[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– Więc nie tylko muszę spłacić mój dług, ale muszę też zrobić ruch, aby odwrócić uwagę możnych i potężnych.Zbłądziłem jednak, a dziś udowodniłem sobie własną omylność w sposób nie pozostawiający wątpliwości.Mogę ofiarować panu tylko mniejszą część tego, czego pan pragnie.Przeceniłem wytrwałość pana Staleya i biedak opuścił ten padół.Nie wytrzymał.Westchnąłem.Powinienem się był spodziewać, że grób zatrzaśnie mi jeszcze jedne drzwi przed nosem.– Kiedy go widziałem ostatnio, nie był w kwitnącym zdrowiu.– Może jego obrażenia były bardziej rozległe, niż się wydawało.Tak czy owak, dowiedziałem się niewiele.Jednak ten drugi, wilkołak, przeżył i jest skłonny do współpracy.Problem w tym, że chyba nie wie zbyt wiele.– Nie może.Morley trącił mnie łokciem.– Donni Pell, Garrett.– Co?Chodo uniósł pulchną, niemal białą gąsienicę brwi.Był w tym tak samo dobry jak ja.– Garrett, sam powiedziałeś, że ta dziwka jest kluczem.A ty nawet nie wiesz, skąd zacząć poszukiwanie.– Kim jest Donni Pell? – zapytał Chodo.– Pajęczycą w tej sieci.– Posłałem Morleyowi ponure spojrzenie.– Kiedyś pracowała dla Lettie Faren, ale uciekła w dniu, kiedy porwano Juniora.Może być spokrewniona z Lettie.Rodzaju ludzkiego, ale ma skłonność do wilkołaków – opowiedziałem wszystko po kolei, jak to imię Donni Pell wyskakiwało na mnie na każdym kroku.Zakończyłem: – Może przebierać się za chłopaka, ale używa tego samego nazwiska.Chodo stęknął.Zaczął oglądać paznokcie różowej, pulchnej dłoni.– Panie Sadler.– Słuchani, sir?– Znajdź tę dziwkę.Dostarcz do rezydencji pana Garretta.– Tak jest, sir.– Sadler natychmiast wyszedł.– Jeśli jest w mieście, znajdziemy ją, panie Garrett – powiedział Chodo.– Panowie Sadler i Crask są wyjątkowo skuteczni.– Zauważyłem to.– Myślę, że już czas, bym zabrał pana do mojego gościa-wilkołaka.Proszę.– Okręcił swój fotel i potoczył się naprzód.Razem z Morleyem podążyliśmy za nim.Kiedy zobaczyłem Skredliego, pierwszym określeniem, jakie przyszło mi do głowy, był „podtopiony wróbel”.Wydawał się bardzo mały, bardzo słaby, okropnie zmaltretowany i trudno było uwierzyć, że był kiedyś groźny dla kogoś większego od pluskwy.Ciekawe, teraz go rozpoznałem.Przedtem, w Dzielnicy Wilkołaków, ani później w powozie, nie pamiętałem go, ale teraz tak.Był jednym z gangu, który usiłował mnie napaść w drodze do drogisty po jakieś pachnidło.Skredli siedział na zmiętym posłaniu.Uniósł głowę, ale bez specjalnego zainteresowania.Wilkołaki mają skłonność do fatalizmu.Morley przytrzymał drzwi Chodo, potem odstąpił na bok.Kacyk oparł swój fotel o drzwi.Przyglądałem się Skredliemu, zastanawiając się, jak do niego dotrzeć.Człowiek musi mieć nadzieję, żeby być wrażliwym.Temu już nie stało nadziei, więc był bardziej martwy od Truposza.Tyle tylko, że jego zdradzieckie serce wciąż pompowało krew, a zbite ciało nie przestawało boleć.– Dobre czasy zawsze kiedyś się kończą, co, Skredli? A im są lepsze, tym z większej wysokości spada się na końcu.Mam rację?Nie odpowiedział.Nie oczekiwałem tego.– Szansa na dobre czasy jeszcze nie przepadła.Lewy policzek drgnął mu, ale tylko raz.Wilkołaki i ich mieszańce nie są wrażliwe na los swoich kamratów, ale na swój bardzo.– Pan Chodo dowiedział się od ciebie tego, czego chciał.Nie ma do ciebie żadnej szczególnej urazy.Ja także; jeśli się gniewam, to nie na ciebie.Nie ma zatem powodu, dla którego nie mógłbyś stąd wyjść, jeśli dasz mi to, czego potrzebuję.Nie zaprzątałem sobie głowy sprawdzaniem, jak Chodo zareagował na to, że wkładałem mu w usta własne słowa.Nieważne.Zrobi wszystko, bez względu na to, co powiem czy obiecam.Skredli uniósł głowę.Nie uwierzył mi, ale chciał wierzyć.– Wszystko diabli wzięli, Skredli.A ty jesteś na dnie.Nie masz wyjścia tylko w górę lub na tamten świat.Wybór należy do ciebie.– Po drodze do celi zadałem Chodo tylko jedno pytanie: czy Skredli wie, że Piękniś nie żyje? Wiedział.– Twój szef nie żyje.Nie musisz dalej być lojalnym lub się go bać.Twój los jest wyłącznie w twoich rękach.Morley poruszył się pod ścianą, spojrzał na mnie tak, jakby chciał powiedzieć, że moja gra szyta jest zbyt grubymi nićmi.Skredli stęknął.Nie wiedziałem, co to może oznaczać.Uznałem to za zachętę.– Jestem Garrett.Już kiedyś się spotkaliśmy.Skinięcie głowy.Miałem go.Przynajmniej na razie.Obawiałem się, że za łatwo mi to przyszło, ale potem doszedłem do wniosku, że tak właśnie sprawy się mają z wilkołakami.Kiedy nic nie masz, nic nie możesz stracić.– Pamiętasz okoliczności? Jeszcze jedno sieknięcie.– Kto cię w to wrobił?– Piękniś – był to suchy, nieprzyjemny dla ucha skrzek.– Dlaczego? Po co? Nie miałem nigdy do czynienia z żadnym z was.– Interes.Mieliśmy nagrane sprawy w magazynie daPena i myśleliśmy, że masz zamiar się wtrącić i wszystko zepsuć.– Oni, to znaczy kto?– Piękniś.– I kto jeszcze? Powiedziałeś: „oni”.Doszedł do następnego punktu decyzyjnego.Postanowił nieco poprawić prawdę.– Facet nazywa się Donny jakiśtam.To on ustawił całą robotę.– Chodzi ci zapewne o dziwkę nazwiskiem Donni Pell, która pracowała dla Lettie Faren i miała hysia na punkcie wilkołaków.Nie rób tego więcej, Skredli.Ramiona mu opadły.XLZrobiłem sobie chwilę do namysłu.Pojawiła się sprawa czasu, która wymagała zwiększonej uwagi.Skredli był w mieście, z tamtą grupą, kiedy Junior został porwany.A potem był na farmie tego popołudnia, zanim Junior odszedł, a następnego dnia już prowadził grupę, która załatwiła Amirandę.Przez chwilę układałem to sobie w głowie.– A teraz ten cały plan z magazynem.Wszystko po kolei [ Pobierz całość w formacie PDF ]