[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.I tu właśnie będą potrzebne twoje umiejętności łucznika.Zabij dla mnie tę księżycową elfkę, a będziesz mógł iść, gdzie tylko chcesz - zakończył ponuro Bunlap.Strzelec przytaknął, ale tak naprawdę nie bardzo wierzył w zapewnienia dowódcy.Nie potrafił też wykrzesać w sobie ani krzty entuzjazmu dla nadchodzącej bitwy.Mając już okazję spotkać się z elfami i tą harfiarską dziewczyną, nie miał ochoty robić tego więcej.Nie było dotąd takiej nocy, by nie przeżywał na nowo ognistego ataku elfki i nie budził się przerażony i zlany potem, śniąc o wrogach, których nie mógł dotknąć ani zobaczyć, a którzy wciąż go otaczali.Jaki jednak miał wybór? Vhenlar spodziewał się, że będzie zmuszony walczyć z dzikimi elfami aż do chwili, gdy albo zwariuje, albo zostanie zabity.Bunlap go nie wypuści, nim nie zaspokoi swojej żądzy zemsty.A wszystko wskazywało na to, że nie ma szans, by stało się to łatwo.czy szybko.* * *Kilka dni po święcie śródlecia, Arilyn spacerowała sama w lesie.Klucz do siedzib lythari, drewnianą piszczałkę, która brzmiała podobnie jak zawołanie tych elfów, trzymała zaciśniętą w dłoni.To, co zamierzała zrobić, nie było łatwe, ale nie miała wyboru.Półelfka odeszła tak daleko w las, jak tylko miała odwagę.Nawet teraz łatwo traciła orientację w magicznej strefie, otaczającej Wysokie Drzewa.Podniosła do ust drewniany gwizdek, dobywając z niego przeciągły, żałosny dźwięk, który odbił się echem od drzew.Wybrawszy sobie przewrócone drzewo, usiadła na nim i czekała.Arilyn nie była pewna, czy Ganamede nawet odpowie na to wezwanie.Młody lythari był zaskoczony, nawet dotknięty, jej wyraźnym brakiem zrozumienia dla zaszczytu, jaki spotkał ją, gdy miała okazję zobaczyć siedzibę zmiennokształtnych elfów.Nie mogła wówczas mu wyjaśnić, że tak naprawdę nie zamierza go prosić, by namawiał miłujące pokój lythari do walki u boku zielonych elfów.Sugerując to Rhothomirowi, chciała zyskać na czasie i zapewnić bezpieczeństwo Ganamede.Ale jak mogła to wytłumaczyć, skoro teraz naprawdę musiała prosić o pomoc?- Arilyn.Półelfka odwróciła się w kierunku cichego głosu i znalazła się oko w oko ze srebrnowłosym lythari.- W Wysokich Drzewach słyszałam dziwną historię - zaczęła bez wstępu.- Zielone elfy opowiadają o wojowniku, który ocalił ich plemię kilkaset lat wcześniej.Okazało się, że ta osoba była jednym z moich przodków, Zoastrią.Oni nazywają ją Soora Thea.Powiadają, że dowodziła też srebrnymi cieniami.Czy to prawda, że twój lud sprzymierzył się kiedyś z leśnymi plemionami?- Raz i to bardzo dawno temu - zgodził się niechętnie Ganamede.- Ale zło, które przyszło w tamtych odległych czasach do lasu, było ogromne i zagrażało samej jego istocie.Nieumarłe ohydy, stwory z mrocznego planu i plemię orków, które dla nich walczyło tylko po to, by zakosztować krwi elfów.Te istoty były jak wrzód na ciele tej ziemi, więc lythari walczyły, nim wróg nie został pokonany.- Ludzie, z którymi teraz mamy do czynienia również nie są mili - zauważyła Arilyn.- Nawet, jeśli, to ludzie są inteligentną rasą i jest wśród nich wiele dobra.Od czasu do czasu lythari atakują kogoś - na przykład człowieka, który zszedł na złą drogę, czy nawet elfa.Ale walczyć z wieloma ludźmi? Skąd możemy być pewni, że wśród tych, którzy zginą, nie będzie nikogo dobrego?- Czasem taka pewność jest niemożliwa - przyznała Arilyn.- Zdarza się, że miewam żal do mojego miecza, że ocenia tych, z którymi walczę, ale generalnie dobrze jest wiedzieć, że dzięki jego magii nie zabiję niewinnego.Większość wojowników nie ma takiego ułatwienia.- Jeśli nie będziecie walczyć - dodała w przypływie natchnienia - może zgodzilibyście się poprowadzić zwiad? Z pewnością w lesie jest wiele „drzwi do bramy”.Moglibyście zakraść się niepostrzeżenie i donieść nam, z jakimi siłami będziemy walczyć.Lythari zastanowił się nad propozycją.- Będzie, jak mówisz.Tak, zrobię to i powiadomię was o zagrożeniach.To niewiele, ale może pomóc.Arilyn uśmiechnęła się i położyła dłoń na futrzastym ramieniu przyjaciela.- To całkiem sporo i znacznie więcej, niż chciałabym cię prosić.- Wiem - odparł miękko Ganamede.- Przez chwilę wątpiłem w ciebie.Ale ty, podobnie jak my, chodzisz pomiędzy światami.To nie jest łatwa rzecz i czasem inni, którzy patrzą na to tylko z jednej perspektywy, nie rozumieją jej zupełnie.- Czasem nawet ja sama nie rozumiem - przyznała Arilyn.Wilczy elf położył pysk na jej ramieniu w rzadkim geście czułości.- Kiedyś zrozumiesz, a gdy to się stanie, zabiorę cię tam, gdzie będziesz musiała się udać.W następnej chwili go nie było.Zniknął, umykając między drzewa w przedziwnie cichy sposób.Arilyn chwilę tylko rozmyślała nad jego zaskakującymi słowami, potem poświęciła się bardziej praktycznym i pilniejszym sprawom.Pomimo tego, co powiedziała, to, co Ganamede zaproponował, nie było w żadnym razie wystarczające.Zwiad był potrzebny, to jasne, ale było mało prawdopodobne, by bez srebrnych cieni elfy odważyły się wyjść poza granice lasu.A jeśli tego nie zrobią i jeśli nie wygrają, Bunlap i jego ludzie nie przestaną ich atakować i dręczyć.Dla Arilyn było jasne, że oryginalny plan Harfiarzy, by doprowadzić do kompromisu, nie wchodził w grę.Mówiąc krótko, zastanawiała się, co pomyślałby sobie Khelben Aransun, gdyby wiedział, że zachęcał ją do porozumienia z byłym żołnierzem Zhentarimów.Tego dowiedziała się o Bunlapie, gdy badała uzbrojenie fortecy.Zhentarimowie oddawali cześć złym bogom i zajmowali się własnym zyskiem, ale często okazywali szczególną wrogość wobec elfów.Arilyn wiedziała wystarczająco dużo o Bunlapie i ludziach jego pokroju, by rozumieć, że ta wojna nie była wynikiem nieporozumienia, ani też napastnicy nie kierowali się wyłącznie zyskiem.To była zemsta.I zbierała ponure żniwo.Przed jej przybyciem do lasu, Wysokie Drzewa były kwitnącą osadą.Teraz plemię liczyło mniej niż stu członków.Być może nadszedł czas, by pokazać zaproszenie Odejścia na Evermeet, podpisane przez królową Amlaruil.Arilyn wątpiła, by elfy z Tethiru to zaakceptowały, a po śródleciu była tego prawie pewna.Były związane z tą ziemią, zakorzenione tak głęboko, jak najstarsze drzewa.Pomimo to, powinna im przedstawić alternatywę.Nic więcej nie mogła dla nich zrobić.Było ich zbyt mało, by walczyły same.A może nie? Wysokie Drzewa były jedną osadą, jej mieszkańcy jednym klanem z jednego plemienia.Las Tethir był rozległy, a elfy z Elmanesse były stosunkowo świeżymi przybyszami [ Pobierz całość w formacie PDF ]