[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Jednak zanim zdążyli przebiec pierwszą komnatę, usłyszeli za plecami nagły szelest rozchylanej kotary.Stanęli i odwrócili się.Przed ukrytą za zasłoną alkową stał jakiś człowiek i bacznie im się przyglądał.Mężczyzna był podobny do dwóch poprzednich: wysoki, dobrze zbudowany, odziany w purpurowe szaty spięte wysadzanym klejnotami pasem.Jego bursztynowe oczy nie wyrażały zdziwienia ani wrogości.Były senne, jak oczy zjadacza lotosu.Nawet nie sięgnął po miecz, wiszący mu u boku.Po krótkiej chwili milczenia przemówił obojętnym i znudzonym tonem, w jakimś nieznanym języku.Wiedziony przeczuciem Conan odpowiedział mu po stygijsku i obcy również odezwał się w tej mowie.— Kim jesteście?— Ja jestem Conan Cymeryjczyk — odparł barbarzyńca.— A to jest Natala z Brythunii.Co to za miasto?Mężczyzna nie odpowiedział od razu.Obrzucił Natalę rozmarzonym, czułym spojrzeniem i zabełkotał:— Ze wszystkich mych licznych wizji, ta jest najdziwniejsza! Dziewczyno o złotych lokach, z jakiejże krainy marzeń przybywasz? Z Andarry, Tothry czy też srebrnogwiezdnego Kuth?— Co to za głupoty? — warknął Cymeryjczyk, któremu nie spodobały się te słowa, ani sposób, w jaki mówiący patrzył na Natalę.Tamten nie zwrócił nań żadnej uwagi.— Śniłem o piękniejszych ślicznotkach — mruczał.— O gibkich kobietach z włosami czarnymi jak noc i oczyma ciemnymi jak niezgłębiona zagadka.Jednak twoja skóra jest biała jak mleko, a oczy jasne jak poranek i jest w tobie świeżość i powab nęcący jak nektar.Pójdźw me objęcia, dziewczyno ze snu!Zrobił krok i wyciągnął rękę, a Conan odtrącił ją w bok uderzeniem, które mogło połamać kości.Mężczyzna zatoczył się i chwycił za zdrętwiałe ramię, spoglądając szeroko otwartymi oczami.— Cóż to — bunt duchów? — wymamrotał.— Barbarzyńco, zaklinam cię — odejdź!Zgiń! Przepadnij! Rozwiej się! Zniknij!— Zaraz zniknie łeb z twoich ramion! — warknął rozwścieczony Cymeryjczyk i szabla zabłysła mu w ręku.— Czy to tak wita się tu przybyszy? Na Croma, umoczę te zasłony we krwi!Senność zniknęła z oczu nieznajomego, ustępując miejsca niebotycznemu zdziwieniu.— Na Thoga! — wykrzyknął.— Jesteście prawdziwi! Skąd przybywacie? Kim jesteście?Co robicie w Xuthal?— Przybyliśmy z pustyni — mruknął Conan.— Zawędrowaliśmy do miasta o zmroku, umierając z głodu.Znaleźliśmy stół zastawiony do uczty i posililiśmy się.Nie mam pieniędzy, żeby za to zapłacić.W moim kraju nie odmawia się pożywienia nikomu, kto jest głodny, ale wam, ludziom cywilizowanym, trzeba za wszystko płacić — jeśli jesteście tacy, jak ci wszyscy, których dotychczas spotkałem.Nie uczyniliśmy nikomu nic złego i właśnie mieliśmy odejść.Na Croma, nie podoba mi się takie miejsce, gdzie martwi wracają do życia, a śpiący znikają w brzuchach cieni!Słysząc ostatnie słowa, mężczyzna drgnął, a jego żółta twarz stała się szara jak popiół.— Co mówisz? Cienie? W brzuchach cieni?— No — odparł ostrożnie Cymeryjczyk.— Cokolwiek to jest, porwało śpiącego zposłania i pozostawiło tylko plamę krwi.— Widzieliście? Widzieliście? — mężczyzna trząsł się jak liść; głos mu się łamał.— Tylko człowieka śpiącego na podium i cień, który go ogarnął — odrzekł Conan.Jego słowa wywarły piorunujące wrażenie na nieznajomym.Mężczyzna wrzasnąłprzeraźliwie i obróciwszy się na pięcie wypadł z komnaty.Pędząc na oślep, uderzył o framugę drzwi, złapał równowagę i pognał przed siebie, wciąż wrzeszcząc, ile sił w płucach.Conan spoglądał na to ze zdumieniem, a dygocząca dziewczyna kurczowo trzymała go za ramię.Po chwili przestali widzieć biegnącą postać, lecz nadal słyszeli przeraźliwe wrzaski, zwolna cichnące w dali i odbijające się echem od wysokich sklepień.Nagle rozległ się jeszcze jeden, głośniejszy od innych krzyk, który urwał się gwałtownie — i zapadła głucha cisza.— Na Croma!Conan drżącą dłonią otarł pot z czoła.— To chyba miasto szaleńców! Wynośmy się stąd, zanim napotkamy kolejnych wariatów!— To jakiś koszmar! — skomlała Natala.— Jesteśmy martwi i przeklęci! Umarliśmy na pustyni i jesteśmy w piekle! Staliśmy się bezcielesnymi duchami… au!Ten okrzyk poprzedził odgłos solidnego klapsa wymierzonego jej przez barbarzyńcę.— Nie jesteś duchem, skoro tak się drzesz, gdy cię klepnę — zauważył w przypływie wisielczego humoru, jaki często nawiedzał go w najmniej odpowiednich chwilach.— Na razie żyjemy, ale to może nie potrwać długo, jeśli będziemy się włóczyć po tej nawiedzonej przez diabła ruderze.Chodź!Przeszli zaledwie jedną komnatę, gdy znów stanęli jak wryci.Ktoś się zbliżał.Czekając nie wiedzieć na co, zwrócili twarze do przejścia, z którego dolatywał odgłos.Nozdrza barbarzyńcy rozszerzyły się, a oczy zwęziły się w szparki.Zwietrzył słaby zapach perfum, który czuł już wcześniej.W drzwiach pojawiła się jakaś postać.Conan zaklął pod nosem; Natala otworzyła usta ze zdziwienia.Ta kobieta również patrzyła na nich ze zdumieniem.Była wysoka, smukła i zbudowana jak bogini, odziana w wąską przepaskę biodrową, zdobioną drogimi kamieniami.Gęsta grzywa czarnych jak noc włosów podkreślała biel jej alabastrowego ciała.Ciemne oczy ocienione długimi, jedwabistymi rzęsami były niezgłębioną i zmysłową zagadką.Jej piękno zaparło dech w piersi barbarzyńcy, a i Natala spoglądała na kobietę szeroko otwartymi oczyma.Cymeryjczyk nigdy nie widział takiej piękności; rysami twarzy przypominała Stygijkę, lecz nie była smagłoskóra jak znane mu stygijskie kobiety: jej skóra była jak alabaster.Jednak gdy przemówiła głębokim, melodyjnym głosem, mówiła po stygijsku.— Kim jesteście? Co robicie w Xuthal? Kim jest ta dziewczyna?— A kim ty jesteś? — odparował szorstko barbarzyńca, który nie lubił, gdy zadawano mu zbyt wiele pytań.— Jestem Thalis Stygijka — odparła.— Musicie być szaleni, żeby tu przybywać!— Tak też mi się zdawało — warknął Cymeryjczyk.— Na Croma, jeśli jestem przy zdrowych zmysłach, to nie pasuję do tego miasta, bo wszyscy jego mieszkańcy to szaleńcy!Przy—wlekliśmy się tu z pustyni, umierając z głodu i pragnienia, a tu napotykamy trupa, który próbuje dźgnąć mnie w plecy.Wchodzimy do pałacu, wielkiego i wspaniałego, który sprawia wrażenie opuszczonego.Znajdujemy zastawiony stół, ale żadnych biesiadników.Później widzimy, jak cień pożera śpiącego mężczyznę…Mówiąc, przyglądał jej się uważnie i zobaczył, że lekko pobladła.— No?— Co „no”? — odparła, najwidoczniej odzyskując panowanie nad sobą.— Spodziewałem się, że rzucisz się do ucieczki, wyjąc jak dzikie zwierzę — odrzekł.—Człowiek, któremu powiedziałem o cieniu tak właśnie zrobił.Wzruszyła kształtnymi, alabastrowymi ramionami.— A więc to on tak krzyczał.Cóż, każdemu to, co mu pisane i tylko głupiec piszczy jak szczur w pułapce.Kiedy Thog mnie zechce, dopełni się mój czas [ Pobierz całość w formacie PDF ]