[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Paluch przemówił pierwszy, szeptem.— Całą noc się krzątałem — rzekł.— Dniem nie mogę się zbytnio ruszać, boby się ludzie zanadto dziwili.Ale na moją duszę, Kent, nocy nie zmarnowałem! Zrobiłem dobre dziesięć mil pieszo.Sprawa posuwa się naprzód.Posuwa się, o tak.— A Ponte, Kinco i Mooie? — spytał Kent bez tchu.— Pracują, jakby się paliło — szeptał Paluch z przejęciem.— To zresztą jedyny sposób.Przewertowałem wszystkie swoje akta, Kent — nie masz prawa, które by cię mogło ocalić.Czytałem twoje zeznanie i szczerze mówiąc, wątpię nawet, byś się więzieniem wykręcił.Masz już po prostu stryczek na szyi.Powiesiliby cię, ani chybi.Musimy więc cię wydobyć w sposób nielegalny.Mówiłem z Kedsty'm.Wydał już odpowiednie zarządzenia.Mają cię odstawić do Edmonton od jutra za dwa tygodnie.Czasu nie za wiele, ale starczy.W ciągu trzech dni następnych Paluch odwiedzał Kenta każdego popołudnia, sam zaś wyglądał coraz lepiej i zdrowiej.Jakiś potężny bodziec urabiał bezkształtną masę jego ciała, uwydatniając mięśnie i kości, kasując zbędny tłuszcz.Drugiego dnia oświadczył Kentowi, że znalazł już sposób odpowiedni i gdy godzina wybije, wszystko pójdzie gładko, na razie jednak woli zachować plan w tajemnicy, a zdradzi go dopiero w ostatniej chwili.Więzień musi ufać i być cierpliwy.To było wskazaniem naczelnym, zasadniczym warunkiem powodzenia.Ufać do końca, cokolwiek by zaszło.Paluch podkreślił tę okoliczność parokrotnie.Trzeciego dnia zachowanie pokątnego doradcy zdziwiło Kenta.Paluch był niespokojny, zdenerwowany, coś tam bąkał niewyraźnie, lecz wreszcie oświadczył, że plan swój wyjawi dopiero jutro.Zabawił w celi krótko, pięć do dziesięciu minut, wychodząc zaś niezwykle silnie uścisnął dłoń Kenta.Po wyjściu Palucha Kent doznał przykrego uczucia niepokoju.Niecierpliwie oczekiwał następnego dnia.Wreszcie minęła noc, nadszedł ranek i Kent skupił całą uwagę na nasłuchiwaniu znanego odgłosu kroków.Ale minęło wlokące się nieznośnie popołudnie, upłynął rozpaczliwie długi wieczór, nadeszła noc, a Paluch się nie pojawiał Kent położył się na pryczy, jednak ledwo się trochę zdrzemnął.Dochodziło znów południe, gdy przyszedł ojciec Layonne.Kent nagryzmolił parę słów do Palucha i poprosił misjonarza o doręczenie notatki pod właściwym adresem.Kończył właśnie jeść obiad, gdy misjonarz wrócił.Wyraz jego twarzy upewnił Kenta, że przynosi wiadomości jak najgorsze.— Paluch jest.zaprzańcem — rzekł, zaś po drganiu warg należało sądzić, iż ciśnie mu się na usta słowo znacznie gorsze.— Siedzi znów przed domem zaspany i twierdzi, że po długim namyśle doszedł do przekonania, iż nic dla ciebie uczynić nie może.Przeczytał twoją kartkę i zaraz ją spalił za pomocą zapałki.Prosił, aby ci powiedzieć, że pierwotny plan uznał za zbyt dla siebie ryzykowny.Prosił także powiedzieć, że więcej do ciebie nie przyjdzie.Poza tym.Poza tym.Misjonarz nerwowo zacierał ręce, aż chrzęściła twarda, spracowana skóra.— Co dalej ? — spytał Kent głosem lekko ochrypłym.— Porozumiał się przez posłańca z inspektorem Kedsty'm — kończył ojciec Layonne.— Kazał mu powiedzieć, że nie widzi dla ciebie ratunku i że się obrony nie podejmuje, gdyż uważa to za daremny wysiłek, Jimmy.Ojciec Layonne wyciągnął dłoń muskając łagodnie ramię Kenta.Więzień był biały jak płótno.Odwrócony ku oknu, długą chwilę spoglądał w dal nic nie widząc.Potem nerwowo napisał parę słów na skrawku papieru i notatkę tę wręczył ponownie misjonarzowi.— Proszę mu to jeszcze zanieść — wyjąkał.Ojciec Layonne wrócił z odpowiedzią dopiero pod wieczór.Paluch nie pofatygował się odpisać.To, co myślał, przekazał ustnie.Nie widzi dla Kenta możności ratunku.Wszelkie staranią są bezcelowe.Bardzo żałuje, ale nic innego nie wymyśli.Prosi, by Kent więcej do niego nie pisał.Zdania stanowczo nie zmieni.Kartkę Kenta potraktował tak jak poprzednio: spalił papier zapałką.Kent jeszcze nie mógł uwierzyć.Resztę dnia spędził usiłując przeniknąć logikę Palucha, ale nic nie mógł zrozumieć.Skąd ta nagła zmiana? Chyba że prawdą jest, co pokątny doradca wyznał ojcu Layonne.Strach tłuściocha obleciał.Bojowy człowiek ustąpił przed miłującym spokój wygodnisiem.Piątego dnia Kent wstał z pryczy pieszcząc w sercu resztki złudzeń.Lecz minął ten dzień, minął następny, a zgodnie z relacją misjonarza Paluch siedział wciąż w progu domostwa, nie myty, nie czesany, słowem, po dawnemu Brudny Paluch.Siódmego dnia nadzieje Kenta runęły ostatecznie.Kedsty zmienił zamiar co do dalszych losów więźnia.Nazajutrz rano już Pelly wraz z drugim policjantem mieli konwojować Kenta do Edmonton.Na wieść o powyższym zarządzeniu Kent doznał dziwnego wrażania.Czuł po prostu, jak się starzeje, a lata przeżyte przytłaczają mu barki.Myśl nawet uległa wyraźnej awarii.Wyobraził sobie, iż w grę wkracza fatalizm.Siły zawiodły go przy pierwszej próbie ucieczki.Potem zawiódł Paluch.Zawiodło wszystko.Po raz pierwszy, odkąd podjął nierówną walkę, Kent zaczął kląć.Równowaga duchowa i optymizm mają także swoje granice.Kent przekroczył granice wytrzymałości.Popołudnie owego siódmego dnia było przygnębiająco pochmurne.Rosił rzęsisty deszcz, gęstniejący w miarę zbliżania się mroku.Kent spożył kolację przy świetle lampki więziennej.O ósmej na zewnątrz nastała zupełna noc.W nieprzeniknionej czerni dudnił czasem grzmot lub rozświetlała niebo krwawa błyskawica.Ulewa bębniła po dachu uporczywie i monotonnie.Kent trzymał właśnie w dłoni zegarek — było kwadrans na dziesiątą — gdy usłyszał szczęk otwieranych i zamykanych drzwi głównych.Od kolacji zamykały się już i otwierały ze dwadzieścia razy i nigdy na to nie zwracał uwagi, teraz wszakże skrzypieniu zawiasów towarzyszył głos, na dźwięk którego Kent podskoczył jak rażony igłą elektryczną.Po chwili zadźwięczał śmiech, śmiech kobiecy!.Kent zerwał się z tapczana.Teraz zamknęły się drzwi biura i nastała cisza.Zegarek w dłoni Kenta dziwnie głośno odliczał sekundy.Kent wetknął go do kieszeni, półprzytomnie wlepiając oczy w przestrzeń.Drzwi biura otwarły się znowu.Sądząc z dźwięków pozostały już otwarte [ Pobierz całość w formacie PDF ]