[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Postanowiła pokazać mężowi nową suknię.Może ona sprawi, że wreszcie się uśmiechnie.Roland rozmawiał teraz z Salinem.Obaj byli gotowi do drogi.Daria zatrzymała się na ostatnim schodku przy wejściu do holu.Poranne słońce świeciło wprost na jej twarz.Roland podniósł głowę.Patrzył na nią, nic nie mówiąc i nie poruszając się.Podniósł rękę w geście pozdrowienia, a potem odwrócił się i poszedł w stronę stajni.Salin ruszył za nim.Tak, Roland był dla niej uprzejmy, ale nic więcej.Lecz przecież niczego więcej nie oczekiwała.W ciągu ostatnich dni niewiele się widzieli.Roland pracował wraz ze swymi ludźmi przy naprawie wschodniej ściany, w miejscu gilzie Graelama przysypały kamienie.Mur był już prawie gotowy.Mijały dni, a Daria czuła się coraz lepiej.Zajęła się porządkami.Dopilnowała, by posprzątano cały zamek, dokładnie wyszorowano stoły w holu i wypolerowano krzesła.Któregoś dnia spojrzała na belki stropowe wysoko na suficie holu.Dym i kurz zbierały się na nich przez wiele lat.Doczyszczenie ich wymagało wielu godzin szorowania, skrobania i przeklinania.Uśmiechnęła się, zadowolona z siebie.Warownia Rolanda stawała się coraz bardziej przytulna.Mozaika na podłodze pachniała czystością, wypolerowano balustrady i ławy.Teraz silny wiatr z zachodu niósł ze sobą tylko zapach świeżości.Musiała jeszcze dopilnować, by wybielono budynki gospodarskie.Potrzebowała trochę mebli do holu i komnat gościnnych.Rzeczy, które przywieziono jako jej posag, bardzo zmieniły wnętrze zamku.Stały teraz wypolerowane, z miękkimi poduszkami i lśniły z daleka.Gobeliny, wykonane przez jej matkę, dodały trochę koloru i przytulności surowym ścianom zamku, a na dodatek chroniły przed wilgocią i chłodem.Z zakupem innych rzeczy będzie musiała poczekać, bo wymagały zgody Rolanda.Popołudnia spędzała przy sortowaniu ziół i mieszaniu ich w odpowiednich proporcjach, by uzyskać specyfiki potrzebne na różne dolegliwości.Czasem szyła w towarzystwie matki i przekazywała przez Gwyn rozkazy reszcie służby.Dziewczyna, z którą podczas jej nieobecności spał Roland, była teraz miła i układna.Daria zdążyła ją już polubić.Tego dnia miała na sobie nową suknię z szerokimi rękawami.Matka musiała ją trochę zwęzić, bo Daria bardzo schudła.Musiała mocniej związywać się w talii pasem zdobionym złotem.Luźno rozpuściła lśniące czystością i zdrowiem włosy.Roland wszedł do komnaty, kiedy kończyła się ubierać.Zatrzymał się.Daria zamarła, czując, że na nią patrzy.- Wyglądasz pięknie.- Dziękuję.- Muszę znaleźć dla ciebie jakieś klejnoty, Dario.Coś delikatnego, może szafiry pod kolor twoich oczu.Patrzyła zdziwiona, zastanawiając się, dlaczego jest dla niej tak miły.- Wolałabym, żebyś kupił coś do zamku.- Tak?- Przydałyby się dywany i poduszki, nowe gobeliny na ściany.W środku jest straszna wilgoć zimą.Tak mi powiedział sir Thomas.Roland zastanawiał się przez chwilę i zapytał nagle: - Wiesz, że Philippa jest majordomusem w St.Erth?- Tak, mówiłeś mi kiedyś.- Może sama obliczysz, czy pozostałe z posagu złote monety wystarczą na twoje potrzeby? Myślę, że w przyszłym roku uda nam się sprzedać sporo wełny i wystarczy nam na wszystko.Graelam powiedział mi, które rynki są najlepsze i którzy kupcy w tych stronach nie próbują okraść cię do ostatniej koszuli.- Nie żartujesz? Nie sądziłam, że mężczyzna zgodzi się, by kobieta zajmowała się takimi sprawami.Roland wzruszył ramionami.- Bardzo chciałabym się tym zająć, Rolandzie.- Kiedy skończysz obliczenia, omówimy to razem.Wspólnie zdecydujemy, czego potrzeba nam najbardziej.Patrzyła na niego, zdziwiona niepomiernie.- Dlaczego to robisz?- Co takiego?- Dlaczego jesteś dla mnie.taki dobry.Jakbyś mnie.Przerwał jej, bo nie zniósłby, gdyby wypowiedziała pozostałe słowa.- Mamy dużo pracy, a ty już możesz się tym zająć.Sądzisz, że sobie z tym nie poradzisz?Uniosła dumnie głowę.- Oczywiście, że sobie poradzę.Uśmiechnął się ciepło i przyjaźnie i spojrzał na nią tak, że poczuła, iż zabiłaby nawet lorda Graelama, gdyby próbował go skrzywdzić.*Był drugi dzień września.Powietrze zrobiło się chłodne, a czyste niebo i jasno świecące słońce sprawiły, że wszystkie kolory jesieni lśniły pięknie wokół.Daria odetchnęła głęboko.Wyszła z holu, usłyszawszy krzyki.Stanęła na palcach, by zobaczyć, co się dzieje.Na środku stał jej mąż, rozebrany do pasa, cały spocony i dyszał ciężko.Naprzeciw niego gotował się do ataku wielki mężczyzna.Wysiadał, jakby chciał rozszarpać Rolanda na kawałki.Żołnierze utworzyli wielkie koło.Krzyczeli i machali rękoma.Obcy mężczyzna nagle rzucił się do walki.Daria zamarła.Dlaczego wszyscy ludzie Rolanda stoją wokół i nikt nie próbuje mu pomóc? Z przerażaniem patrzyła, jak wielkolud chwyta Rolanda w pasie i podnosi go do góry.Mięśnie miał napięte.Wiedziała, że jest wystarczająco silny, by zadusić jej męża na śmierć.Zastanawiała się dlaczego, choć widziała śmierć Graelama, nie przewidziała śmierci własnego męża? Dlaczego ci ludzie nic nie robią?Nie zastanawiając się wiele, schwyciła spódnicę, podciągnęła ją aż do kolan i zbiegła pośpiesznie na podwórze.Biegnąc, wrzeszczała co sił.Dotarła do zebranych na dole mężczyzn i odpychała ich, przeklinając głośno, póki nie wcisnęła się do koła.Wzniosła do góry pięść i zawołała głośno: - Dlaczego nic nie robicie, przeklęci tchórze!? Wy wredne łotry! Macie tak zamiar stać i patrzeć, jak ten wielkolud zgniata go na śmierć?Mężczyźni stojący bliżej usłyszeli, co mówiła.Stali jak zamurowani i nie ruszyli nawet palcem.Wściekła jak osa, zostawiła ich.Była tak blisko walczących mężczyzn, że słyszała, jak obaj dyszą ciężko i klną z wysiłku.Rolandowi udało się jakoś uwolnić.Już chciała krzyknąć z ulgą, kiedy wielkolud znów ruszył na jej męża, przeklinając głośno.Daria, nie myśląc wiele, wskoczyła mu na plecy, nim dotarł do Rolanda.Złapała go za szyję i biła z całej siły pięścią w głowę, krzycząc głośno: - Nie! Nie waż się go tknąć! Zabiję cię!Owinęła nogi wokół jego torsu i ściskała z całej siły, jednocześnie mocno odginając głowę mężczyzny do tyłu.Niestety, na przeciwniku Rolanda to zdawało się nie robić wrażenia.Krzyczała i biła go, gdzie popadło.Była tak wściekła i tak bardzo bała się o męża, iż nawet nie zauważyła, że jej przeciwnik stoi spokojnie i nawet nie próbuje jej zdjąć z pleców.Nagle ktoś szepnął tuż obok: - Dario!W szale walki usłyszała swoje imię.Potrząsnęła głową i dalej uderzała mężczyznę ze wszystkich sił.- Dario! Na litość boską, przestań!Spojrzała w bok i zobaczyła obok siebie Rolanda.Zrozumiała wtedy, że mężczyzna, na którego plecach siedziała jak szalona wiedźma, stoi spokojnie i nie ruszył nawet palcem.Pozwalał się jej bić do woli.- Chodź, wystarczy już tego - powiedział i wyciągnął ramiona w jej strony.- Ale ja tylko.nie chciałam, żeby cię skrzywdził i.Jeszcze raz uderzyła stojącego spokojnie człowieka w głowę.- Na Boga, przestań.Rollo i tak ma mały móżdżek, a ty jeszcze i to chcesz mu wybić z tej wielkiej głowy.Przestań! Chodź!Daria natychmiast rozluźniła uścisk.Na szczęście, Roland złapał ją, kiedy spadała i postawił na bruku podwórza [ Pobierz całość w formacie PDF ]