[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Potrafił dostrzec sens argumentu Haliego.Wadi el Kuf na zawsze odcisnęło się w jego pamięci.Ale faktem było, że przyjmowanie warunków Gildii – w jakiejkolwiek sprawie – oznaczało przyznanie się do słabości.Nie ma słabości w tych, którzy wędrują ścieżką Pana.– Wypuść Shaheeda.Niech wraca do Al Rhemish.Poza tym nie rób nic, prócz przekazania informacji dowódcom, aby nie dopuszczali do takich incydentów.– Jak rozkażesz, panie.– Mowaffak Hali zbladł.On również przeszedł przez Wadi el Kuf.Miał nadzieję już nigdy więcej nie oglądać takiej rzezi.Przez cały dzień szukał odpowiedzi w swym sumieniu, zanim znalazł w nim przyzwolenie na akt nieposłuszeństwa.Trzema trasami wysłał trzech posłańców; każdy niósł listy błagające o zrozumienie i proponujące stosowne odszkodowania.Ale Pan tym razem nie był mu przychylny.Wszyscy trzej zaginęli gdzieś po drodze.Rozdział 5Czarne chmuryBragi dotarł do Wysokiej Iglicy po trwającej cztery miesiące podróży przez kolejne obozy uchodźców, rozproszone na całym obszarze Pomniejszych Królestw.Zamek był starożytną budowlą, pełną przeciągów, przycupniętą na najwyższym szczycie wietrznego, chłostanego przez morze przylądka, sterczącego z północnego wybrzeża Dunno Scuttari.Ragnarson stał chwilę na dole, patrząc wzdłuż wysokich stoków na bramy, wspominając przykrości, jakich zaznał podczas szkolenia rekrutów; omal nie odwrócił się na pięcie i nie odszedł.Tylko troska o brata kazała mu pokonać ten ostatni, króciutki etap podróży.Wartownikowi przy bramie wyjaśnił powody spóźnienia.Ten polecił mu zgłosić się do raportu u sierżanta gwardii.Sierżant odesłał go do porucznika, a ten przekazał go kapitanowi, który z kolei kazał mu spędzić noc w koszarach, ponieważ w tym czasie stało się jasne, że będzie musiał powtórzyć swoją historię co najmniej kilkanaście razy, zanim ktoś wreszcie zdecyduje, co z nim zrobić.W rejestrze figurował w rubryce „zaginiony w boju, prawdopodobnie martwy”.Odszkodowanie za jego śmierć zostało wypłacone bratu.Pieniądze trzeba będzie zwrócić.– Nic mnie to nie obchodzi – powiedział Bragi.– Chcę po prostu wrócić do brata i do mojej kompanii.Gdzie oni są?– Kompania Sanguineta? Daleko, w okolicy Hellin Daimiel.Simballawein właśnie prowadzi negocjacje w sprawie wzmocnienia znajdującego się tam garnizonu Gildii.Powiadają, że El Murid planuje świętą wojnę.Chce wskrzesić Imperium.– Dlaczego nie mogę zwyczajnie do nich dołączyć?– Będziesz mógł, kiedy tylko otrzymasz rozkazy podróżne.Ostatecznie spędził w Wysokiej Iglicy trzy miesiące.Haaken gapił się jak cielę w malowane wrota.– Oczom nie wierzę.Skąd, u diabła, się tu wziąłeś? – Młodzieniec, potężnie zbudowany, większy nawet od przyrodniego brata, zmęczonym krokiem podszedł do Bragiego i okrążył go powoli.– To ty.To naprawdę ty.Niech to diabli.Och, jasna cholera.Po tym całym kłuciu w sercu, przez które musiałem przejść.W przestrzeni między namiotami ktoś się rozdarł.– Ty kłamliwy sukinsynu! – Żołnierz wbiegł na plac musztry.– Niech się zesram! To on.Co ty tu, u diabła, robisz, Bragi? – Tym razem był to wysoki, szczupły, opalony, rudowłosy chłopak imieniem Reskird Smokbójca, przyjaciel Haakena i jedyny oprócz nich Trolledyngjanin w kompanii.Haaken otoczył Bragiego ramieniem.– To naprawdę ty.Niech mnie cholera.Byliśmy pewni, że nie żyjesz.– Dlaczego, do diabła, nie pojechałeś w jakieś inne miejsce? – dopytywał się Smokbójca.– Haaken, jak my teraz spłacimy to odszkodowanie za jego śmierć?Bragi zaśmiał się.– Ani trochę się nie zmienił, co? – zapytał Haakena.– Nadal jest cholernie głupi.Nie sposób mu wbić do głowy odrobiny rozsądku.Powiedz chłopakom, Reskird.– No – Smokbójca mrugnął do Ragnarsona.– A więc gadaj – powiedział Haaken.– Jak się wydostałeś z Al Rhemish? Gdzie byłeś? Być może naprawdę powinieneś udać się gdzieś indziej.My przypuszczalnie kierujemy się do Simballawein.Adept coś knuje.Zapewne trafimy w sam środek tego zamieszania.No co? Nie możesz czegoś powiedzieć?Bragi, szczerząc się, odparł:– Mogę.Jeśli tylko dopuścisz mnie do słowa.Zdajesz sobie sprawę, że w ciągu ostatnich pięciu minut powiedziałeś więcej, niż zazwyczaj mówisz przez rok?Powoli schodzili się pozostali towarzysze z oddziału Ragnarsona, spacerowym krokiem, jakby gnała ich tylko próżna ciekawość.– Ho, ho – powiedział Haaken.– Oto zbliża się porucznik Trubacik.– Porucznik?– Było wiele awansów.Sanguinet jest obecnie kapitanem.Bragi zassał powietrze przez zaciśnięte zęby, nagle zdenerwowany.– Spóźniłeś się, Ragnarson – warknął Trubacik.– Miałeś się stawić na warcie dziesięć miesięcy temu.– Zachichotał, rozbawiony własnym dowcipem.– Kapitan chce cię widzieć.Przybył łącznik na spienionym koniu.Sanguinet rozkazał zamknąć bramy obozu, a pododdziały ustawić w szyku kompanii.– Panowie, zaczęło się – oznajmił.– Wyruszamy do Simballawein.Generał Hawkwind tam do nas dołączy.Pięć dni piekła na drodze, marszu po czterdzieści, pięćdziesiąt mil dziennie.Potem dogonił ich łącznik niosący wiadomość, że regiment Niezwyciężonych wpadł na Hawkwinda, który spuścił im lanie.Tylko garstce udało się uciec.Mury obronne Simballawein majaczyły w oddali.– Jest tak wielkie jak Itaskia – mruknął Ragnarson do Haakena.– Chyba nawet większe.– Wiwatujące tłumy czekały na nich u bram.– Im się wydaje, że już wygraliśmy tę wojnę.Do diabła, miasto to nic innego jak pułapka bez wyjścia.– Smutek, rozpacz i błogosławiona nędza – strofował go Smokbójca.– Wyjrzyj na zewnątrz z tej mgły, która cię spowija, i rozejrzyj się dookoła, Haaken.Spójrz na te dziewczynki.Zobacz, co mają w oczach.Sądzę, że są już gotowe do ataku.– Pomachał do stojącej najbliżej.– Sanguinet nam za to.Dziewczyna podbiegła do Reskirda.Wepchnęła mu w dłonie bukiet kwiatów, potem szła obok niego.Paplała coś.Smokbójca chętnie odpowiadał.Brak wspólnego języka nie stawał na drodze do porozumienia.Haakenowi szczęka opadła.Zmusił się do zbolałego uśmiechu i też zaczął machać.– Halo, halo – skrzeczał.– Trochę swobodniej – pouczył go Bragi.– Naprawdę całkiem niezły z ciebie podrywacz, braciszku.– Poprawił rzemienie plecaka i spróbował także wyglądać pociągająco, nie wygłupiając się równocześnie [ Pobierz całość w formacie PDF ]