[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wyglądało to na jakiś rytuał, niemalże taniec.Po chwili podjęły przerwaną wędrówkę połączoną z karmieniem pisklęcia.Kiedy tylko Thorne ocenił, że niebezpieczeństwo minęło, zaczął się ostrożnie wycofywać przez gąszcz w kierunku ścieżki.Niespodziewanie w słuchawkach rozległ się głośny szept Arby' ego:-Doktorze Thorne, nie widzę pana.Doc nie chciał się odzywać, toteż tylko postukał palcem w mikrofon, dając do zrozumienia, że odebrał wiadomość.-W porządku -szepnął Arby.-Wydaje mi się, że wiem, gdzie jest doktor Levine.Bardziej na lewo od pana.Thorne jeszcze raz postukał w mikrofon i zawrócił.Zaczął szerokim łukiem okrążać gniazdo i już po chwili dostrzegł oparty o drzewo zardzewiały rower.N a jego ramie był wymalowany czarny napis: "Własn.Korp.InGen".Nie jest źle, pomyślał Arby, wpatrując się uważnie w ekran monitora.Zdążył się na tyle zapoznać z programem, że wyeliminował większość okien, pozostawiając jedynie cztery obrazy z wybranych kamer.Udało mu się w ten sposób pogodzić chęć obserwacji jak największego terenu z pragnieniem dostrzeżenia szczegółów każdego obrazu.Jeden z nich ukazywał widok z góry na polankę, pośrodku której znajdowało się gniazdo tyranozaurów.Zbliżało się południe i w jaskrawym świetle słonecznym doskonale była widoczna ulepiona z błota niecka oraz zdeptana trawa wokół niej.W gnieździe spoczywały cztery białe, delikatnie CętkowLle jaja wielkości piłki futbolowej.Wokół nich walało się sporo pokruszonych kawałków skorup, po których dreptały dwa małe dinozaury, z daleka przypominające nie opierzone, bezradne pisklęta.Podobnie jak ptaki kręciły łebkami i otwierały szeroko pyszczki, czekając na karmienie.Kelly także uważnie wpatrywała się w ekran.-Zobacz, jakie te małe są miluśkie -rzekła, a po chwili dodała: -Aż chciałoby się podejść i je pogłaskać.Arby nie odpowiedział.On wcale nie był przekonany, że miałby w ogóle ochotę zbliżyć się do tych potworków.Co prawda, dorosłe osobniki wydawały się w tej chwili całkowicie pochłonięte swoimi małymi, ale na nim ciągle robiły jakieś dziwne wrażenie, którego nawet nie potrafił precyzyjnie określić.Został wychowany w duchu ścisłego przestrzegania pewnych reguł, organizacji swojego czasu i dbania o porządek.Nawet podczas pracy z komputerem starannie rozmieszczał okna na ekranie, żeby uniknąć kłopotów.Dlatego też cała ta wyspa jawiła mu się jako pełne niespodzianek siedlisko chaosu.Nie wiedział, czego należy się tu spodziewać, i z tego powodu odczuwał niepokój.Natomiast Kelly nie ukrywała swego podniecenia.Zachwycała się tyranozaurami, podziwiała ich rozmiary, wychwalała ostre zęby.Sprawiała wrażenie zauroczonej, nie okazywała nawet cienia strachu.Arby czuł się nieswojo, wysłuchując jej uwag.-A niby skąd możesz wiedzieć, gdzie jest teraz doktorLevine?Chłopak wskazał jej gęstwinę dżungli okalającej polankę.-Spójrz tutaj.-Widzę.No i co?-Przyjrzyj się uważnie, Kel.Obraz przesunął się odrobinę, jakby kamera została delikatnie obrócona w lewo, zaraz jednak wróciła do poprzedniej pozycji.-Teraz widziałaś?-To o niczym nie świadczy.Może wiatr kołysze gałęzią, do której jest przymocowana kamera.-Niemożliwe, Kel -Arby energicznie pokręcił głową.-To Levine musi tam siedzieć i ją naprowadzać.-Aha.-Dziewczyna przybliżała twarz do ekranu i po chwili rzekła: -Może i masz rację.Chłopak uśmiechnął się szeroko, pamiętając, że Kelly nigdy nie chce przyznać wprost, iż jego spostrzeżenia okazały się słuszne.-Jestem tego pewien.-Tylko co doktor Levine robiłby tak wysoko na drzewie?-Chyba wdrapał się właśnie po to, żeby ustawić kamerę.Przez chwilę panowało milczenie.Z głośnika radia dolatywał cichy oddech Thorne'a.-Nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie i my wyjdziemy na zewnątrz -rzuciła w końcu Kelly.-Ja też -odparł Arby, chociaż w gruncie rzeczy wcale się do tego nie palił.Wyjrzał przez okno furgonu, dostrzegłszy wyjeżdżającego zza rogu hali explorera.Poczuł wielką radość, że Eddie oraz Malcolm zaraz znajdą się razem z nimi w samochodzie.Thorne dotarł do drzewa i spojrzał w górę.Przez gąszcz listowia nie widział Levine'a, domyślał się jednak, że tamten musi być gdzieś na gałęzi, dolatywały stamtąd bowiem szelesty, które jemu wydawały się niepokojące.Co chwila zerkał nerwowo przez ramię w kierunku polanki, zakrytej przed jego wzrokiem przez liście paproci.Lecz dolatywało stamtąd spokojne, jednostajne pomrukiwanie.Czekał cierpliwie, ale w głowie kołatało mu pytanie: Co on może robić na drzewie, do cholery? Ponownie doleciał z góry szelest listowia i na chwilę zapadła cisza.Później stęknięcie i znowu szelest.Nagle rozległo się głośne:-Jasna cholera!Nastąpił trzask łamanej gałęzi i stłumiony okrzyk bólu, po czym Levine runął z hukiem na ziemię tuż obok pnia.Wylądował na plecach, lecz szybko się przekręcił, dźwignął na kolana i wstał, masując stłuczone ramię.-Niech to szlag! -warknąl.Miał na sobie zabłocony kombinezon w kolorze khaki, w paru miejscach rozerwany.Nawet na twarzy pokrytej trzydniowym zarostem widniały czarne zacieki z błota.Obejrzał się szybko na Thorne'a, kiedy ten wyszedł zza drzewa, i powitał go szerokim uśmiechem.-Prędzej spodziewałbym się ujrzeć ducha niż ciebie, Doc -rzekł.-Ale zjawiłeś się w samą porę.Thorne wyciągnął rękę, lecz nie zdążyli sobie uścisnąć dłoni.Na polance za ich plecami rozległ się ogłuszający ryk tyranozaura.-Och, nie! -krzyknęła Kelly, obserwując na monitorze, jak zaniepokojone drapieżniki zaczynają szybciej krążyć wokół gniazda i porykują wściekle, rozglądając się na boki.-Doktorze Thorne! Co się stało? -zawołał Arby do mikrofonu [ Pobierz całość w formacie PDF ]