[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Przy nieoznakowanych drzwiach przesunął kartę magnetyczną przez czytnik.Drzwi się otworzyły.Ethan wsiadł do małej windy, wsunął klucz do kontrolki, przekręcił.Pojedynczy przycisk zaczął migać.Wcisnął go, drzwi się zamknęły, grzechotanie działka zaczęło stopniowo cichnąć.Wziąwszy głęboki wdech, Ethan pomyślał o Theresie i Benie, a wtedy poczuł, jak dławi go strach.Drzwi windy się otwarły.Ethan wszedł do apartamentu Pilchera.Mijając kuchnię, usłyszał skwierczenie pieczonego mięsa.W powietrzu pachniało czosnkiem, cebulą, oliwą.Aberracje szalały, a kucharz Tim, jak gdyby nigdy nic, krzątał się przy kuchni, nakładał śniadanie dla swego szefa, ozdabiał porcelanowy talerz misternymi kropeczkami jasnoczerwonego sosu, który wyciskał z plastikowej torebki.W drodze do gabinetu Ethan sprawdził glocka i z zadowoleniem stwierdził, że Alan umieścił już nabój w lufie.Bez pukania pchnął drzwi i wszedł.Pilcher siedział na jednej ze skórzanych sof pod ścianą, naprzeciwko monitorów.Nogi oparł na stoliku do kawy z drewna akacjowego, w jednej dłoni trzymał pilota, w drugiej butelkę whisky.Ekrany z lewej strony pokazywały sceny z Wayward Pines.Te po prawej – zapis z kamer monitorujących wnętrze superstruktury.Ethan podszedł do sofy i usiadł obok Pilchera.Bez trudu mógłby skręcić mu kark.Zakatować go.Udusić.Powstrzymywała go jedynie myśl, że zadanie śmierci temu człowiekowi należało przede wszystkim do mieszkańców Wayward Pines.Nie mógł im tego skraść.Nie po tym, co Pilcher im zrobił.David odwrócił do Ethana twarz, na której wciąż widniały krwawe zadrapania.– Z kim się szarpałeś? – spytał Ethan.– Dziś rano musiałem odprawić Teda.Ethan się wzdrygnął.Od Pilchera cuchnęło gorzałą.W czarnym atłasowym szlafroku wyglądał, jakby wyciągnięto go ze śmietnika.Podał Ethanowi butelkę.– Nie, dzięki.Na jednym z ekranów Ethan ujrzał jasny rozbłysk działka, które kosiło aberracje.Na innym abiki z pękatymi brzuchami leniwie posilały się na Głównej trupami osób zabitych zeszłej nocy.– Wygląda na to, że to koniec – stwierdził Pilcher.– Kończysz się tylko ty.– Nie obwiniam cię – powiedział Pilcher.– Obwiniasz? Za co?– Za twoją zazdrość.– Komu niby zazdroszczę?– Mnie, rzecz jasna.Zazdrościsz mi tego, jak się czuję, siedząc za tym biurkiem.Tego, że… to wszystko stworzyłem.– Myślisz, że właśnie o to chodzi? Że chcę zająć twoje miejsce?– Wiem, że w głębi serca wierzysz, że chcesz przynieść ludziom prawdę i wolność, ale w istocie, mój Ethanie, nic na świecie nie może się równać z władzą.Władzą nad życiem i śmiercią.– Pilcher wskazał ręką na ekrany.– Władzą nad losem innych.Nad tym, by czynić ich lepszymi.Lub gorszymi.Jeśli kiedykolwiek istniał Bóg, chyba wiem, co musiał czuć.Ludzie domagali się odpowiedzi, których nigdy nie mogliby udźwignąć.Nienawidzili go, jednocześnie rozkoszując się bezpieczeństwem, jakie im zapewniał.Chyba w końcu zrozumiałem, czemu Bóg porzucił świat i pozwolił, by ten sam się zniszczył.– Pilcher się uśmiechnął.– Ty też kiedyś to zrozumiesz, Ethanie.Wystarczy, że trochę posiedzisz za tym biurkiem.Pojmiesz, że ludzie w dolinie nie są podobni do ciebie i do mnie.Nie udźwigną tego, co powiedziałeś im zeszłej nocy.Sam zobaczysz.– Może tak, może nie.W każdym razie zasługiwali na to, by poznać prawdę.– Nie twierdzę, że to było idealne.Ani choćby sprawiedliwe.Ale zanim się pojawiłeś, Ethanie, funkcjonowało.Ochraniałem tych ludzi, a oni wiedli najnormalniejsze życie, na jakie mogli liczyć.Dałem im piękne miasto i możliwość uwierzenia, że wszystko jest w porządku.– Pilcher napił się prosto z butelki.– Twój fatalny błąd, Ethanie, polega na tym, że żyjesz w złudnym przeświadczeniu, iż ludzie są podobni do ciebie.Że mają twoją odwagę, siłę woli, są nieustraszeni.Ty i ja jesteśmy wyjątkami, ulepionymi z tej samej gliny.Nawet moi ludzie we wnętrzu góry zmagają się z lękiem.Ale nie ty i ja.My znamy prawdę.Nie boimy się spojrzeć jej w oczy [ Pobierz całość w formacie PDF ]