[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– Oj, łżesz, panie – odezwał się dziad.– I uciekać dwakroć chciał – opowiadał Świrski.– No, dziadu, nareszcie koniec twoich męk, wielka twoja godzina nastała, będziesz miał słuchacza wdzięcznego.Śpiewaj.– O czym?– Wiesz przecież, o czym.– Świrski klepnął dziada po plecach.– Coś na leskim jarmarku wyśpiewywał.– O tym, jak hołota pana Saływona zabili? – pytał dziad Telesfor.– Nie, nie o tym.– O malarzu, co babom stare zadki na młode przemalowywał?– Nie, nie.Tamto śpiewaj.– Aha, tamto – domyślił się nareszcie dziad.– To dajcie gardło przepłukać, wielmożny panie.Świrski nalał mu miodu.– Pij – powiedział – ale nie za dużo.Bo wiesz, atamanie, jak on się upije, to język mu kołowacieje i słów nie można zrozumieć.– Znowu łżesz, wielmożny panie – powiedział surowo dziad i obtarł usta.Siadłszy na ławie z teorbanem na kolanach, uderzył w struny.I od razu przeniósł się Tomasz myślą do tych czasów, kiedy bywał na jarmarkach.Rwetes, kwik, rżenie, dziad ślepy siedzi na zydelku i struny trąca, i pieśń śpiewa, a on w tłumie gapiów stoi, słucha z gębą rozdziawioną, policzki mu pałają, oddech ma przyśpieszony i zaklina w duchu: jeszcze, jeszcze, niech się pieśń nigdy nie skończy, niech po niej zacznie się druga, trzecia.Oj, nie skąpcie dymki i grosza nie skąpcie, dziad pieśń zaśpiewa o zbrodni tajemnej.Dużo pieśni skowytnych o zdradzie ułożono, ale takiej nie znają i najstarsi ludzie.Oj, nasępiły się chmury czarne nad naszymi głowami, oj, płaczą teorbany w całej okolicy.Oj, był pan srogi i pyszny w sanockim powiecie, a znaleźli jego w błocku, z głową rozbitą.Tomasz zataił oddech.Więc o tym.Więc jednak.Zaraz to usłyszę, zaraz mi zbrodniarza wyjawi.Oj, nie skąpcie dymki i grosza nie skąpcie, kiedy dziad wam pieśń śpiewa o zbrodni tajemnej.Oj, znaleźli jego w błocku, z głową rozbitą, sto kamieni w głowie tkwiło, a w plecach nóż jeden.Ale kto? kto to uczynił – niecierpliwił się Tomasz.Sto kamieni w głowie tkwiło, a w plecach nóż jeden, a jak do tego przyszło, pieśń niech wam opowie.– Nalej mi – powiedział ochrypłym głosem Tomasz.Świrski przyskoczył.– Pij, atamanie – szepnął.– Na zdrowie.Dobre znalezisko, co?Tomasz wypił.– Śpiewaj! – rozkazał dziadowi.Tłum napiera.Dziad śpiewa.Policzki pałają.Goreję z niecierpliwości.Oj, nie skąpcie dymki i grosza nie skąpcie… Tato, tato, rzućcie mu grosz.O czymże on śpiewa?O zbrodni? Nie, o przyjaźni.Pokochali się oni dwa w tureckiej niewoli i nie znali sobie bliższych, gdy do dom wrócili.Nie masz ziemi, mój druhu, ani kmieci własnych, rządżże u mnie, przyjacielu, jak na swoim własnym.Dam ci lasy, dam ci stawy i skrzynię z pieniędzmi, a ty pilnuj, druhu wierny, by nie było nędzy.Oj, pilnował ten druh wierny i na wszystko baczył, lecz dukatów przybywało nie do pańskiej skrzyni.WBolatynie karty, kości, daj dukaty, druhu; bierz dukaty, bierz talary, jeno podpisz skrypty.Nie minęło i lat pięciu, a pan którejś nocy: „pokaż skrypty, wierny druhu”, rzecze do kompana.W Bolatynie czarne chmury, wielka złość na zamku, straciłmienie pan Bełzecki, druh mu wierny zabrał.Oj, nie pisnął pan Bełzecki, ani słowa złego, jeno posłał do Italii po groźnego zbójcę.Oj, przyjechał groźny zbójca, infamis piekielny, szablą błysnął, okiem błysnął i wysłuchał pana.„Infamisie z piekła rodem”, rzecze pan Bełzecki, „bądź ty ze mną, bądź ty przy mnie, bo się druha boję.Zabrał druh mnie majętności, zdradą mi je wydarł, mogę zmilczeć, lecz on równie życie wydrzeć może”.W Bolatynie chytrość mieszka, lis tam orła wezwał, razem knują, zemstę marzą w sposobniejszej porze.W Bolatynie pan Bełzecki rzecze tak do orła: „Infamisie z piekła rodem, słuchaj, co ci powiem.Tam za rzeczką, pod jabłonią dziewka kądziel przędzie, idź tam, chłopcze urodziwy, okiem swoim wyśnij.Dziewka gładka, dziewka harna, druh mój ją miłuje; gdy ty w sobie ją rozkochasz, druh mój z żalu zemrze.Albo wyzwie cię na rękę, ty go mieczem trafisz, głowę zetniesz, mnie pokażesz, ja z żalu zapłaczę.Oj, zapłaczę z żalu, druhu, nad naszą przyjaźnią, oj zagarnę moje sioła i dziewkę znad rzeczki”.Krąży orzeł nad wzgórzem, szedł infamis do rzeczki, orzeł przysiadł na chmurze, a infamis u rzeczki.Jak potoczył spojrzeniem, ona dziewka pobladła, a jak błysnąłzębami, ona dziewka struchlała.„Odejdź”, rzecze nieszczęsna, „bo ja twoja nie będę, inny ze mną dziś lega, co mi panem i mężem.On mi panem i mężem, on krosnami obdarzył, w Bolatynie na zamku druha swego tam ma”.Krąży orzeł nad wzgórzem, zgrzytnął zębem infamis: będziesz moja, prząśniczko, choćbym głowę dać miał.Oj, nie skąpcie mi dymki i grosza nie skąpcie, dziad zaśpiewa pieśniczkę o zdradzie i zbrodni.Jedzie poczet, jedzie, jedzie konny-zbrojny, infamis na przedzie smutny, zamyślony.Krąży orzeł, krąży, nad zbrojną watahą, szczęśliwy kochanku, nie wiesz, co cię czeka.Jedziesz sobie, jedziesz, infamis u boku, a sęp w górze krąży wypatrując trupa.Nie śpi pan Bełzecki w bolatyńskim zamku, czeka, aż druh wierny umrze śmiercią nagłą.Wypatruje z okna, wypatruje z wieży, czy od infamisa goniec z wieścią bieży.Byłdruh dumny, śmiały, oj, był urodziwy, znaleziono go na błocku zgoła nieżywego.Sto kamieni w twarzy tkwiło, jeden kindżał w plecach, oj, zapłakał pan Bełzecki po stracie tak ciężkiej.Zapłakała dziewka-prządka: czyja teraz będę? Zasępiony szedł infamis do swojego pana.Jam nie widział, jam nie słyszał, jeno pieśń powtarzam, nie żałujcie, ludzie, grosza dla teorbanisty.Dziad umilkł.Jeszcze, jeszcze, prosiło dziecko.Dziad odchrząknął.– Mogę teraz o tym malarzu…Świrski podał mu szklanicę.– Napijcie się, dziadku, boście zasłużyli.Foremna pieśń, nieprawdaż, wasza miłość? Rytmy przemienne, a ja to sobie cenię, bo przy innych zasypiam.– To już wszystko? – spytał Tomasz.– Wszystko.– Pieśń nie ujawnia mordercy – zauważył Tomasz.– A dziad wie?– Nic w tej materii nie mogłem z niego wydusić.Dziadek odstawiwszy opróżnioną szklanicę powiedział: – Chodził z wiadrem i pędzlem i stare zadki na całkiem nowe przemalowywał.– Kto?– Malarz.Wielce ucieszna pieśniczka.Zaśpiewać?– Nie – powiedział Tomasz.– Słuchajcie, dziadku Telesforze, a kto zabił onego druha wiernego?– W pieśni tego nie ma.– A wy jak myślicie?– Zły los, panie.– Los? Z czego to wy tak?– Wszyscy na koniec smutni, wielmożny panie.– Może infamis? – spytał Tomasz.– A czemu się sumuje? – na to dziad Telesfor.– A czemu miałby się cieszyć? Morderstwo popełnić – żadna radość.– Dla infamisa z piekła rodem – radość – powiedział dziad.– Nieprzyjaciela usunął, co mu drogę do dziewki zagradzał.– A wy, dziadku, znacie tę dziewkę?– A bo to prawdziwa? – zdziwił się dziad.– Pan Bełzecki przecież prawdziwy.– Pan Bełzecki wielki pan, w zamku mieszka, a insze dla okrasy jedno.– Dziadku, to wyście tę pieśń ułożyli?– Po prawdzie nie ja, wybacz, wasza wielmożność.– A skąd ją znacie?– Po prawdzie… Ot, słyszałem na jarmarku w Tyczynie.Stałem cichutko między ludźmi i zapamiętywałem.Aż mnie tamten dziad rozpoznał i jak nie wrzaśnie, ludzi poduszczył, tak żem ledwie z życiem uszedł.– Któż to więc mógł złożyć? Tamten?– Ej, wielmożny panie, gdzież jemu do takich pieśni.To już ja lepszy.Pewnie jakiś żak, co się wierszami zabawia.Słyszałem ja tę pieśniczkę i w Zamościu, może tam się narodziła, w akademii.– A tyś, dziadku Telesforze, dobrze wszystko zapamiętał?– Gdzieniegdzie, wasza miłość, trzeba było swoje słowa dorobić, bo mi z głowy uciekło [ Pobierz całość w formacie PDF ]