[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Angelo podziękował Mary Barton za użycie imienia jego żony jako podstawy nowego nazwiska rodowego.„Chciałam, żebyśmy byli bliżej siebie” - odpowiedziała, uśmiechając się serdecznie.Don Corrado był tak zachwycony wieścią o bliźniętach i imionach, które dla nich wybrano, że pierwszy raz w życiu postanowił zaprosić na lunch kobietę.Maerose wiele słyszała o owych legendarnych posiłkach, które dziadek pożerał w towarzystwie jej ojca i Charleya.Potraktowała zaproszenie jako jeden z ostatnich kroków ku ostatecznemu celowi: ku zajęciu miejsca niewidzialnego capo rodziny Prizzich.Była to doprawdy rodzinna impreza: prócz don Corrada, Maerose, Charleya i Angela Partanny w pokoju pojawiała się tylko przelotnie ciocia Amalia wnosząca z kuchni nowe potrawy.Kiedy zjawili się u drzwi domu, Charley miał ochotę powitać w starym stylu Calorina Barbaccię, ale Mae w porę kopnęła go w kostkę.- Calorino! - zaćwierkała słodko.- Jak miło cię widzieć.Poznaj mojego męża, Charlesa Macy’ego Bartona.Calorino dotknął dłonią grzywki.- Co u twojego syna? - spytała.- Znowu w izolatce, panienko.- Przykro mi to słyszeć.Weszli do domu i przywitali się z ciocią Amalią, która nie poznała Charleya.Był tym poruszony.Wiedział, że nie była to jedynie kwestia wyglądu, wiele zmieniło się też w jego wnętrzu, po prostu czuł się inaczej.Amalia była obecna przy jego chrzcie i wsuwała mu do kieszeni pieniądze, kiedy miał osiem lat, pisała do niego raz w tygodniu, gdy służył w Wietnamie, i wreszcie wspierała jego pierwsze małżeństwo, a potem opłakiwała przedwczesną śmierć jego żony.Charley pochylił się i cmoknął ją w policzek.- To ja, ciociu Amalio - szepnął.- Charley.Kobieta spojrzała na niego z bezgranicznym zdumieniem i wreszcie przypomniała sobie wszystko to, co słyszała od czasu, gdy Charley i Mae wyjechali do Europy.Zaczęła szlochać i chichotać jednocześnie.A potem poprowadziła ich schodami na górę do drzwi wielkiego pokoju don Corrada.Zostawiwszy ich na progu, popędziła ku swoim kuchenkom i garnkom.Don Corrado nie widział Charleya od chwili, gdy dokonała się jego metamorfoza, toteż był zdenerwowany i uradowany zarazem, kiedy wreszcie go zobaczył.Zdenerwowany, ponieważ nie mógł uwierzyć, że ma przed sobą starego, dobrego Charleya, a nie przypadkowego gościa, który wpadł tylko na lunch.Uradowany, wiedział bowiem, iż mimo wszystko musi to być Charley - choćby dlatego, że pojawił się z żoną Charleya, z ojcem Charleya, i został mu przedstawiony jako Charley.Corrado uparł się, by na początek wznieść toast za Maerose i dwóch synów, których nosiła w sobie.Osobiście pofatygował się po butelkę czternastoipółprocen-towego leonforte’a, czekającą w chłodziarce na specjalną okazję.- Pochodzi z gór na samym środku wyspy, w pobliżu Enny - wyjaśnił radośnie.Napełnił kieliszki wszystkim gościom i sobie, po czym wzruszony wypił wino duszkiem i dolał do pełna.- Wykonałaś na nim genialną robotę, Mae - pochwalił.- Wciąż nie mogę uwierzyć, że to Charley.Jest w nim coś znajomego.Ale nie wygląda jak Charley, wydaje się, że jest raczej podobny do paru innych osób, które kiedyś znałem.A jak pięknie mówi! Jakie ma ubranie! Eduardo wygląda przy nim jak sprzedawca używanych samochodów.Co za dzień! Bliźnięta! Conrad i Angie! Skąd właściwie wzięliście te imiona?- Angier, dziadku - nieco chłodno poprawiła go Maerose.- I Rado - dodał Charley.- W życiu nie słyszałem takiego imienia.Ja się chyba przekręcę z wrażenia.Ledwie mogę złapać oddech - stęknął don Corrado i wychylił kolejny kieliszek wina.- Zwolnij trochę, Corrado - upomniał go Angelo.- Spójrzcie na to - odparł rozochocony staruszek, po czym nagłym ruchem nadgarstka posłał ostatnie krople wina z kieliszka do wazy stojącej w przeciwległym kącie pokoju.-1 co? Nadal potrafię.To kottabos, gra wynaleziona tysiąc pięćset lat temu przez greckich arystokratów na Sycylii.Jezu, chyba muszę usiąść - dodał i chwiejnym krokiem ruszył w stronę krzesła, po czym opadł na nie gwałtownie.Amalia i Mae natychmiast stanęły przy nim, ale odgonił je machnięciem ręki, obdarzając wszystkich swym słabym, ohydnym uśmiechem.- Nic mi nie jest - powiedział.- To tylko te nowiny.Nie czułem się tak fantastycznie, odkąd ojciec i wujowie posłali po mnie, żeby mi powiedzieć, że zostanę wtajemniczony.- Don Corrado wpatrywał się w Charleya z niedowierzaniem.- No, Charley.Powiedz coś.Ledwie rozumiem, co mówisz, taki masz dziwny akcent.- Och, padrino - odparł wzruszony Charley, stąpając po dywanie dokładnie takim samym krokiem rytuału godowego, jakim szedł John Wayne, gdy oświadczał się nauczycielce.- Tak się cieszę, że znowu się widzimy.- Wyglądasz tak.zdrowo.- Niesamowite, prawda?- Magnifico! - zapiał don Corrado.- Chodźcie.Wyczuwam smakowite zapachy.Zacznijmy jeść.Zasiedli do lunchu, równie wymyślnego i przeładowanego jak wystrój rokokowego pokoju, w którym się znajdowali.Właśnie tej chwili Charley się bał, odkąd nadeszło zaproszenie.Zaczęło się od olbrzymiej porcji sałatki buraczanej - siedem dorodnych główek pokrojonych w kosteczkę spoczywało pośród cykorii i całej kolekcji dodatków.- Żałuję, że nie mogę powiedzieć wam, jak działają na mnie buraki - rzekł Corrado [ Pobierz całość w formacie PDF ]