[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wtedy usłyszała oddech.Cichy, regularny oddech po prawej stronie.Odwróciła się pospiesznie.- Kto tam?Tylko oddech, bez głosu, bez odpowiedzi.Jakiś wzmacniacz.Zajęczała specjalnie dla niego, potem drugi raz głośniej, objęła się ramionami i znowu ruszyła za sznurkiem.Nagle sznurek się skończył.Stała przed wąskim otworem, bez drzwi.Nie widziała, co jest w głębi.Cześć, Marty.Wejdź, czekałem na ciebie.Jego głos.Marlina Jonesa.O Boże, Marlin, to naprawdę ty? Skąd się tutaj wzięłam? Przyszedłeś mnie uratować?Raczej nie, Marty.To ja cię tutaj przywiozłem.Przywiozłem dla siebie.Poczuła przypływ furii.Wyobraziła sobie Belindę, nie rozumiejącą, co się dzieje i dlaczego, tak przerażoną, że ledwie mogła oddychać, a ten maniak mówi do niej głosem gładkim i ugrzecznionym niczym ksiądz.Czego chcesz, ty żałosny kutasie? Milczał.Zaskoczyła go.Spodziewał się łez, próśb.No co, ty gnojku? - krzyknęła.- Czego chcesz? Boisz się ze mną rozmawiać? Dosłownie słyszała jego sapanie.W końcu powiedział głosem mniej gładkim niż przedtem, ale całkiem spokojnym:- Szybko tu przyszłaś.Spodziewałem się, że będziesz badać teren, szukać wyjścia z budynku, ale nie szukałaś.Spojrzałaś w dół, zobaczyłaś sznurek i ruszyłaś za nim.- Po co jest ten cholerny sznurek? Jakiś kretyński dowcip? Czy jesteś jedynym kretynem w tym pieprzonym miejscu, Marlin?Oddychał coraz szybciej - słyszała.Dyszał chrapliwie z wściekłości.Naciskaj go.Znajdź słabe miejsce i wbij szpilę.Niech Savich ją zwymyśla, niech wszyscy jej nawymyślają, nieważne.Musiała wyprowadzić go z równowagi, musiała go pokonać, a potem zniszczyć.No więc, ty mały pojebany zboczeńcu? Po co to robisz? Napalasz się w tej twojej pokręconej mózgownicy?No, no, Marty, nie pyskuj.Nie znoszę kobiet z niewyparzoną gębą.Myślałem, że jesteś taka słodka i bezradna, kiedy pierwszy raz do mnie przyszłaś, ale ty zaczęłaś przeklinać.Otworzyłaś swoje piękne usta i wypłynął z nich brud.I twój biedny mąż.Nic dziwnego, że pije.potrzebuje ucieczki od tego plugawego języka.A ty jeszcze go poniżasz i opowiadasz dookoła, jaki jest okropny, chociaż on tylko miał pecha, że się z tobą ożenił.Może mówię brzydko, ale przynajmniej nie jestem pierdolonym psycholem jak ty.Czego chcesz, Marlin? Po co ten sznurek? Odpowiedział miękkim, śpiewnym głosem, łagodnym i monotonnym, jakby uważał się za wszechwiedzącego boga, a ją traktował jak zbłąkane dziecko, które trzeba sprowadzić na właściwą drogę.Drogę do piekła.Powiem ci wszystko, kiedy znajdziesz środek labiryntu, Marty.Zbudowałem dekoracje całkiem jak twoje, tylko że lepsze, bo robię ich więcej.Chcę, żebyś weszła do labiryntu, Marty.Wygrasz, kiedy znajdziesz środek labiryntu.Chociaż mówisz brzydkie rzeczy, to jednak wygrasz, kiedy znajdziesz środek.Będę mierzył czas, Marty.Czas zawsze jest ważny.Nie zapominaj o czasie.No dalej, musisz tam wejść, bo inaczej od razu wymierzę ci karę.Znajdź środek, Marty, albo zrobię ci coś nieprzyjemnego.Ile mam czasu, żeby dotrzeć do środka labiryntu? Łagodną monotonię zabarwił ślad zniecierpliwienia.Zadajesz za dużo pytań, Marty.Znajdę środek, jeśli mi powiesz, po co ci sznurek.Jak inaczej mam cię tu przyprowadzić? Nie chciałem malować znaków.Zbyt oczywiste.IDŹ ZA STRZAŁKAMI.Do kitu.Sznurek jest fajny.Prowokacyjny.Ale moja cierpliwość się kończy, Marty.Wejdź do labiryntu.Nagle w jego głosie zabrzmiał gniew, zimny i twardy.Marty? Co robisz?Sznurowadło mi się rozwiązało.Tylko zawiązywałam.Nie chcę się potknąć.To mi nie wyglądało na zawiązywanie sznurowadła.Wchodź albo zrobię ci naprawdę dużą przykrość.Wchodzę.Weszła przez wąskie wejście do wąskiego korytarza ze sklejki, pomalowanej na zielono, żeby udawało zarośla cisu.Dotarła do skrzyżowania.Cztery kierunki.Wybrała lewe odgałęzienie.Okazało się ślepe.- Błąd, Marty.- Zaśmiał się.- Może gdybyś tyle nie przeklinała, Bóg pokazałby ci właściwą drogę.A gdybyś nie traktowała tak podle swojego biednego męża, Bóg nie przyprowadziłby cię do mnie.Spróbuj jeszcze raz.Zaczynam się niecierpliwić.Ale wcale się nie niecierpliwił, zrozumiała nagle.Rozkoszował się każdą chwilą.Im dłużej szukała środka, tym lepiej się bawił.- Powolna jesteś, Marty.Lepiej się pospiesz.Nie zapominaj o czasie.Mówiłem ci, że czas jest ważny.Słyszała teraz w jego głosie podniecenie, już nie tłumione.Zrobiło jej się niedobrze.Nie mogła się doczekać, żeby go zobaczyć.Cofnęła się i skręciła w drugą odnogę.Ta również kończyła się ślepo.Za trzecim razem wybrała właściwą trasę.Otaczał ją tylko niewielki krążek światła, zawsze taki sam, ani jaśniejszy, ani ciemniejszy.Słyszała jego oddech, coraz szybszy; jego podniecenie narastało.Zbliżała się już do środka labiryntu.Zatrzymała się i zawołała głośno: - Dlaczego labirynt, Marlin? Dlaczego chcesz, żebym znalazła środek labiryntu? Glos mu drżał z podniecenia.Nikt go jeszcze o to nie zapytał.Aż się palił, żeby jej powiedzieć.To jak znajdowanie drogi do własnej duszy, Marty.Jest mnóstwo mylących zakrętów i ślepych zaułków, ale jeśli spróbujesz, jeśli bardzo się postarasz, w końcu dotrzesz do środka swojej duszy i poznasz prawdę o tym, kim jesteś.To bardzo poetyczne, Marlin, jak na durnego psychopatę [ Pobierz całość w formacie PDF ]