[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Lecz czuł, że dużo jeszcze zostało do odkrycia i ta świadomość napawała go przerażeniem.Do diabła, nie mógł nawet o tym myśleć.Głowa Zuzanny spoczywała na jego ramieniu, czuł jej płytki oddech.Wiedział, że nie śpi, ale oparta o niego rozmyśla o tym, co jej powiedział.Nie wypytywała go zbyt szczegółowo.Ciekawe, czy zauważyła, że pominął parę faktów.Nie powiedział jej o Theodorze Micahu ani o tym, że ten łajdak przebywa w Eastbourne.Prawdopodobnie obmyślała jakiś plan.Podobała mu się ta nieustraszona przebiegłość, którą w niej odkrył.Podobnie jak to, iż znał ją już na tyle dobrze, że coraz częściej potrafił odgadnąć, o czym myśli.Ale nie powie jej o Micahu.Nie chce jej straszyć.Nie zaryzykuje, że jego nieustraszona żona wymknie mu się i pojedzie do Eastbourne sama szukać tego łajdaka.Pocałował ją w czubek głowy.Wątpił, czy kiedykolwiek pożałuje, że ją poślubił - Zuzannę, kobietę dumną, obdarzoną silnym charakterem i bezlitosną.Przytulił ją mocniej.- Zuzanno, jesteśmy już prawie w domu.Chciał jej powiedzieć, że kiedy w końcu znajdą się w domu, za zamkniętymi drzwiami sypialni, wycałuje każdy rozkoszny skrawek jej ciała, zwłaszcza te miękkie miejsca pod kolanami.Sama myśl o tym sprawiła, że zaczął szybciej oddychać.- Wiem.Dziękuję ci, że zgodziłeś się, byśmy wyjechali z tej gospody.Nie sądzę, bym była w stanie spędzić tam jeszcze jedną noc.Gdy wrócił po spotkaniu z bratem, zobaczył ją stojącą na środku pokoju.Była ubrana do drogi, a spakowane kufry stały obok.Spojrzała na jego twarz, natychmiast podbiegła i mocno objęła go ramionami.Nie powiedziała ani słowa, po prostu go przytuliła.- Zostało nam jeszcze jakieś piętnaście minut.Dochodziła pierwsza w nocy.Z czarnego nieba siąpił drobny deszczyk.Było zimno, a od łąk niosła się mgła, sięgająca już niemal okien powozu.- Nie powiesz mi nic więcej, prawda?- Nie ma wiele więcej.Westchnęła.- Nie wierzę ci.Próbujesz mnie chronić.Uważasz, że tylko George maczał palce w tej awanturze z mapą?- Sam nie wiem, naprawdę.Tibolt na pewno nie powiedział mi wszystkiego, a ja nie potrafię odróżnić prawdy od fałszu.Nagle wystrzał zakłócił spokój nocy.A właściwie, dwa wystrzały.Rohan usłyszał, jak stangret jęczy.Boże, został postrzelony!Ściągnął Zuzannę na podłogę powozu i wyjął strzelbę ze skórzanego olstra umieszczonego na wewnętrznej stronie drzwi.Konie zostały nagle zatrzymane i Rohan usłyszał męski głos, wołający: - Hej, wy tam, wychodźcie.I żadnych głupstw, milordzie, bo ten tu ranny człowieczek dostanie jeszcze jedną kulę w gardło.Wyłaź i zabierz ze sobą tę małą dziwkę.Dzięki Bogu, to nie Tibolt, pomyślał Rohan z ulgą.Nie miał pojęcia, kim mógł być ten człowiek.Ranny czy nie, stangret nie miał zamiaru dopuścić, by jego pan stawił czoła bandycie.Strzelił z bata i krzyknął na konie.Powóz ruszył nagle, a Rohan przewrócił się i upadł na rozciągniętą na podłodze Zuzannę.Napastnik zaklął głośno.Zbliżający się tętent powiedział im, że bandyta nie zrezygnował.- Nie podnoś się, Zuzanno.Rohan wystawił głowę przez okno powozu.Bandyta znajdował się jakieś dwadzieścia metrów za nimi, w pełnym galopie.Nie strzelał, najwidoczniej zostały mu już tylko jedna czy dwie kule.Konie gnały na złamanie karku.Stangret musiał być poważnie ranny.Rohan wsunął broń za pas, przewrócił się na plecy i z trudem wysunął przez okno powozu.Na szczęście wokół dachu biegła mocna poręcz, służąca do zabezpieczania bagażu, miał więc czego się uchwycić.Powóz przechylił się gwałtownie na lewo i Rohan zorientował się, że spłoszone konie gnają prosto ku stromym klifom Beachy Head.Wiatr wyciskał mu łzy z oczu i zwiewał włosy na twarz.Pomimo że prawie nic nie widział, udało mu się wdrapać na dach pojazdu.- Trzymaj się, Elsay, już idę! Stangret nie odpowiedział.Rohan zobaczył, że mężczyzna na koniu jest teraz bliżej.Deszcz padał coraz gęstszy.Jeżeli któryś koń się pośliźnie, zginiemy, pomyślał.Zobaczył głowę Zuzanny, wychylającej się z okna.Przeczołgał się na przód powozu i opadł powoli a kozioł.Elsay z całej siły ściskał drewniany hamulec.- Trzymaj się - powtórzył, sadowiąc się wygodniej.A potem zobaczył, że wodze zwisają luźno pomiędzy końmi.- Do licha - zaklął.- No cóż, nie ma wyjścia.- Niech pan uważa, milordzie.Konie znów skręciły w lewo, omal nie przewracając pojazdu.Rohan po prostu skoczył, starając się trafić na grzbiet Ramble'a.Jakoś udało mu się uchwycić uprzęży i nie spaść pomiędzy końskie kopyta.Zaczął przemawiać do koni, próbując je uspokoić.Żałował, że nie potrafi śpiewać jak Jamie.Złapał wodze, zwisające pomiędzy Ramble'em a Oskarem, i przez cały czas przemawiając czule do koni, zaczął je powoli ściągać.Konie gnały dalej po wąskiej drodze, prowadząc powóz nieuchronnie ku skałom nad Beachy Head.Przesunął się ku zadowi Ramble'a, by zyskać większą równowagę i zaczął coraz mocniej ściągać wodze.Nie miał wyjścia, gdyż wiedział, że jeśli nie uda mu się wkrótce zatrzymać koni, rozbiją się na skałach klifu.Zdawało mu się, że od chwili, gdy znalazł się na końskim grzbiecie, minęła wieczność.Deszcz nadal go oślepiał, a wiatr wył potępieńczo.W końcu, zdesperowany, krzyknął: - Ramble, Oskar, wy przeklęte szkapy, stać! To rozkaz!I nagle, ku jego zdumieniu i wielkiej uldze, Ramble stanął dęba i skręcił w bok.Oskar zarżał donośne i poszedł w jego ślady.Zwolniły.W końcu, po jeszcze jednej, trwającej - zdawałoby się - wieczność chwili, powóz stanął.Znajdowali się przy samym klifie.Gdyby Ramble w ostatniej chwili nie skręcił w bok, byłoby już po nich.Rohan czuł taką ulgę, że nie mógł się poruszyć.Siedział po prostu na zadzie Ramble'a i wciągał haustami powietrze do płuc.- Rohan!Drzwi powozu otwarły się i wytoczyła się przez nie Zuznana.Upadła na kolana, lecz zaraz podniosła się i zaczęła biec w stronę męża.Nagle zatrzymała się.Nie mogła ryzykować, że spłoszy konie.- Wszystko w porządku, Oskar.Stój spokojnie.Już wkrótce Jamie będzie ci śpiewał i karmił cię marchewkami.- Prawdę mówiąc, to Ramble odwalił całą robotę.Uśmiechnęła się do męża, a potem powiedziała do konia: - Byłeś wspaniały, Ramble.Osobiście nakarmię cię najlepszym owsem i jęczmieniem w całym hrabstwie.Nic ci się nie stało? - dodała, zwracając się do męża.- Nie - odparł.Powoli opuścił się pomiędzy oba konie, przez cały czas przemawiając do nich uspokajająco i poklepując je po karkach.Całe były pokryte pianą i nadal dyszały ciężko.Ten człowiek.Rohan rozejrzał się wokół, ale nikogo nie dostrzegł.Napastnik nie pojechał za nimi.- Elsay, jak bardzo jesteś ranny?- Dostałem w prawe ramię, proszę pana.Nie jest tak źle, tylko krwawię, jak.mniejsza z tym.Przeżyję, ale na pewno nie dzięki temu skurczybykowi.- Za to musisz podziękować poczciwemu staremu Ramble'owi - powiedział Rohan.Czuł się dziwnie, jakby jego drugie ja stało obok i przyglądało się wszystkim jego poczynaniom.Wiedział, że to skutki szoku i że nie wolno mu się poddać.- Poczekamy tu chwilę, dopóki konie nie odpoczną.Zuzanno, oderwij kawałek halki, musimy przewiązać ramię Elsaya.- Ten łajdak mało mnie nie zastrzelił, milordzie [ Pobierz całość w formacie PDF ]