[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Bandyci są tchórzami, inaczej byliby wojownikami.Nie zaatakują tak licznej wyprawy.— Gdyby to było Pustkowie Piktyjskie, już dawno rozsiekano by nas wszystkich —stwierdził Conan.— To nie żadna z twoich północnych puszcz, chłopcze, ale cywilizowane ziemie, o których nie masz pojęcia — odparł szyderczo Burra.— Lepiej zamilcz, zamiast wtrącać się do rozmowy bardziej doświadczonych ludzi.Wracaj na swoje miejsce!— Sam jesteś głupcem i zginiesz jak głupiec! — wykrzyknął Conan.Zawrócił konia i odjechał.Pogoniły za nim głośne przekleństwa Burry.Conan dojechał do środka karawany, gdzie posuwał się rząd ładownych wozów z cennymi dobrami.Między nimi poruszały się mniejsze zaprzęgi z dobytkiem trupy cyrkowców.Większość z nich maszerowała koło wozów, ćwicząc swe sztuczki.Przestali żonglować, śpiewać i wywijać kozły, gdy podjechali do nich Conan i Kalia.— Trzymajcie się razem — doradził im Cymmerianin.— Znaleźliśmy się w wielkimniebezpieczeństwie.Tuż koło was jest najcenniejszy łup dla bandytów — wskazał na wielkie wozy, jadące obok z przeraźliwym skrzypieniem drewnianych kół.— Gdybyśmy zostali napadnięci, straże na nic się nie przydadzą.Zawrócił konia i odjechał, wzniecając wielki obłok kurzu.Za nim narastał niespokojny gwar.Tego dnia Conan i Kalia jechali po lewej stronie karawany.— Powinniśmy trzymać się wzgórz — stwierdził Conan.— Bandyci uderzą na karawanę z boku.Chcę wiedzieć z góry, kiedy to się stanie.Wysforowali się przed karawanę i znaleźli pagórek wyższy od okolicznych wzgórz.W dole widać było sunący wolno orszak.Słońce zniżało się na niebie, opadając ku wzniesieniom za karawaną.— Mylisz się — stwierdziła Kalia stając w strzemionach.— Atakują z przodu.— Co?! — Conan popatrzył na szlak przed karawaną.Blokowała go grupa uzbrojonychludzi, wymachujących bronią i coś krzyczących.Straż przednia nie pozostawała im dłużna.Widząc, że strażnicy są liczniejsi niż bandyci, Burra nakazał atak w szyku.Po chwili wahania przestępcy zawrócili i odjechali galopem.Strażnicy z zapałem ruszyli za nimi w pościg.— Przyłączymy się do nich? — spytała Kalia.— Nie — odrzekł Conan.— Patrz! — wskazał na zachód, gdzie widać było dwie maleńkie sylwetki jeźdźców, z całych sił poganiających wierzchowce w kierunku karawany.— Główne siły zaatakują z boku, tak jak powiedziałem, mając słońce za plecami.— Nim zdążyłdopowiedzieć te słowa, zza wzgórz na zachodzie wynurzył się duży orszak konnych, w pędzie zbliżających się do karawany.Trudno było ocenić ich liczebność, ponieważ posuwali się na tle zachodzącego słońca.— Jedziemy — powiedział Conan.— Zobaczymy, czy zdołamy cokolwiek pomóc, alewalka jest już przegrana.Nie ma sensu, byśmy również zginęli.Wspólnie zjechali ze wzgórz i dołączyli do potyczki.Bandyci dotarli pomiędzy zaprzęgi i zeskakiwali już z koni na wozy z towarami.Mordowali woźniców, rozcinali bele, otwierali skrzynie.Dwóch napastników ujrzało zbliżających się jeźdźców i wyjechało na ich spotkanie.Jeden z nich, Shemita, spróbował przeszyć Conana włócznią, lecz Cymmerianin chwycił ją tuż za grotem i wyrwał z ręki mężczyzny, a w chwilę później rąbnął go mieczem w hełm.Martwy bandyta zwalił się w trawę z rozszczepioną czaszką.Odwróciwszy się Conan ujrzał, jak Kalia wyciąga swą lancę z wijącego się w agonii drugiego napastnika.Szybkimspojrzeniem ogarnął chaotyczną rzeź i zobaczył, że jeden z bandytów zatrzymał się z boku, wydając rozkazy pozostałym.Conan ruszył ku przywódcy bandytów, który obrócił się w jego stronę.Cymmerianin dostrzegł w tym momencie, że twarz pod hełmem jest blada, więc nie był to Taharka.Moment później rozpoznał tego człowieka.Hyperborejczyk! Przynajmniej trafili na właściwą bandę!Wysoki mieszkaniec Północy obrócił konia w stronę Conana, zarzucając przy tym kitą białego końskiego włosia przy hełmie.Wydobył wielki miecz i spiął wierzchowca ostrogą.Dwukrotnie wymienił ciosy z Conanem, po czym minęli się z rozpędu i jeszcze raz zawrócili konie.Z jednego z wozów karawany jakiś bandyta skoczył z nożem na Cymmerianina, ten jednak jednym ciosem niemalże przepołowił go w powietrzu.Za chwilę barbarzyńca zderzyłsię z Hyperborejczykiem.Koń Conana zatoczył się przygniatając nogę Cymmerianina do drewnianego boku wozu.Ze stłumionym okrzykiem gniewu i nienawiści Conan zadał cios na odlew, trafiając Hyperborejczyka w skroń i strącając mu hełm z głowy.Jego własny koń stanął dęba, a Conan zeskoczył na ziemię i wtoczył pod wóz, uciekając przed kopytami rozszalałych wierzchowców.Udo przeszywał mu silny ból, jednak szybkie spojrzenie upewniło go, że kość jest cała, a krwawienie niewielkie.Usłyszał trąbienie rogu i tupot kopyt oddalających się koni.Wyczołgał się spod wozu i zobaczył, że bandyci umykają, przerzuciwszy przez siodła paru porwanych wędrowców.Kulejąc i sycząc z bólu, powlókł się wzdłuż wozów ku jęczącym kobietom i krzyczącym rannym.— Kalia! Gdzie jesteś? — zawołał.Podjechała prowadząc jego konia.— Kiedy zobaczyłam co się dzieje, myślałam, że już po tobie — powiedziała.— Naszczęście wtoczyłeś się pod wóz.Podała mu wodze, a Conan krzywiąc się z bólu wdrapał się na siodło.— Spisywałem się lepiej w walce — powiedział krytycznie — ale przynajmniej żyję.Jesteś ranna?— W każdym razie nic nie czuję.Ty zobacz.Obróciła się w siodle [ Pobierz całość w formacie PDF ]