[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Przy chacie nie znaleźliśmy ani śladu po Karlusie, który najwidoczniej został uratowany.Dostrzegliśmy pozostałości po Piktach —tu pióro, które wypadło z czupryny wojownika, tam rozdarty mokasyn — ale samych dzikusów nie było nigdzie widać.Dogoniliśmy ich dopiero po zachodzie słońca, kiedy dotarliśmy do pól otaczających Schondarę.Piktowie rozstawili się na ich skraju wielkim półokręgiem.Leżąc w kępie paproci, ledwie ważąc się oddychać, ujrzeliśmy Valeriana, jego kochankę i wodzów oraz w samym środku zbiorowiska przywiązany do drąga wór.Wszyscy leżeli lub kucali przy drzewach rosnących wokół pól.W odległej Schondarze nie paliły się światła; wyglądało na to, iż do mieszkańców dotarło nasze ostrzeżenie i wiedzieli oni — o ukrytych wrogach.W forcie widać było światła i słychać było szum — głosy stłoczonych tam ludzi i zdenerwowanych zwierząt.Ukryci w forcie mieszkańcy mogli stawiać opór, lecz Piktowie i tak mieli ogromną przewagę liczebną i mogliby zdobyć fort, nawet gdyby zawiodły sztuczki czarownika.Za nami, ledwie widoczny wśród drzew, srebrny sierp księżyca zapadał za horyzont, nad którym zstępujące słońce pozostawiło pasma żółci, różu i zieleni.Nad naszymi głowami gasły gwiazdy.Hakon szepnął:— Czy myślisz, że jeśli nie zaatakują, zanim się ściemni, uda ci się podejść do tej sakwy na odległość strzału z łuku?— Po co? — spytałem.— Co to da?— Spróbuj, a zobaczysz.Nagle zrozumiałem plan Hakona i zdumiałem się jego śmiałością.W końcu cal po calu, pełzając jak węże, doczołgaliśmy się do wielkiego, starego dębu.Wstałem powoli, wstrzymując oddech, aby nie ściągnąć na siebie uwagi najbliższych Piktów, leżących zaledwie dwadzieścia metrów przede mną i kryjących się tak samo jak my.Powoli wyjąłem strzałę i nałożyłem na cięciwę.Gdy mrok zgęstniał jeszcze trochę, w pobliżu zahuczał bęben.W forcie zaczęto bić na alarm.Wydawało mi się nawet, że słyszę szczęk napinanych do strzału balist.Wokół rozległy się szelesty — to Piktowie podnosili się z ziemi i gromadzili wokół swoich wodzów.Mimo warkliwych rozkazów dowódców, nakazujących ciszę, w półokręgu było słychać gardłowy pomruk rozmów.Bęben zahuczał w innym rytmie; teraz bił szybko, raz — dwa.Piktowie podnieśli w górę drąg z sakwą, tak że wisiała, kołysząc się nad ich głowami.— Teraz! — szepnął Hakon.Wycelowałem w wór i zmówiłem w myślach modlitwę do Mitry.Nigdy nie strzelałem z tego łuku, było ciemno, a sakwa chybotała się.Bęben odezwał się w jeszcze innym rytmie.Rozległy się świsty i grzechotania; wzdłuż szyku wykrzykiwano rozkazy.Z przerażającym rykiem setki Piktów wypadły z lasu i pognały w kierunku wioski i fortu, wyjąc jak dzikie bestie.Strzeliłem.Gdy tylko wypuściłem strzałę, wiedziałem, że chybi celu i błyskawicznie sięgnąłem do kołczana po drugą.Jednak wór, kołyszący się tam i z powrotem, przypadkiem znalazł się na drodze strzały.Grot trafił w cel, powodując trzask przypominający odgłos pękającego bębna.Piktowie trzymający drąg ruszyli naprzód z pozostałymi, lecz zaraz stanęli, z niepokojem spoglądając w górę.Rozległ się trzask dartego materiału i wokół sakwy pojawiła się gęsta, czarna chmura.— Na ziemię! — krzyknął mi do ucha Hakon, łapiąc mnie za ramię i pociągając za sobą.Nie potrzebowałem ponagleń; szybko przywarłem do murawy.Wór oklapł i obwisł, tracąc poprzedni kształt.Chmura, która się z niego wydobyła, zawisła nad pędzącymi przez pola w kierunku Schondary i tratującymi uprawy piktyjskimi oddziałami.Rozprzestrzeniając się, chmura przybrała grudkowate kształty, jakby zgęstniała w jakieś materialne postacie.Ten ciemny obłok zmienił się w wiele żywych istot — wysokich, chudych stworzeń o ptasich nogach i kadłubach, z półludzkimi głowami oraz górnymi częściami ciała.Każde miało długie, kościste ramiona zakończone dłońmi uzbrojonymi w olbrzymie, zagięte szpony.Demony dorównywały wzrostem człowiekowi, a otaczała je upiorna, migocząca poświata, jakby były skąpane w zimnym blasku bagiennego ognia.Nie mam pojęcia, ile ich było.Schowałem twarz w dłoniach, aby moje oczy nie napotkały spojrzenia demona i nie ściągnęły go nam na kark.Mogło być ich sto albo i pięćset.Wrzeszcząc i wyjąc, demony przebiegały tu i tam, co chwilę rozszarpując pazurami jakiegoś Pikta.Skowycząc głośniej od bagiennych demonów, dzicy umykali we wszystkie strony, ale duchy były szybsze.Kilka kroków od nas jeden z nich zamaszystym ciosem szponiastej dłoni pozbawił głowy piktyjskiego wojownika, który przeszedł jeszcze dwa kroki, zanim upadł.Niektórzy Piktowie pamiętali o tym, że powinni upaść na ziemię.Jednak znaczna większość pod wpływem zaskoczenia i z braku odpowiedniego rozkazu wpadła w panikę i rzuciła się do ucieczki.Z katastrofalnym skutkiem, gdyż rozwścieczone demony gnały za nimi na swych długich, ptasich nogach, szybsze od najśmiglejszych biegaczy.Migoczące nimby otaczające demony bagien gasły w oddali, gdy potwory znikały w lesie.W końcu wokół nie było śladu życia.Wstaliśmy, rozprostowaliśmy obolałe kości i ruszyliśmy w kierunku Schondary.Tuż przed nami jak spłoszony królik wyskoczył z krzaków Pikt.Zamiast runąć na nas z wyciem, wywijając toporem, odwrócił głowę, udając, że nas nie widzi, i umknął w las.Nie poczytuję mu tego za ujmę.Sceny, których dopiero co byliśmy świadkami, mogły pozbawić odwagi nawet tak dziki i wojowniczy lud jak Piktowie.Znaleźliśmy głowę i lewe ramię Valeriana, a potem resztę jego ciała, leżącą obok drąga ze skórzaną sakwą.Głowę zabraliśmy ze sobą jako dowód prawdziwości naszych słów.Nigdzie nie zauważyliśmy Kwarady.Na przedmieściu Schondary spotkaliśmy strażnika; syn Dirka Stroma, zdumiony klęską piktyjskich oddziałów, wysłał go na zwiady.Kiedy zwiadowca usłyszał naszą opowieść, pognał z powrotem do fortu, oznajmiając krzykiem dobre wieści.W końcu rozkrzyczany, wiwatujący tłum zaniósł nas na rękach do fortu i długo obnosił po dziedzińcu.Jednak najbardziej utkwił mi w pamięci widok twarzy syna Otho Gorma, który stał w blasku pochodni oparty plecami o zewnętrzną palisadę.Przybył do Schondary, szukać ze mną zwady, a teraz stał z nieopisanym zdziwieniem malującym się na jego głupiej gębie, patrząc, jak tłum wiwatuje na cześć Hakona i moją jako zbawców prowincji! Pożartowałbym sobie z niego, ale zniknął w ciżbie i jeszcze tej nocy wrócił do fortu Kwanyara, nie chcąc odwoływać swych nierozważnych słów.A potem otrzymaliśmy wieści, że ten nędznik Numedides nie żyje, a Conan został królem.Od tej pory na pograniczu było spokojniej niż kiedykolwiek przedtem, ponieważ wszyscy po obu stronach granicy dobrze wiedzą, że król Conan nie rzuca słów na wiatr i nie zniesie łamania traktatów ani przez dzikich, ani przez nas.W Thandarze jest teraz wiele kwitnących wiosek i miast.Jednak muszę przyznać, że w dawnych czasach, kiedy każdy mieszkaniec pogranicza sam ustanawiał swoje prawa, życie było bardziej urozmaicone.FENIKS NA MIECZUPo zdobyciu stolicy Akwilonii i zgładzeniu króla Numedidesa, dobiegający już czterdziestki Conan zasiada na tronie tego największego z hyboryjskich państw.Okazuje się jednak, że żywot władcy nie jest usłany różami [ Pobierz całość w formacie PDF ]