo człowiek może wydawać nieartykułowane krzyki nawet z odciętym językiem — Cymeryjczyk wywlókł go z komnaty i zaciągnął do drzwi w murze.Jedną ręką odsunął rygiel i otworzył drzwi na oścież, odsłaniając trzy czarne postacie, które czaiły się tam jak sępy.W ich niecierpliwe ramiona rzuciłgospodarza.Z ust Zamboulańczyka wydobył się straszliwy, zdławiony wrzask, ale gospoda pozostała cicha i ciemna.Ludzie tu byli przyzwyczajeni do nocnych wrzasków.Aram Baksh walczył jak szalony, nie odrywając swych wytrzeszczonych oczu od twarzy Cymeryjczyka.Nie znalazł w niej litości.Conan myślał o tuzinach nieszczęśników, którzy zawdzięczali swój straszny los chciwości tego człowieka.Ludożercy z ochotą powlekli go drogą, drwiąc z jego rozpaczliwego bełkotu.Jak mogli poznać Arama Baksha w tej półnagiej, okrwawionej postaci z groteskowo obciętą brodą?Stojąc przy bramie Conan wciąż słyszał odgłosy szamotaniny, mimo że tamci zniknęli już wśród palm.Zamknąwszy za sobą drzwi Conan wrócił do swego konia, dosiadł go i ruszyłna zachód, na pustynię, szerokim łukiem omijając kępę palmowych drzew.Jadąc wyciągnął zza pasa pierścień, w którym błyszczał klejnot niezwykłej urody, sypiący skry w świetle gwiazd.Przyjrzał mu się uważnie, obracając w palcach.Spory woreczek monet cicho brzęczał mu u łęku siodła, niczym obietnica przyszłego bogactwa.— Zastanawiam się, co by powiedziała, gdyby wiedziała, że od pierwszego spojrzenia poznałem w niej Nafertari, a w nim, Jungira Chana — śmiał się do siebie.— O Gwieździe Khorali też wiedziałem.Będzie piękna scena, jeżeli ona kiedykolwiek domyśli się, że ściągnąłem mu go z palca, kiedy wiązałem go jego pasem.Jednak nigdy mnie nie złapią.Obejrzał się na cienisty gąszcz palm, wśród których rósł czerwony blask ognia.Pod niebo wzbił się ponury przyśpiew, pełen dzikiej uciechy.Po chwili zmieszał się z nim inny dźwięk— oszalały wrzask, nieartykułowany ryk strachu i rozpaczy.Ten krzyk biegł za Conanem odjeżdżającym na zachód pod niebem pełnym blednących gwiazd.przeł.Zbigniew A.KrólickiROBERT E.HOWARDSTALOWY DEMONSTALOWY DEMON(The Devil in Iron)Raz jeszcze jego szczęście z kobietą trwało krótko.Złe moce czy niespokojny charakterpowodują, że porzuca Sanchę w najbliższym porcie.Wraz z ocalałymi kompanami,słuchając ballady w portowej tawernie o niewyobrażalnych skarbach Koru, krainie leżącejna południe od rzeki Zarkheba, ulega czarowi pieśni i płynie na Ocean Zachodni kutajemniczemu Południu.Tam też, w tajemniczej świątyni, spotyka kilku reprezentantównieśmiertelnego plemienia Prastarej Rasy.Próba zdobycia skarbu przywiezionego przeznich z innego świata opłacona zostaje śmiercią wszystkich współtowarzyszy i stratąokrętu.Tam też Conan poznaje swoje przeznaczenie i jedyny raz w swym życiu ocaleniezawdzięcza nie sile swych mięśni i szybkości miecza, ale tajemnym mocom.Nie majączałogi, tracąc okręt, lecz wzbogacając swe niezwykłe doświadczenie Conan porzuca pirackąprofesję i wędrując na północ, po wielu przygodach dociera do Turanu, gdzie munganowie,konni rabusie plądrują pogranicze Koth, Zamory i Turanu.Mylnie interpretując słowa Tej‐Która‐Ożywia próbuje zjednoczyć kozaków i założyć nowe królestwo [ Pobierz całość w formacie PDF ]