[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Do niego przysunięte były trzy jednakowe kulawe krzesła, na podłodze pod ścianami leżały cztery brudne sienniki, Patrząc na nie od razu człowiek zaczynał myśleć o stadach „domowych zwierzątek”, czyli wszach, pchłach i pluskwach.Przekrzywiony żelazny piecyk, który ledwo się tlił i górka węgla obok niego.To było całe wyposażenie pokoju.— Ej, chłopcze, a w tych materacach nic nie ma? — zapytał Conan, wskazując siennik noskiem buta.— Nie — pokręcił głową chłopiec.— Wczoraj wynosiliśmy je na mróz.— To mnie cieszy — wymamrotał Cymmerianin.— Kładźmy go.Ostrożnie położyli Vellana pod lewą ścianą, przykryli kilkoma płaszczami.Chłopak dorzuciłdo piecyka węgli, w pokoju od razu zrobiło się trochę cieplej i cała trójka zeszła na dół.Chłopiec dostał od barbarzyńcy miedzianą monetę, podziękował skinieniem głowy i pobiegł pomagać do kuchni.Za stołem ciągle jeszcze rozmawiano o nagłym zasłabnięciu Vellana.Ertel uważał, że jego przyjaciel za dużo wypił, ale większość nie zgodziła się z tym: wszyscy pili to samo piwo z tej samej beczułki i nic im nie było! Conana niezbyt interesowała ta rozmowa: co się stało, to się nie odstanie, Vellan się ocknie i sam wszystko powie, a domysły do niczego dobrego nie prowadzą.Dlatego barbarzyńca wziął swój kufel i podszedł do baru, szerokiej deski położonej na dwóch beczkach.Chciałporozmawiać z gospodarzem i, jak się uda, czegoś się dowiedzieć.Właściciel zajazdu chyba wyczuł zamiary Cymmerianina i gdy ten stuknął pustym kuflem o deskę baru, zaproponował:— Wypijemy po jednym? Ja stawiam.Conan nigdy w życiu nie odmawiał darmowej wypitki i dlatego radośnie zasalutował karczmarzowi ciężkim kuflem:— Twoje zdrowie!— I twoje — odezwał się krótko gospodarz.Wypili i zaczęli w milczeniu przyglądać się sobie.Milczenie zdecydowanie nie odpowiadało barbarzyńcy, wyciągnął więc rękę i zaproponował:— Może się poznamy? Jestem Conan z Cymmerii, najemnik.— Że z Cymmerii, to widać z daleka — z lekkim uśmiechem burknął karczmarz.—Mnie zwą Revald i moja ojczyzna jest tutaj, na Kresach.— Mocno uścisnął dłoń barbarzyńcy swoją włochatą łapą.— Wypijmy w takim razie za znajomość…Złapali za brzęczące kufle i przez chwilę rozkoszowali się ciemnym piwem o przyjemnym aromacie chmielu.Pierwszy znowu zagaił Conan, sarkając w duchu, że Revald należy do tych ludzi, którzy niechętnie rozmawiają z nieznajomymi.— Jak ci się tu powodzi w takiej gruszy? Nie sądziłem, że ktoś zdecyduje się otworzyć karczmę tak daleko od ludzkich siół.— Na życie wystarcza — wzruszył ramionami Revald.— Ze wsi przychodzą przeważnie pod wieczór, wypić kufel, dwa, karawany się czasem zatrzymują.Conan nie chciał wprawdzie od razu kierować rozmowy na interesujące go tematy.Bał się, że i bez tego niezbyt gadatliwy karczmarz zamilknie zupełnie i pośle go do wszystkich demonów, ale mimo wszystko zaryzykował:— A ostatnio… nie działo się tu u was nic… dziwnego?Revald stał się czujny i podejrzliwie zerknął na barbarzyńcę:— A dlaczego tak cię to interesuje?— Królewska służba.Tylko ciii — wyszeptał Conan jak spiskowiec, kładąc palec na ustach.— Trzeba było tak od razu mówić — odrzekł zupełnie nie zdziwiony, a nawet ucieszony karczmarz.Dopił piwo i wygodniej oparł się o bar.Gestem pokazałCymmerianinowi, żeby się nachylił.— Dziwnego, mówisz? Było coś takiego… Zaczęło się z pół miesiąca temu.Wiesz przecież, że Hezer to ostatnia wioska na hyperborejskim trakcie? Dalej do samego Graaskalu są już tylko lasy i popioły.Zaczęli pojawić się w tych stronach samotni jeźdźcy.Najpierw pojedynczo, potem po dwóch, a trzy dni temu cały strumień.A dzisiaj oprócz was nikt tą drogą nie jechał!— Tak? — Udał niezwykłe zdziwienie Conan, ale w duchu triumfował.Informacje nie kłamały, ślad, jeszcze ciepły, był dosłownie przed nimi…— Najszczersza prawda! — Revald położył rękę na sercu, z trwogą popatrzył na sufit i dodał: — Niech mnie Mitra porazi, jeśli kłamię!…— Opowiadaj dalej — przerwał mu Cymmerianin, widząc, że karczmarz ma zamiar wygłosić dłuższą przysięgę [ Pobierz całość w formacie PDF ]