[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Jak ich znam, to powinien być jeszcze ktoś trzeci; na razie go nie zidentyfikowałem.Burton-Angus zbladł jak ściana.–To niemożliwe – szepnął.– Wcale nas nie śledzą… Shaw okazał swój bilet,dziewczynie stojącej przy wejściu do rękawa.Potem znowu obrócił twarz w stronęporucznika.–Mam wrażenie, że i Brytyjczycy niewiele ukrywają przed Amerykanami -powiedział najbardziej sardonicznym tonem, na jaki mógł się zdobyć.Burton-Angus wyglądał jak człowiek, który tonie w bagnie.Shaw rozparł się wygodnie w fotelu.Poczuł, że ma ochotę na szampana.Stewardesa przyniosła dwie butelki i plastikowe kubki.Spojrzał na etykietki: California.To, o czym marzył, to był raczej bardzo wytrawny Taittinger.Perliste kalifornijskie w plastikowych kubkach, pomyślał z niesmakiem; kiedyż ci Amerykanie nabiorą ogłady? Ale już po pierwszej buteleczce jego umysł rozjaśnił się na tyle, że mógł dokonać przeglądu sytuacji.Tak jak przewidywał brygadier Simms, CIA wzięła go pod dyskretny nadzór, zaledwie wsiadł do samolotu w Londynie.Nie przejmował się tym.Właściwie wolał nawet otwartą rozgrywkę, zamiast udawania, że jest nikim.Odczuwał przyjemne podniecenie na myśl, że znów będzie robił to, w czym był kiedyś taki dobry.Jego zmysł gończy wciąż działał: może odrobinę wolniej, ale nadal ostro i precyzyjnie.Rozdział 17Obskurna stacja benzynowa, pamiętająca czasy drugiej wojny światowej, znajdowała się na peryferiach Ottawy.Prosta stalowa konstrukcja osłaniała wysepkę z trzema dystrybutorami, poobijanymi i odrapanymi.W sklepiku, na półkach między puszkami oleju leżały wyschnięte muchy; przez brudne szyby ledwie było widać wyblakłe plakaty, reklamujące jakąś dawno zapomnianą wyprzedaż opon.Henn Yillon skręcił z szosy na podjazd i zatrzymał mercedesa przy dystrybutorze.Spod samochodu stojącego na kanale naprawczym wynurzył się pracownik stacji, w kombinezonie poplamionym smarami, i podszedł, wycierając po drodze ręce w szmatę.–Co ma być? – spytał ze znudzoną miną.–Do pełna, proszę – odparł Yillon.Pracownik spojrzał uważnie na parę starszych ludzi, siedzących na ławce na pobliskim przystanku autobusowym, i oświadczył głośno, tak że musieli go słyszeć:–Tylko dwadzieścia litrów; wie pan przecież, że obowiązują ograniczenia.Villon nie protestował.Tamten uruchomił pompę, obszedł samochód i pokazał palcem maskę silnika; Yillon pociągnął dźwignię zamka.–Powinien pan zmienić pasek klinowy – powiedział mechanik, zajrzawszy do środka.–Niech pan zobaczy, jaki popękany.Yillon wysiadł i schylił głowę nad silnikiem.Starał się mówić jak najciszej.–Zdajesz sobie sprawę, jakie są skutki twojego partactwa? Foss Gly wzruszył ramionami.–Co się stało, to się nie odstanie.Była zadymka i pierwsza rakieta po prostu nie trafiła.–Jak to: po prostu?! – wypalił Yillon.– Prawie pięćdziesiąt osób zginęło na darmo.A jeśli komisja odkryje przyczynę katastrofy, to parlament zrobi ostre śledztwo we wszystkich organizacjach, nawet u skautów.Prasa też podniesie straszny krzyk, jak się dowie, że zamordowano dwudziestu czołowych publicystów politycznych.I oczywiście pierwsze podejrzenia padną na Stowarzyszenie Wolnego Quebecu.–Nie ma żadnych śladów prowadzących do AQL.– Ton Gly'a był chłodny istanowczy.–Cholera! – Yillon z całej siły walnął pięścią w zderzak.– Żeby chociaż ten Sarveuxzginął.Rząd byłby w rozsypce i moglibyśmy już coś zrobić dla Quebecu.–I twoi kumple na Kremlu byliby zachwyceni.–Jeśli jeszcze raz zdarzy nam się taki niewypał, nie będę już mógł liczyć na ich pomoc.Gly wyciągnął rękę w stronę silnika, udając, że coś przy nim robi.–Po co właściwie zadajesz się z czerwonymi? Uważaj: wystarczy, że raz się imsprzedasz, i już nigdy cię nie wypuszczą z łap.–Gówno cię to obchodzi, ale powiem.Rząd prokomunistyczny to jedyna szansaniepodległości Quebecu.Gly nadal udawał, że dłubie w silniku.–Więc czego chcesz ode mnie? Yillon zastanawiał się przez chwilę.–Chodzi o to, żebyście nie wpadali w panikę, ty i twoi „specjaliści”.Nigdzie nie uciekajcie, nie zmieniajcie oficjalnego miejsca pracy [ Pobierz całość w formacie PDF ]