[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Kilkanaście metrów dalej dwoje dzieci stało na ulicy, przyglądając się w milczeniu rozwojowi wypadków.–Czy złamałem prawo? – spytałem.–Jeszcze nie zostało to rozstrzygnięte.–Bo jeżeli tak, to doktor Randall może się ze mną spotkać w sądzie.O ile oczywiście zdoła przedstawić materiał dowodowy, który świadczyłby o moim rzekomym przestępstwie.Pan to wie, on to wie – uśmiechnąłem się cierpko – i ja też.–Może powinniśmy udać się na komisariat, żeby to przedyskutować? Pokręciłem głową.– Nie mam czasu.–Mogę pana zabrać na przesłuchanie, wie pan o tym.–Tak, ale nie byłoby to zbyt roztropne.–Przeciwnie, byłoby to bardzo roztropne.–Wątpię.Jako obywatel działam w zgodzie z przysługującymi mi prawami.Nie zmusiłem nikogo do rozmowy ze mną, nikogo nie zastraszyłem.Każda osoba, z którą się spotkałem, mogła odmówić odpowiedzi na moje pytania.–Wtargnął pan na teren prywatny.Na posesję państwa Randallów.–To fałszywa interpretacja faktów.Zabłądziłem i chciałem zapytać o drogę.Zauważyłem duży budynek, tak duży, że w ogóle nie przyszło mi do głowy, że to prywatny dom.Myślałem, że to jakaś instytucja.–Instytucja?–Tak.Na przykład dom dziecka albo dom spokojnej starości.Więc wjechałem przez otwartą bramę i proszę sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy okazało się, że zbiegiem okoliczności…–Zbiegiem okoliczności?–Może pan udowodnić, że było inaczej? Peterson wydał z siebie dość udaną imitację dobrodusznego śmiechu.–Jest pan bardzo sprytny.–Nieszczególnie – odrzekłem.– A teraz może wyłączy pan te światła i przestanie drażnić sąsiadów? Bo inaczej złożę skargę, że nadużywa pan swoich praw i bezpodstawnie mnie nachodzi.Poskarżę się naczelnikowi policji, prokuratorowi okręgowemu i burmistrzowi.Niezdarnie sięgnął ręką do wnętrza samochodu i wyłączył światło.–Pewnego dnia – oświadczył- ta sprawa może się panu odbić czkawką.–Tak.Mnie albo komu innemu.Podrapał się po głowie w taki sam sposób, jak w swoim biurze.–Czasami – powiedział – wydaje mi się, że jest pan albo bardzo uczciwy, albo bardzo głupi.–Może jedno i drugie.Pokiwał powoli głową.–Może.– Otworzył drzwiczki i usiadł za kierownicą.Kiedy zamykałem za sobą drzwi domu, usłyszałem, jak odjeżdża.Nie chciało mi się specjalnie iść na bankiet do Morrisa, ale Judith nalegała.Kiedy jechaliśmy do Cambridge, zapytała:–O co w tym wszystkim chodziło?–W czym?–No, w tej sprawie z policją.–Chcieli mnie zmusić, żebym przestał interesować się śmiercią Karen Randall.– Najakiej podstawie?–J.D.złożył skargę, że nachodzę jego rodzinę.–Uzasadnioną?–Raczej tak.Opowiedziałem jej pokrótce o ludziach, z którymi tego dnia rozmawiałem.Kiedy skończyłem, orzekła:–Skomplikowana sprawa.–Co gorsza, obawiam się, że to dopiero wierzchołek góry lodowej.–Myślisz, że pani Randall kłamała na temat czeku na trzysta dolarów?–Możliwe – przyznałem.Jej pytanie dało mi do myślenia.Nagle zdałem sobie sprawę, że sprawy potoczyły się tak szybko, że nie miałem czasu zastanowić się nad informacjami, które zdołałem zebrać.Wiedziałem, że niektóre wypowiedzisą sprzeczne, a inne niejasne, jednak nie podjąłem jeszcze żadnej próby, żeby ułożyć to wszystko w logiczną całość.–Jak tam Betty? – Nienajlepiej.Wdzisiejszej gazecie był artykuł…–Tak? Nie widziałem.–Właściwie niewielka wzmianka.Aresztowanie lekarza pod zarzutem przeprowadzania aborcji.Nie podano żadnych szczegółów, oprócz nazwiska.Dostała kilka anonimowych telefonów.–Bardzo złych?–Dość paskudnych.Teraz ja odbieram.–Dobra dziewczyna.–Betty bardzo dzielnie to znosi, próbuje zachowywać się tak, jakby wszystko było normalnie.Nie wiem, czy to dobrze, bo niespecjalnie jej się to udaje.To po prostu nie jest normalna sytuacja i tyle.–Pójdziesz do niej jutro? – Tak.Zaparkowałem na cichej uliczce Cambridge, nieopodal Szpitala Miejskiego.Była to spokojna okolica zabudowana zadbanymi starymi domkami, przed którymi rosły klony.Właśnie kiedy wyłączyłem silnik, nadjechał Hammond na swoim motocyklu.Norton Francis Hammond III jest nadzieją medycyny.Na szczęście nie zdaje sobie z tego sprawy, inaczej byłby nie do zniesienia.Hammond pochodzi ze starej kupieckiej rodziny z San Francisco i wygląda jak chodząca reklama kalifornijskiego stylu życia – wysoki przystojny blondyn z brązową opalenizną.Jest świetnym lekarzem, drugi rok pracuje jako rezydent w Memorialu, gdzie ceni się go tak wysoko, że zwierzchnicyprzymykają oczy na jego sięgające prawie do ramion włosy i gęste, długie i podkręcone wąsy.W wypadku Hammonda i kilku innych młodych lekarzy najbardziej liczy się to, że przełamują schematy, nie buntując się przeciwko establishmentowi.Hammond nie stara się zniechęcić do siebie nikogo swoimi włosami, nawykami czy motocyklem.Po prostu nie obchodzi go, co myślą o nim inni.Ponieważ przyjmuje taką postawę, nikt nie może mu niczego zarzucić – w końcu zna się na medycynie.Chociaż więc starszych lekarzy drażni jego wygląd, nie mają podstaw do narzekań.Dzięki temu Hammond bez przeszkód robi swoje, a jako rezydent ma wpływ na stażystów i studentów.I dlatego wiąże się z nim tak duże nadzieje.Od drugiej wojny światowej medycyna przeszła wielką przemianę, która dokonała się w dwóch fazach.Po pierwsze, tuż po wojnie nastąpił ogromny postęp wiedzy połączony z wypracowaniem nowych technik i metod leczenia.Zaczęło się od wprowadzenia antybiotyków, potem zrozumiano znaczenie równowagi elektrolitów, budowy białek i funkcji genów [ Pobierz całość w formacie PDF ]