[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zatrzymał się o kilka kroków przed Conanem.Mimo sprinterskiego biegu nie stracił oddechu.— Podnieś go na tego, kto uwolnił cię od tych świń.Byłbyś barbarzyńcą, gdybyś tak odpłacił mi się za to, co dla ciebie zrobiłem.— Jeśli twoim celem było uratowanie mnie, to jestem ci dłużny życie — odrzekł Conan.Przez cały czas nie spuszczał wzroku z ukrytej pod kapturem twarzy.— Chcę poznać twoje imię i dowiedzieć się, co cię tutaj sprowadza.Przysięgam na Croma, pana Wielkiej Góry, że uderzę cię tylko w samoobronie.— Crom? W takim razie jesteś Cymmerianinem.Ponoć tylko ludy zamieszkującezamarznięte wzgórza czczą Croma.Od razu poznałem, że nie jesteś Shemitą ani Argosańczykiem — chociaż masz na sobie argosański strój.Wiedz więc, że nazywam się Toj.Opowiadanie o przyczynach mojej obecności w tym miejscu zajęłoby więcej czasu niż obaj mamy.Asshuri myślą, że jestem okrutnym demonem.Powinniśmy uciekać, zanim zorientują się, że to nieprawda.Przybyłem tu, by się zemścić, zabić tego… splunął na zwłoki Balva deka— robaczywego śmiecia.— Splunął raz jeszcze i wymamrotał coś, co według rozeznania Conana było najbardziej obraźliwym ze wszystkich argosańskich przekleństw.Nawet najwulgarniejsi spośród załogi „Jastrzębia”, chociaż nie przebierali w bluźnierstwach, ten epitet mieli tylko na specjalne okazje.— Nie ma czasu — zgodził się Conan, ale nie odszedł od ciała Balvadeka.W jego głowie zrodziły się dziwne podejrzenia.— Toj powiedz mi, czy masz coś wspólnego z czarną magią? Zdaje mi się, że ostrze twojego sztyletu jest groźniejsze od zwykłej białej broni…— Och tak, to nie jest pospolity sztylet, Con… — Toj urwał przygryzając wargę —Cymmerianinie.— Spoglądał nerwowo na okrutną twarz Conana i wystającą z grubej szyi Balvadeka rękojeść sztyletu.— Nasycono go najgroźniejszymi zaklęciami.Nie dotykaj ostrza, bo padniesz martwy obok tej parszywej kupy mięsa.Dowiedziałem się o działaniu Czerwonej Żmii od czarnoksiężnika z Pelishtii.Każdego, kto jej dotknie, czeka śmierć przez zamarznięcie.Conan zachmurzył się i napiął mięśnie.Nie zdążył jeszcze wypowiedzieć swego imienia, a obcy już wiedział, kim jest.I jeśli ten Toj był Argosańczykiem, to Conan był Piktem! W jego niemal nienagannej argosańszczyźnie ledwie dało się wyczuć turański akcent.Conan nie zauważyłby tego, gdyby nie przebywał ostatnio wśród argosańskiej załogi.Ale dlaczego Turańczyk miałby bronić go przed Balvadekiem? Tak jak twarz nieznajomego, również jego motywy kryły się w cieniu tajemnicy.— Dlaczego ty — Argosańczyk — chciałeś śmierci Balvadeka? — dopytywał się Conan.— Dla zemsty… I złota — spokojnie odpowiedział Toj.Podszedł bliżej.— Ten śmieć podczas jednej ze swych wypraw zabił mojego ojca.Mój brat — który zaczarował sztylet —zaoferował nasze usługi księciu Reydnu.Książę jest rozsądnym człowiekiem i zgodził się hojnie nas wynagrodzić za oczyszczenie Shemu z tej zakały.— Znów splunął.Conan umyślnie opuścił ostrze miecza i spojrzał w bok.Zachęcony tym Toj podszedłjeszcze bliżej.Następnie pochylił się i szybciej niż spadający z nieba jastrząb pokonałodległość, jaka dzieliła go od Balvadeka.Wtedy Conan jednocześnie chwycił Toja za ubranie i wymierzył rękojeść miecza w jego czaszkę.Ale nie docenił szybkości kryjącego się pod błękitnymi szatami nieznajomego.Gładka tkanina wyśliznęła mu się z palców, a miecz trafiłtylko w powietrze.Toj odzyskał swój sztylet, przetoczył się na bok i poderwał na równe nogi.Nawet na chwilę nie stracił panowania nad swoim ciałem.Na Croma, znowu! Cyrkowy akrobata mógłby pozazdrościć Tojowi zręczności.Ale Conan miał jeszcze inne sztuczki w zanadrzu.Udał, że kuleje na prawą nogę i w tym samym kierunku zwrócił ramiona.Mistrzowie walki wręcz często uczyli swych podopiecznych, by obserwowali barki przeciwnika.Ich ruchy zdradzały zamiary wroga.Toj chwycił przynętę i chowając pod szatami sztylet, przesunął się w lewo.Cymmerianin skoczył do przodu i wykonał obrót, wyciągając przy tym przed siebie lewą nogę.Toj trafiony dokładnie w środek tułowia, upadł na ziemię.Conanowi od uderzenia trzasnęły niczym nie osłonięte palce u nogi.Mięśnie Toja były twarde jak stalowy pancerz.Upadając, chwycił stopę Conana, wbił kciuk w ranę koło kostki, a następnie szybko go wyjął.Cymmerianin poczuł, jak drętwieje mu cała noga.Z trudem wyrwał ją z uścisku Toja.Palący ból rozchodził się ze stopy aż po udo.Podskakując niezdarnie na jednej nodze odsunął się od przeciwnika.Toj sprężystym ruchem wybił się z pleców na ugięte w kolanach nogi i zaatakował Conana.Jego pięty tłukły o żebra Cymmerianina, wystarczyło jedno uderzenie pięścią w ramię, by Conan upuścił miecz.Cymmerianin zachwiał się i przeklinając, upadł na kolana.Wczorajsza mordercza walka i dzisiejsza dobijająca podróż odcisnęły na nim swe piętno.Niełatwo było pokonać tego przebiegłego Turańczyka.Conan zbierał siły do następnego ataku.W starciu Tojowi spadł z głowy kaptur.Pokryta bliznami twarz przeraziła Conana.Poderwał się szybko na nogi i cofnął do tyłu.Oblicze Toja było blade i wymizerowane, ale wąskie, czarne oczy błyszczały drapieżnie.Połowę małego, płaskiego nosa stracił dawno temu; blizna ciągnęła się przez policzek do krawędzi kości szczękowej.Wąskie usta przywodziły na myśl bezwzględność, czoło miał wysokie.Twarz Toja była jednocześnie wstrętna i przerażająca.Spojrzał na Conana wzrokiem pełnym pogardy.— Ty tępy Cymmerianinie! Czyżbyś miał w głowie tylko grudę ziemi? Nie szukam z tobą zwady.Gdyby było inaczej, już byś się spotkał ze swoim Cromem.Taki ślamazarny, obrośnięty mięśniami błazen jak ty jest wobec mnie bezradny niczym dziecko.Zanim narzucił na głowę kaptur, Conan dostrzegł dziwną bliznę, a może zwyrodnienie.Lewe ucho Toja było przecięte od środka do krawędzi małżowiny.Trzy kółka z polerowanego srebra albo podobnego metalu, łączyły ze sobą obydwie jego części.— Ból, który teraz odczuwasz, niedługo ustanie.Skorzystaj z mojej rady i szybko stąd uciekaj.Nie zatrzymuj się we wsi.Reydnu ostrzegał mnie, że stacjonuje tam duży oddziałwiernych Balvadekowi asshuri.Idź swoją drogą, gdziekolwiek ona prowadzi.Ja ruszam do Pelishtii i zabieram ze sobą to.— Nagle w jego ręce znalazł się długi, zakrzywiony nóż.Nie był to zaczarowany sztylet.Pochylił się nad ciałem księcia i dwoma szybkimi ruchami odciąłmu głowę.Następnie wyciął z białego płaszcza Balvadeka kawałek materiału, owinął w niego swoje okropne trofeum, związał końce i zarzucił sobie zawiniątko na ramię.Conan czuł, jak ze ścierpniętej nogi powoli ustępuje ból, ale nie ufał jej mięśniom na tyle, by przenieść na nią ciężar ciała.Ukląkł i patrzył na Toja.Jego niebieskie źrenice płonęły jak u złapanego w potrzask wilka.Turańczyk biegał od zwłok do zwłok i wydobywał z ciał poległych swoje zębate metalowe dyski.Niektóre utknęły tak głęboko, że musiał je wycinać, co zresztą robił z precyzją doświadczonego rzeźnika.Wytarł ociekające krwią ręce w tunikę jednego z asshuri i popatrzył na Conana, którego rozpierała złość.— Chciałoby się powiedzieć, że dobrze było cię spotkać, przyjacielu, ale kłamstwo nie byłoby najlepszym pożegnaniem [ Pobierz całość w formacie PDF ]