[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Żaden istotny dla życia organ nie został uszkodzony.Ale gdy się było ciętym tyle razy…–To ten trup?–Zabójca? Tak.Ragnarson uniósł lniane przykrycie.Ujrzał mało atrakcyjnego młodego mężczyznę średniego wzrostu, z niewielką nadwagą.Próbował go sobie wyobrazić jako żywego, poruszającego się człowieka.Przypomniał sobie, że ludzie, gdy są martwi, wyglądają na mniejszych i potulniej szych.–Gdzie jest Trebilcock?–Przed godziną generał odzyskał przytomność.Opisał napastników.Zranił dwóch pozostałych.Michael poszedł ich szukać.–Mhm.Rozmawiałeś o tym z Varthlokkurem?Strażnicy przy drzwiach poruszyli się.Wachtel wzruszył ramionami.–Być może wie.Ja mu nie mówiłem.Nie widziałem potrzeby.–Być może potrafiłby ci pomóc.Starszy mężczyzna zmarszczył brwi.–Czy jestem niekompetentny? – Był najlepszym lekarzem w Kavelinie i zazdrośnie strzegł swojej reputacji.–Straż.Niech jeden z was idzie po czarodzieja.Jest w brązowym apartamencie gościnnym.– Do Wachtela zaś Ragnarson powiedział: – Któż będzie lepszy, żeby przesłuchać naszego przyjaciela? – Wskazał martwego mężczyznę.–Mhm.– Wachtel zawarł w tym chrząknięciu całą swoją odrazę.Współpracował już wcześniej z czarodziejem.Odczuwał głęboką nienawiść do czarów we wszelkiej postaci, chociaż niechętnie przyznawał, że Varthlokkur był mistrzem magii życia i czasami dawał nadzieję tam, gdzie zawodziła jego własna sztuka.Lekarz dłużej nie protestował.Był naprawdę porządnym człowiekiem, niezdolnym do złośliwości czy nikczemności.Gdyby dla Liakopulosa nie było żadnej innej nadziei, sam wezwałby czarodzieja.Chociaż z pewnością nie przyszłoby mu do głowy przekazać czarodziejowi zwłoki.Wachtela interesowali wyłącznie żywi.Zachowywał się całkiem uprzejmie, gdy przyszedł otumaniony snem Varthlokkur.Szybko opisał, gdzie zadano rany, ich głębokość i zagrożenie, jakie stwarzały dla pacjenta.Powstrzymał się od zmarszczenia brwi, gdy Varthlokkur przesuwał ręce nad generałem, przeprowadzając kolejne badanie.–Zrobiłeś wszystko co w twojej mocy? Gorący rosół i tak dalej? Zioła na uśmierzenie bólu?Wachtel skinął głową.–Powinien wyzdrowieć.Może mieć niedowład jednej ręki, no i pozostaną blizny.Nie ma potrzeby, żebym ja tu interweniował.Grymas niezadowolenia na twarzy Wachtela przeszedł w ponury uśmiech.Zwrócił się w stronę Ragnarsona.–Zbadaj tego – powiedział Bragi do czarodzieja.– To napastnik, którego Liakopulos zabił.–Jeden z zabójców? – Varthlokkur podniósł powiekę nieboszczyka i wpatrywał się w jego oko.–Przypuszczalnie.– Do wszystkich zebranych w pokoju Ragnarson skierował pytanie: – Nie doszło do żadnej pomyłki, prawda?–Generał rozpoznał go, gdy odzyskał przytomność – odparł Wachtel.Varthlokkur spojrzał na Bragiego, ale nie powiedział ani słowa.Ragnarson dostał gęsiej skórki.–Niezrodzony? – zasugerował nieśmiało.Czarodziej skinął głową.–To najprostszy sposób.Na dole, na jednym z zamkniętych dziedzińców, tam gdzie nikomu nie będziemy przeszkadzać.–Straż.Niech któryś z was znajdzie sierżanta.Powiedzcie mu, że potrzebuję czterech ludzi i noszy.Przyszło czterech strażników.Jednym z nich był Slugbait.Uśmiechnął się szeroko do Ragnarsona i zadzwonił kieszenią pełną monet, zanim przyjął bardziej oficjalną postawę.Tutaj był znowu żołnierzem, nie kapitanem drużyny captures.Wraz ze swoimi towarzyszami ułożył zwłoki na noszach i czekał na polecenia.–Tylny dziedziniec do ćwiczeń – powiedział im Ragnarson.– Połóżcie go tam i zostawcie.Spojrzeli na Varthlokkura, po czym odwrócili wzrok.Pobledli.Domyślali się, co będzie się działo.–Czy ktoś przepytał Galesa? – zapytał Bragi.–Trebilcock – odparł Wachtel.– Nie przysłuchiwałem się temu.– Varthlokkurze, czy nie wydaje ci się, że Liakopulos łatwiej oddycha?Czarodziej pochylił się nad generałem.–Tak sądzę.Najgorsze już zdecydowanie za nim.Przeżyje.Ragnarson i czarodziej udali się za strażnikami, którzy nieśli nosze.–Widziałem się dzisiaj z Mgłą – powiedział Bragi.– Natknąłem się na parę spraw, które mnie zaciekawiły.Odpowiedziała na moje pytania, ale mówiła mało konkretnie.–No i co?–Jest wplątana w jakiś spisek, który ma jej przywrócić tron.Twierdzi, że skontaktowała się z nią grupa tervola, ale że nic z tego nie będzie.Angażuje się w to bardziej, niż przyznaje.–I?–Niewiele masz do powiedzenia.–A co chcesz, żebym powiedział?–Jakie masz przypuszczenia? Czy ona naprawdę się w to wplątała? A jeśli tak, to czy może coś zdziałać? Jakie będą tego konsekwencje dla Kavelinu? Zarówno gdy uda się jej to przeprowadzić, jak i gdy sromotnie przegra?–Czy jest wplątana? Oczywiście.Gdy już raz zdobędzie się tron, nie oddaje się go bez walki.Gdy żył Valther, czuła się ograniczana.Teraz już nie.Weź pod uwagę jej punkt widzenia.Od Palmisano nic jej tu nie trzyma.Kiedyś tak.Jej poczucie własnej wartości skłoni ją do przejęcia tego, co prawnie jej się należy.–Mimo to jest narażona na niebezpieczeństwo.Ze względu na dzieci.–Czyż wszyscy nie jesteśmy narażeni na niebezpieczeństwa? – W głosie Varthlokkura dała się słyszeć nuta zgorzknienia.– Są zakładnikami losu.–Czy uda się jej wrócić na scenę?–Nie wiem.Nie wiem, co się dzieje w Shinsanie.Nie chcę wiedzieć.Chcę ich ignorować i chcę, żeby oni ignorowali mnie.–Ale nie będą.–Oczywiście, że nie.I tu dochodzimy do kwestii konsekwencji.Mam wrażenie, że nie będzie miało większego znaczenia, czy ona wygra, czy przegra.Shinsan to Shinsan – zawsze był i zawsze będzie.Gdy nadejdzie ta chwila, nie będzie miało znaczenia, kto tam rządzi.Ty i Kavelin zwróciliście na siebie szczególną uwagę.Jutro czy też za sto lat, ale cios na pewno spadnie.Myślę, że to trochę potrwa.Muszą się podnieść po dwóch wyniszczających dziesięcioleciach.Muszą przetrwać zagrożenia zewnętrzne.Muszą utrzymać swoje nowe granice.Będą skakać jak jednonoga dziwka w dzień zawinięcia floty do portu.Ragnarson zachichotał i spojrzał spod oka na czarodzieja.To nie była metafora w styluVarthlokkura.–Przepraszam.Wspomniałeś o Mgle.To mi przypomniało o Visigodredzie, co z kolei sprawiło, że pomyślałem o jego uczniu, Marco.Słyszałem, że Marco mówił kiedyś coś podobnego.Visigodred był ich wspólnym znajomym, itaskiańskim czarodziejem, który pomagał w czasie Wielkich Wojen Wschodnich.Był starym przyjacielem Mgły.Jego uczeń, ordynarny karzeł o imieniu Marco, zginął pod Palmisano.–Marco.To zabawne.Dzisiaj każda przeklęta rozmowa prowadzi w końcu do kogoś, kto poległ pod Palmisano.–Zostawiliśmy tam wielu dobrych ludzi.Bardzo wielu.Być może koszt tego zwycięstwa był większy, niż mogliśmy ponieść.Dobrzy ludzie odeszli, a zostali szubrawcy.Już niedługo zaczną swoje rozgrywki o władzę.Znajdowali się teraz na tylnym dziedzińcu ćwiczebnym, stojąc nad ciałem.Żołnierze oddalili się w pośpiechu.–Może już zaczęli – powiedział Bragi.–Może.Odsuń się.Z pewnością nie chciałbyś być zbyt blisko.–Nie chcę być nawet w tej samej prowincji – mruknął Ragnarson.Przysiadł jednak na schodach i czekał.Varthlokkur nie robił nic efektownego.Po prostu stał z pochyloną głową i zamkniętymi oczami, koncentrując się.Ani on, ani król nie drgnęli przez dwadzieścia minut.Ragnarson wyczuł to, zanim zobaczył.Zesztywniał [ Pobierz całość w formacie PDF ]