[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Każdy oddech przynosił cierpienie.Ból był tak silny, że miała ochotę się rozpłakać.On zaś powtarzał wciąż od nowa:- Oddychaj płytko.Właśnie tak.Płytko.W końcu go posłuchała.- No, no - zawołał Saint, wkraczając do pokoju.- Panna Mary poinformowała mnie, że nasza pacjentka chce, aby poluzowano jej bandaże.Delaney odwrócił się na dźwięk dudniącego głosu lekarza.- Jak dobrze, że mogłeś przyjść tak szybko, Saint.Chauncey, na wypadek, gdybyś nie pamiętała, to jest twój lekarz, Saint Morris.- Odsuń się, Del i pozwól mi na to spojrzeć - powiedział doktor i bez dalszych wstępów zaczął podwijać koszulę Chauncey.Mary zaczerpnęła głośno powietrza i ustawiła się przed Delaneyem, aby zasłonić mu widok.Delaney odmaszerował w róg pokoju i spojrzał w dół na ogród, starannie pielęgnowany przez Lin.Kiedy powiedział dziewczynie, że niepotrzebnie obarcza się dodatkową pracą, tylko się uśmiechnęła i z oburzeniem wspomniała coś o cenach warzyw na rynku.Na dźwięk donośnego głosu Sainta odwrócił lekko głowę.- No, młoda damo, przestań ze mną walczyć.Oddychaj płytko i nie wierć się.Za chwilę będzie ci wygodniej.Chauncey poczuła, iż ucisk bandaży nieco zelżał.- Doskonale - stwierdził rzeczowo Saint.- Panno Mary, proszę o szklankę wody z trzema kroplami laudanum.- O nie, nie chcę więcej laudanum.Ja.proszę, nie.- To uśmierzy ból, dziewczyno.I niech pani zechce łaskawie zrobić to, o co proszę.Chauncey niechętnie wypiła wodę z rozpuszczonym w niej lekarstwem.- Trudno mi sobie wyobrazić, jak ktokolwiek może nazywać pana Saint - Święty - powiedziała, spoglądając na krzaczaste bokobrody lekarza.Saint zachichotał.- Wkrótce będziesz jak nowa, panienko.Delaney, możesz się odwrócić.- Co za dziwne imię - powiedziała wyraźnie Chauncey, starając się przezwyciężyć działanie laudanum.- Jak to się stało, że pan je nosi?- Jest doprawdy zabawne, czyż nie? Opowiem pani pewną historię.Usadowił się na krześle obok łóżka.- W latach trzydziestych żył sobie pewien młody zawadiaka, Jim Savage.Mieszkał w Illinois.Poślubił swoją ukochaną, a potem, jako jedni z pierwszych, wyruszyli wozem na szlak wiodący do Kalifornii.Niestety, dziewczyna zmarła, rodząc martwe dziecko.Jej śmierć załamała Jima.I to na dobre.Dotarł do Kalifornii, a jakże, i stał się bohaterem licznych opowieści i plotek o tym, jak walczył w powstaniu przeciwko zwierzchności Meksyku nad Kalifornią.Czy też jak sprzymierzył się z Fremontem i Kitem Carsonem.Kiedy odkryto złoto, zniknął, a potem, jak głosi legenda, przyłączył się do plemienia Mariposa i został ich królem! W jakiś czas później część Indian zbuntowała się przeciwko niemu i sprawy przybrały zły obrót.Reszta Indian przyłączyła się do buntu i wówczas John McDougal uczynił Jima Savage’a dowódcą specjalnego batalionu, który miał uśmierzyć powstanie.Jim zebrał swoich ludzi i ruszył z nimi za rzekę Merced, tam gdzie nigdy dotąd nie postała stopa białego człowieka.Pewnego dnia Savage wspiął się na szczyt grani kanionu, którym płynęła Merced, i patrząc z góry na wysokie na milę klify oraz spływające z nich dwa niewielkie wodospady, wykrzyknął z podziwem: „Co za inspirujący widok!”.Odtąd miejsce to zaczęto nazywać Cyplem Inspiracji.Legenda Jima Savage’a wciąż rosła, aż w zeszłym roku jej bohater, który musiał być kimś w rodzaju szlachetnego prostaczka, nagle się zastrzelił.Zapadło milczenie.Saint Morris spojrzał na twarz dziewczyny.Spostrzegłszy, iż lek zaczął wreszcie działać, uśmiechnął się do swej pacjentki.- A co to ma wspólnego z tym, że nazywają pana Świętym?- Jak widzę, twój rozum zbytnio nie ucierpiał od laudanum, prawda, panienko? - Poklepał ją po dłoni i wstał.- Spij teraz, dziewczyno.A co do tego, dlaczego nazywają mnie Świętym, to już zupełnie inna historia.Del, panno Mary, proszę dobrze opiekować się pacjentką.- Powinni nazywać pana nudziarzem, nie świętym - zawołała za nim Chauncey.Lekarz roześmiał się i pomachał jej swą wielką dłonią.- To było pyszne - powiedziała Chauncey.- Nic dziwnego, dostałaś jedno ze specjalnych dań Lin, przeznaczone dla rekonwalescentów.Ma jakąś obco brzmiącą nazwę - zupa z ryżu i kurczaka, czy coś takiego.- Delaney uśmiechnął się szeroko.- I jest w niej mnóstwo składników, których nazwy nie sposób wymówić.Powiem Lin, że ci smakowało.Dzięki Bogu, czuje się już lepiej, pomyślał.Jej spojrzenie znów było czyste, a na policzki wróciły rumieńce.Była już prawie dziesiąta wieczór.Saint nie przyszedł tego dnia zbadać chorej, ponieważ musiał zająć się mężczyzną postrzelonym w nogę podczas pojedynku.Delaney zabrał tacę i usiadł na bujanym fotelu, ustawionym obok łóżka.- Odwiedziło cię dziś kilka osób - powiedział po chwili.- Głównie dżentelmeni wszelkiej maści, ściskający w dłoni kapelusze i spoglądający na mnie spod oka.- Mam nadzieję, iż powiedziałeś im, że nie przyjmuję.- O, nie, wprowadziłem wszystkich na górę.Wiedziałem, że śpisz, więc nie będą ci przeszkadzać.Dłoń Chauncey powędrowała natychmiast ku włosom, wyszczotkowanym i zaplecionym w warkocz.Delaney zachichotał i dziewczyna zmarszczyła brwi.- Jesteś łgarzem.- Zdrowiejesz, Bogu niech będą dzięki.- Bogu i jego Świętemu.Pochylił się i zapytał poważnie:- Czy coś cię jeszcze boli?Zesztywniała, przypomniawszy sobie, jak jęczała z bólu.- Nie - odparła stanowczo.Teraz ból przeszywał jej skroń tylko od czasu do czasu, a żebra, choć nadal obolałe, nie dokuczały już tak bardzo [ Pobierz całość w formacie PDF ]