[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Conan sięgnął oburącz, by schwycić wijącego się jak w ukropie gada, który musnąłwłaśnie bark Vendhianina.W chwilę potem zmienił chwyt, krzyżując nadgarstki na wysokości nasady karku Vendhianina.W zaciśniętych kurczowo dłoniach ściskał spory kawałek gadziego cielska, zadzierzgniętego mocno wokół szyi jego przeciwnika, jak cynobrowy sznur dusicieli.Zapaśnik postąpił żwawo kilka kroków naprzód, wlokąc za sobą nie stawiającego oporu Conana, zanim zdał sobie sprawę, co się stało.Kiedy, trzymając wciąż łeb węża nieruchomo tuż przy swojej głowie, zaczął skręcać się i wić, usiłując się uwolnić, było już za późno.Przyjąwszy nową pozycję Conan zrobił użytek z muskułów, które do tej pory odpoczywały.Mocniej zadzierzgnął „garotę” na szyi Vendhianina.Khada Khufi w przypływie szału wypuścił żmiję ponad ramieniem, w nadziei, że zdoła ona dosięgnąć barbarzyńcy.Gad jednak nie miał teraz zbyt dużego zasięgu, a Conan zyskał już znacznie większą swobodę i mógł uchylić się przed jego zabójczymi szczękami.Udręczony wąż nie kłapał już dziko żabami jadowymi, był cały napuchnięty i nie ruszał się.Twarz Vendhianina również zaczęła ciemnieć i puchnąć.Coraz słabiej szurał stopami po płytkach galerii, podczas gdy Conan podciągnął go w górę i do tyłu w zabójczym uścisku dusiciela.Chrapliwy szept oddechu wydostającego się ze ściśniętego gardła ucichł zupełnie, wargi poruszały się jeszcze w bezgłośnych przekleństwach, a dłonie na próżno sięgały do tyłu, usiłując pochwycić bezlitosnego przeciwnika.Twarz Conana, choć dotykała niemal jego barku, wydawała się zapaśnikowi niedosięgła i niemal równie poczerniała z wściekłości, jak jego własna.Cymmerianin skoncentrował swe wysiłki na szamocącej się w ostatnich podrygach ofierze.Zmuszał swe obolałe dłonie i nadgarstki, by wytrzymały jeszcze kilka chwil, wiedział bowiem, że od tego zależy jego ostatnia nadzieja na zwycięstwo.Mimo to, przez opary czerwonej mgły zasnuwającej wzrok dostrzegł kątem oka, jakieś poruszenie.Straże postąpiły naprzód, unosząc włócznie i przeniosły wzrok na królewskie podium, jakby oczekiwały rozkazów władcy.Czy mogą pozwolić, by ich znakomity zapaśnik zginaj z rąk jakiegoś cudzoziemskiego przybłędy?Conan obrócił się, unosząc szamoczące się ciało Khufiego nad sobą, w stronę dwóch zbliżających się strażników i królewskiego podestu.Władca i jego świta patrzyli na niego ze zdumieniem, nawet młoda Afrit nie mogła się powstrzymać i też spoglądała na barbarzyńcę spod oka.Oblicze Horaspesa sposępniało, najwyraźniej mężczyzna był zawiedziony przebiegiem pojedynku.Wargi królowej Nitokar jednak wykrzywiał lekki uśmieszek, kiedy z ożywieniem jęła szeptać coś królowi na ucho.Ebnezub energicznie machnął ręką i w tej samej chwili strażnicy wrócili na poprzednie pozycje.Trudno powiedzieć, czy Vendhianin zobaczył, jak się wycofywali, czy po prostu utraciłwszelką nadzieję.Oczy wywróciły mu się w oczodołach, ale jeszcze przez chwilę szamotał się, zajadlej niż kiedykolwiek do tej pory.Wypuścił z dłoni zwiotczałe już ciało żmii i spróbowałwbić palce obu rak pod napięty, pokryty czerwoną łuską sznur, wrzynający się w jego szyję.Bez powodzenia.Jego palce były zbyt grube.Nie zdołał zerwać dławiącej go gadziej pętli, nie zdołał też rozerwać zaciśniętych kurczowo, pobielałych z wysiłku kłykci barbarzyńcy.Tymczasem uwolniona z uścisku zapaśnika żmija odzyskała nieco swych niespożytych sił.Tępy gadzi mózg wyczuwał być może olbrzymie naprężenie w niższych partiach ciała, kły wysunęły się na powrót z torebek zębowych i trójkątny łeb jak błyskawica przeciął powietrze.Conan patrzył ze zgrozą na atakującego gada.Nie był w stanie obronić się przed żmiją, gdyż obie ręce miał zajęte, a nie chciał rozluźnić dławiącego chwytu na gardle Vendhianina.W chwilę potem sprawa się rozstrzygnęła.Łeb czerwonej żmii skręcił nagle w bok i jej zęby jadowe pogrążyły się w uchu Khady Khufiego.Gdy żmija ukąsiła zapaśnika, którego pociemniałe oblicze wykrzywione było w grymasie niewysłowionej udręki, jego usta rozwarły się w bezgłośnym, przeciągłym krzyku.Piana wystąpiła mu na wargi.Targnął konwulsyjnie całym ciałem, uwalniając się z uścisku Conana, który z odrazą odepchnął go od siebie.Ogon gada był nadal owinięty wokół grubej szyi Vendhianina, małżowina uszna mężczyzny nabrzmiała już od jadu niczym wielki szary, trujący muchomor.Khada Khufi uniósł jedną rękę, usiłując uwolnić się od zdradliwego gada, postąpił dwa kroki naprzód i padł na twarz.Wylądował ciężko na mozaikowej posadzce i w chwilę potem skonał, nie wydawszy z siebie już więcej żadnego dźwięku.VIIIProrok zagrożeniaKiedy galeria rozbrzmiała gromkimi okrzykami, Conan stał strudzony i czujny pośrodku placu walki, zastanawiając się, jakie teraz mogły czekać nań zagrożenia.Strażnicy zakłuli żmiję, przyszpilając ją włóczniami do ciała Khufiego.Słudzy pospiesznie wywlekli nakryte derkami zwłoki i dwa puste wiklinowe kosze [ Pobierz całość w formacie PDF ]