[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.–Podajcie mi nocne szkła – odparł dowódca niecierpliwie.– Zobaczę ich, gdy wzniosą się na fali i ogarnie ich blask.Klnę się na każdą z gwiazd naszej bandery, że macie rację, Tom! Ale w łodzi siedzi jeden tylko człowiek.Bodaj że to ten przeklęty pilot, który ucieka z brzegu, a Griffitha i Manuala zostawia na pastwę angielskim katom.Do brzegu, dobijać natychmiast.Ledwie padł ten rozkaz, został wykonany i nie upłynęły dwie minuty, jak Barnstable, Dillon i sternik stali na piasku wybrzeża.Myśl, że pilot opuścił ich przyjaciół, skłoniła szlachetnego młodzieńca do pośpiechu.Chciał jak najprędzej wysłać jeńca w obawie, by jakaś nowa przeszkoda nie pokrzyżowała jego planów.–Panie Dillon – zwrócił się do Krzysztofa po wylądowaniu – nie żądam od pana innych obietnic.Dał pan słowo honoru.–Jeżeli większą wagę przywiązuje pan do przysięgi – przerwał Dillon – to gotów jestem przysiąc.–Do przysięgi, nie.Honor dżentelmena jest mi dostateczną rękojmią.Posyłam z panem do Opactwa mego sternika i w przeciągu dwóch godzin albo pan powinien z nim wrócić, albo wydać mu Griffitha i kapitana Manuala.W drogę, sir, jest pan warunkowo zwolniony.Tu macie dogodniejsze przejście przez skały.Dillon raz jeszcze podziękował szlachetnemu zwycięzcy i zaczął się wspinać w górę.–Idźcie w ślad za nim i stosujcie się do jego wskazówek – rzekł głośno Barnstable do sternika.Nawykły do dyscypliny wojskowej Tom wsparł się na harpunie i ruszał już śladami Anglika, gdy poczuł dłoń dowódcy na ramieniu.– Widzieliście, gdzie strumyk wpada w morze? – zapytał Barnstable półgłosem.Tom skinął głową.–Tam nas znajdziecie, bo nie należy zbytnio ufać nieprzyjacielowi.Tom potrząsnął harpunem na znak, co grozi jeńcowi, gdyby knuł zdradę, potem zaś, podpierając się drewnianą rękojeścią swej broni, tak szybko ruszył dnem wąwozu, że wkrótce zrównał się z Dillonem.ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGINiechże do diaska, siądą sobie pod nim,A będę w cieniu – bo to zimny żołnierz.F a l s t a ffBarnstable stał parę minut na piasku wybrzeża, dopóki nie ucichły kroki Dillona i sternika, po czym kazał swym ludziom zepchnąć łódź na morze.Wiosłowali bez pośpiechu ku miejscu spotkania, a tymczasem po raz pierwszy powątpiewać zaczął w dobrą wolę jeńca.Ponieważ Dillon nie był już w jego mocy, wyobraźnia bardzo jaskrawo malowała mu takie szczegóły i osobliwości w zachowaniu tego dżentelmena, które ukazywały jeńca w podejrzanym świetle.Nim dotarli do zatoczki i rzucili kotwicę, Barnstable był już nie na żarty zaniepokojony.Pozostawmy jednak porucznika nieprzyjemnym myślom, a sami udajmy się w ślad za Bilionem i jego nieustraszonym, nie żywiącym podejrzeń towarzyszem.Tuman mgły, o którym Tom wspominał mówiąc o pogodzie, opadał coraz niżej i coraz bardziej stawał się podobny do zwykłej mgły, z lekka falującej pod tchnieniem wiatru.Wskutek opadania mgły noc stała się jeszcze ciemniejsza i ktoś mniej od Dillona znający te okolice nie znalazłby pewnie drogi do siedziby pułkownika Howarda.Ale po krótkich poszukiwaniach trafili na ścieżkę i Dillon poprowadził Toma szybkim krokiem do Opactwa.–Tak, tak – rzekł Tom, który z łatwością podążał za przewodnikiem – wy szczury lądowe potraficie bez trudu określić kierunek i wymierzyć odległość, gdy znajdujecie się na drodze do celu.Co do mnie, to wylądowałem raz w Bostonie i musiałem dostać się do Plymouth, które leży o jakieś czterdzieści pięć mil stamtąd.Straciłem z tydzień czasu oczekując statku, który zawijał do Plymouth, drugi tydzień szukałem jeszcze jakiegoś pudła lądowego, na którym za przejazd mógłbym zapłacić pracą, gdyż pieniądz nie trzyma się i nie będzie się trzymać starego Toma aż do śmierci, chyba że trafi się szczęśliwy połów.Ale okazało się, że tylko szkapy i rogacizna, i ośliska mają przywilej ciągania i luzowania na waszych lądowych pudłach, i dlatego musiałem oddać tygodniowy zarobek za koję, nie mówiąc o życiu na ćwierć racji przez całą drogę od Bostanu do miasta Plymouth.–To lichwa ze strony właściciela dyliżansu żądać tyle od człowieka w tej sytuacji – rzekł Dillon tonem przyjaznym, zdradzającym chęć podtrzymania rozmowy.–Na tym pudle byłem w sytuacji pasażera – ciągnął sternik – gdyż na przedzie był jeden tylko człowiek, nie licząc owych bydlaków, o których wspomniałem.On to sterował, a diablo łatwą miał robotę, bo kurs mu wypadał między kamiennymi murami i płotami.Co zaś do obliczenia mil, to wcale głowy sobie mógł tym nie zaprzątać, bo całkiem wyraźnie były dla niego wyznaczone na kamieniach przydrożnych sterczących co każde pół mili.Poza tym miał znaków rozpoznawczych tyle, że ślepy na jedno oko mógłby się wedle nich kierować bez obawy zdryfowania na zawietrzną.–Musieliście się czuć jak przeniesieni na inny świat – zauważył Dillon.–Zupełnie jakbym był w obcym kraju, choć przyszedłem na świat o parę mil zaledwie od tego właśnie brzegu [ Pobierz całość w formacie PDF ]