[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Miałam nadzieję, że babcia nie może spojrzeć na dół i zobaczyć, że prawie nikt nie uczestniczy w jej pogrzebie.Pięć osób łącznie z rabinem, ale on nie miał wyboru.To była jego praca.Karawan zwolnił przed zielonkawą żelazną bramą z wykutymi na niej gwiazdami Dawida i zwojami Tory.Wjechaliśmy na cmentarz i ruszyliśmy powoli wąską alejką otoczoną z obu stron nagrobkami, z których część zgrupowana była blisko siebie, a inne stały osobno.- Nie możecie tego wiedzieć - powiedział po drodze wujek Irving - ale gdy kupowaliśmy miejsce na tym cmentarzu, wszystkie macewy były tak blisko siebie jak krakersy w pudełku.Skręciliśmy w lewo w Drogę Jerozolimską i jechaliśmy nią aż do końca.Karawan zatrzymał się i my też stanęliśmy.Teraz będziemy musieli pochować babcię.- Ubierz rękawiczki - poleciłam Merry.Sama też włożyłam moje wełniane, z jednym palcem, trzęsąc się, gdy wujek Irving otworzył ciężkie drzwi limuzyny i wpuścił do środka zimne cmentarne powietrze.Merry zdjęła swe rozciągliwe rękawiczki w czerwono -różowe prążki.Były na nią za małe, ale innych nie miała.Na nogach miałyśmy baletki, które pani Cohen wygrzebała nie wiadomo skąd.Pomagała nam się ubrać, przybywszy specjalnie tylko dlatego, że jechałyśmy na pogrzeb.- Patrz - szepnęła Merry.- Jest tu jeszcze ktoś.- Nie musisz mówić szeptem.Wolno nam rozmawiać.-Choć czułam na sobie nienawistne spojrzenie mojej zbyt -dobrej - dla - nas matronowatej kuzynki, to mówiłam na tyle głośno, żeby mogła to usłyszeć.Merry wskazywała duży samochód, nie tak duży jak karawan, ale długi i ciemnoniebieski.Jakiś mężczyzna opierał się o maskę, z rękami skrzyżowanymi na piersiach, a obok niego stał drugi, władczo wyprostowany.- Myślę, że to rabin.- A to nie on jest rabinem? - Merry wskazała na mężczyznę o guzowatej twarzy, w jarmułce i szalu przykrywającym jego garnitur.Czekał przy otwartym grobie, patrząc jak dwaj mężczyźni niosą trumnę babci.Spuścili ją do grobu za pomocą czegoś w rodzaju liny.Wujek Irving i kuzynka Budgie podeszli do odsłoniętego grobu, pozostawiając nas przy samochodzie.Przypuszczałam, iż spodziewali się, że podążymy za nimi.- Czy powinnyśmy iść z nimi? - głos Merry był delikatny i zatroskany.- Tak sądzę.- Sięgnęłam do kieszeni, szukając papierowych chusteczek, które dała nam pani Cohen.Prowadziłam Merry powoli i ostrożnie po zmarzniętej brązowej trawie.Zwłoki mogą leżeć wszędzie.Na terenie wykupionym dla naszej rodziny znajdowało się kilka nagrobków.Puste miejsca czekały na nas.Wujek Irving powiedział, że Merry i ja, nasze dzieci i nasi mężowie, my wszyscy będziemy mieli tu swoje groby.Niczego bardziej nie pragnęłam, jak leżeć tu po wieczne czasy obok głupiej kuzynki Budgie.Podeszłyśmy bliżej do otwartego grobu.- Merry? Lulu?Podskoczyłam na dźwięk tego głosu.- Tata! - Merry chwyciła mnie za rękę i pociągnęła z powrotem.Rzuciła się na ojca.Kajdanki na rękach nie pozwalały mu jej objąć i Merry uderzyła w jego klatkę piersiową.Wygiął się tylko niezdarnie, przytulając policzek do jej wełnianego kapelusika, czerwonego kapelusika, który Merry włożyła, gdyż nalegała na to pani Cohen.Nawet dziecko mogło się zorientować, że był nieodpowiedni na pogrzeb, ale nie chciałam się kłócić z panią Cohen.- Tatusiu! - krzyczała Merry.- Nie wiedziałam, że tu będziesz.- Nie dali mi czasu, żeby do was napisać.- Obserwowałmnie, podczas gdy Lulu przytulała się mocno do niego; wpatrywał się we mnie, dopóki nie kopnęłam w zmarzniętą ziemię.- Chodź tu, Lulu.Przywitaj się ze mną.Sporo czasu minęło.„No jasne, sporo czasu minęło, od kiedy zabiłeś mamę".Mężczyzna towarzyszący memu ojcu, dozorca czy strażnik, jakkolwiek go nazwać, stał tuż za nim.- No chodź - nalegał ojciec.Dzwoniłam zębami tak mocno, że o mało nie wyskoczyły.Zacisnęłam wargi, żeby tego nie widział.- Lulu, mamy niewiele czasu - powiedział głosem tak zwyczajnym, jakbyśmy mieli iść do kina i on się bal, że się spóźnimyMerry patrzyła na mnie błagalnym wzrokiem, prosząc, żebym do nich podeszła.Powłócząc nogami, pokonałam dzielący mnie od nich krótki dystans i zatrzymałam się w pewnej odległości.Ojciec bardzo się zmienił.Nie był ani szczupły, ani gruby.Jego ciało sprawiało wrażenie silnego, nawet w tym luźnym garniturze.Okulary upodabniały go do Clarka Kenta - Supermana.- Ile masz lat? - zapytałam.- Trzydzieści dwa.Mama miałaby trzydzieści jeden.Podniósł głowę i obserwował mnie.Merry tuliła się do niego, chowając głowę w jego ubraniu.- A ty masz trzynaście - powiedział.- W lipcu będziesz miała czternaście.Wow.„Wow".To słowo wychodziło mi gardłem, a ja nie wiedziałam czemu.Czułam się zakłopotana pod wpływem jego spojrzenia.- Jesteś wysoka, tak jak mój ojciec.Próbowałam przypomnieć sobie fotografie, które babcia trzymała na telewizorze.- Masz ładne włosy - powiedział.- Lubię ten kolor.Ręką w jednopalczastej rękawiczce dotknęłam moich włosów.- „Śni mi się Jeanny o jasnobrązowych włosach" -zaśpiewał.Zapomniałam, jaki ładny głos ma nasz ojciec.Śpiewał mi, kiedy byłam mała.Nigdy nie były to dziecięce piosenki.Tłumaczył, że lubi nucić, a nie recytować.„Nie spodziewaj się po mnie żadnych bzdetów w rodzaju Hickory Dickory Dock - mawiał.Przed spaniem śpiewał Only the Lonely [ Pobierz całość w formacie PDF ]