[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Spróbował jego zawartości.Okazało się, że jest to białe sogariańskie wino, zmieszane z równą ilością wody.Był to cudownie odświeżający napój dla kogoś, kto przez większą część nocy wdychał suchy pył.— Masz coś do zjedzenia? — zapytał.— Umieram z głodu.— W lewym juku jest trochę prażonego ziarna i suszonych owoców — odparł Manzur siadając i trąc bolące ciemię.Skaleczenie przestało krwawić, lecz na głowie chłopaka tworzyłsię guz godny herosa.Młodzieniec skrzywił się, dotknąwszy opuchlizny.— Gdzie się nauczyłeś tak doskonale walczyć?Conan zjadł garść suszonych zapasów i popił je rozwodnionym winem.— Lepsze to niż głodówka — oznajmił i podszedł do wciąż siedzącego na ziemi Manzura.— Masz — powiedział, podając mu bukłak.— Poczujesz się lepiej.— Istotnie, po tym świat wydaje się lepszym miejscem — odparł Manzur, pociągnąwszy łyk wina.— Dokąd zmierzasz, cudzoziemcze?— Na zachód, za Turan.Tam właśnie zdążałem, gdy zostałem schwytany i wcielony do armii Bartatui.Jednak ponieważ teraz kagan pragnie udekorować moją skórą swój namiot, sądzę, że nadszedł czas wznowić przerwaną podróż.Manzur upił więcej wina.— Opuściłem miasto, mając nadzieję odnaleźć moją ukochaną, księżniczkę Ishkalę.Wiele dni temu turański czarnoksiężnik Khondemir zabrał ją z pałacu i ruszył z tysiącem Czerwonych Orłów na północny zachód, na step, by wypełnić jakieś tajemnicze zlecenie księcia.Czuję jednak, że czarownik knuje coś podłego.Zamierzam znaleźć Ishkalę i zabrać ją z powrotem do Sogarii.Imię Khondemira wydało się Conanowi znajome.Po chwili przypomniał sobie tłumaczony dla Bartatui list, w którym oznajmiano, iż król Yezdigerd chciał koniecznie odnaleźć maga, zamieszanego w zdradę i jakąś rebelię.Poza tym o Khondemirze wspomniano podczas narady sogariańskich wielmożów.Conan nie lubił zadawać się z czarnoksiężnikami, lecz w tym wypadku przygoda zapowiadała się interesująco.— Straciłeś jej ślad? — zapytał Manzura.— Niestety, burza piaskowa zatarła wszelkie tropy — oznajmił ze smutkiem młodzieniec.— Nie jestem myśliwym, który potrafi odnaleźć trop zwierzęcia po połamanych źdźbłach trawy.— Podjadę z tobą kawałek — rzekł Conan.— Byłem zwiadowcą i tropicielem, apolowałem przez całe życie.Nawet po burzy piaskowej znajdę trop tysiąca koni.— Wspaniale! — powiedział Manzur.— Pomożesz mi także odbić Ishkalę?— Może — odparł Conan po chwilowym namyśle.— Odpowiem ci, kiedy dokładniejzorientuję się w sytuacji.— Jej ojciec sowicie cię za to wynagrodzi — rzekł Manzur, ignorując fakt, że książę osobiście upoważnił maga do zabrania ze sobą Ishkali.— Nie zamierzam jechać do Sogarii po jakąkolwiek nagrodę — rzekł Conan.— Popierwsze dlatego, że niedawno prowadziłem wypady na sogariańskie ziemie.Niewielu spotkałem władców, którzy cenią własne córki bardziej niż swoje forty.Po drugie, twój książę na pewno nie spojrzy przychylnym okiem na człowieka, który udaremni misję odbywającą się za jego pozwoleniem.— W takim razie dlaczego chcesz mi pomóc? — spytał Manzur.— Słyszałem co nieco o tym Khondemirze.Zasłużył sobie na wrogość króla Yezdigerda, maczając palce w buncie przeciw jego panowaniu.Być może, jeśli zawiozę jego głowę do Turanu, uda mi się pogodzić z Yezdigerdem.— Wygląda na to, że obracasz się w wysokich sferach, jak na człowieka nie mającego przy siodle bukłaka z winem ani sakwy z jedzeniem — stwierdził Manzur.— Niewielu ludzi może się poszczycić tym, że na jego życie nastają tak wielcy władcy jak Bartatua i Yezdigerd.— Gdyby tylko chodziło o tych dwóch… — westchnął Conan.— Ale marnujemy tu czas.Jesteś gotów jechać?— Tak, chociaż wydaje mi się, że przez jakiś czas nie będę mógł założyć hełmu —powiedział Manzur, ponownie pocierając głowę.— Oczywiście, ruszajmy natychmiast.Me serce nie znajdzie ukojenia, nim połączę się z Ishkalą.— Mój żołądek nie znajdzie ukojenia, nim połączymy się z jakąś zwierzyną — odparłConan.— Jak odszukamy konnicę?— Najpierw musimy znaleźć jakiś strumień — stwierdził Conan.— Tysiąc koni wypija mnóstwo wody, a strumieni na stepie jest niewiele.Gdy znajdziemy wodę, na pewno z łatwością trafimy na sogariańską jazdę.Nim wyruszyli, poranek nastał na dobre.Cymmerianin nie spuszczał oka z ziemi.Step wydawał się pusty, lecz Conan wiedział, że roiło się na nim od życia.Z powodu braku naturalnej osłony, zamieszkujące go zwierzęta były mniejsze niż w lasach, a przy tym wyjątkowo chyże i płochliwe.Wiele prowadziło nocny tryb życia, by uniknąć drapieżników, lecz wszystkie potrzebowały wody.Conan wiedział, że obecność wielu zbiegających się zwierzęcych śladów oznacza bliskość wody.Nagle Cymmerianin nakazał stanąć.Niespokojne konie chciały iść dalej.Napinając wodze, wyciągały łby na zachód.— Zostań tu na chwilę — powiedział Conan głosem ledwie donośniejszym od szeptu i powoli wyciągnął łuk z kołczana przy prawej nodze.— Co się dzieje? Wypatrzyłeś wrogów? — spytał Manzur.— Coś lepszego.Obiad! — odparł Conan i pokazał odległe o trzysta kroków wzniesienie.Zmrużywszy oczy, Manzur popatrzył we wskazanym kierunku [ Pobierz całość w formacie PDF ]