[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Sam Houston szedł wzdłuż stojących w szeregu żołnierzy.- Za Teksas! - powiedział.- Ruszajcie cicho naprzód z bliźniaczkami na flankach.Kiedy siostrzyczki zaśpiewają, uderzymy w sam środek.Houston patrzył na swoich żołnierzy.Była to zbieranina, ubrana w kurty z jeleniej skóry, przyozdobione frędzlami, w brudne kombinezony robocze, a kilku miało nawet stare mundury jeszcze z wojny o niepodległość.Ich uzbrojenie stanowiły własne strzelby na czarny proch, noże a nawet szable.Byli farmerami, ranczerami, poszukiwaczami złota i kowalami.Ale płonęli zapałem do walki o słuszną sprawę.- Za Teksas! - odkrzyknęli chórem żołnierze.- I niech każdy pamięta o Alamo - dodał Houston.Siostrzyczka z prawej strony zaśpiewała pierwsza.Sekundę później huknęła również jej bliźniaczka.Z głośnym krzykiem Teksańczycy rzucili się naprzód.Jeden z żołnierzy grał na flecie In the Bower.- Pamiętajcie o Alamo! Pamiętajcie o Goliad! - krzyczeli.Było wpół do czwartej po południu, kiedy pierwszy ładunek gwoździ rozszarpał dwa meksykańskie namioty na skraju pola bitwy.Działa strzelały, dopóki ich lufy nie rozgrzały się do czerwoności.Potem horda wrzeszczących Teksańczyków zaatakowała wzniesione naprędce przez Meksykanów barykady.Dym z czarnego prochu wypełnił powietrze, w jego oparach widać było błyski bagnetów i szabel.Zanim Meksykanie obudzili się z drzemki, zalał ich tłum zdeterminowanych Teksańczyków.Santa Anna, gdy tylko usłyszał pierwszy wystrzał armatni, wypadł z namiotu.Element zaskoczenia okazał się niezwykle istotny.Osiemnaście minut po oddaniu pierwszego strzału bitwa była skończona.Meksykanie mieli 630 zabitych, 208 rannych, a reszta trafiła do niewoli.Tego dnia zginęło dziewięciu Teksańczyków.Dwudziestu ośmiu innych, w tym Houston, zostało rannych.Santa Anna w San Jacinto zrzekł się wszelkich roszczeń do Teksasu.Stało się to w wielkiej mierze dzięki Bliźniaczym Siostrom.1865- Lemoniada czy whisky? - zapytał Rob Harris, właściciel Harris House.- Whisky, ale trochę nam brakuje pieniędzy - powiedział Graves.- Ile za butelkę?Harris wziął kanciastą szklaną butlę i przez kontuar podał ją Gravesowi.- Na mój rachunek, żołnierzu.- Jest pan prawdziwym dżentelmenem z Południa - powiedział Graves.- Mam kilka cynowych kubków - odparł Harris.- Usiądźcie na werandzie.Zazwyczaj jest tam chłodniej.Graves wziął kubki i wyszedł na werandę.Barnett leżał na górze, w swoim pokoju, powalony przez chorobę.Thomas, Pruitt i Taylor byli przy studni z pompą.Zmywali kurz z podróży.Dan drzemał w cieniu olchy.Graves nalał sobie whisky do cynowego kubka i usiadł w bujanym fotelu.Wypił łyk, patrząc na miasto i zaczął snuć plany.Harrisburg był tętniącym życiem miasteczkiem.Obok Harris House znajdowały się dwa inne hotele, kilka sklepów i tartak parowy.Nieco dalej był dworzec kolejowy z warsztatami i lokomotywownia.Razem wziąwszy, mieszkało tu kilkuset ludzi - niektórzy nastawieni przyjaźnie, inni nie.Gwizdek parowca przerwał ciszę.Graves odwrócił głowę.Widok ograniczały mu budynki, ale widział smugę dymu z komina.Patrzył, jak dym wędruje na północ, a potem na wschód.Shilok rozpoczynał żeglugę z Rozlewiska Braya, przy ujściu małego strumienia tuż przed hotelem.Płynął do Houston.Graves łyknął whisky.Oczu zaszły mu łzami, które otarł rękawem.Chudy pies tarzał się po ziemi przed hotelem.Na odgłos zbliżającego się wozu pies skoczył na cztery łapy i pobiegł ulicą Nueces.Słońce wisiało nisko, niebo pociemniało.Na wschodzie Graves dostrzegł pierwszą gwiazdę.- Henry, o czym tak rozmyślasz? - zapytał Pruitt, ocierając twarz bawełnianym ręcznikiem.- O siostrzyczkach.- Rozejrzałem się dokoła - powiedział Pruitt.- Na północ od stacji kolejowej, niedaleko Rozlewiska Braya, jest las.- Jak tam wygląda teren? - zapytał Graves.- Gęsto zarośnięty - stwierdził Pruitt - ale jest też dróżka, którą można przejechać wozem.Na taras wszedł Sol Thomas.Twarz miał świeżo ogoloną, co czyniło jego opuchliznę bardziej widoczną.- W miasteczku nie ma dentysty, ale kowal zgodził się mi pomóc - powiedział.- Odmówiłem.- Masz - Graves nalał mu kubek whisky.- To powinno pomóc.Thomas wziął kubek i wypił jego zawartość jednym haustem.- Jaki jest plan? - zapytał Jack Taylor.- Objaśnię wam - odparł Graves.Tuż po północy, przy słabym świetle księżyca, wymknęli się pojedynczo z hotelu i spotkali się w stajni.John Barnett zwlókł się z łóżka, ale nie wyglądał dobrze.Tylko on i Dan nie pili whisky.Było to widać.Dan wyglądał na wystraszonego, podczas gdy inni pełni byli animuszu.- Macie zapałki? - zapytał Graves.- Ja wziąłem - odparł Thomas.- I narzędzia.- Dopiero co byłem na stacji - odezwał się Taylor.- Jest spokojnie.- Godzinę temu szedłem tą ścieżką - powiedział Graves.- Na północ od stacji kolejowej nikogo nie ma - cała droga do Rozlewiska Braya jest bezpieczna.Szli przez miasto jak duchy.Dwie przecznice dalej skręcili na zachód.Przeszli obok kilku cichych domów.Skręcili na północ i dotarli wreszcie do stacji.Bliźniacze Siostry nadal spoczywały na lawetach pośród innych, większych armat, zrzuconych bezładnie na stos.W powietrzu pachniało prochem, smarami, rozmokłą ziemią.Graves patrzył przez chwilę na dwie słynne armaty, a potem odwrócił się do Thomasa.- Coś usłyszałem - powiedział.- Kryć się - rozkazał Graves.Przykucnęli przy peronie.Dwóch żołnierzy Unii szło wzdłuż torów.Po pijackiej nocy nie zwracali uwagi na otoczenie.Śpiewając irlandzkie piosenki, minęli stację, udając się do pobliskiego obozu.Gdyby zawrócili na południe, mogliby spostrzec ludzi kryjących się obok platformy.Graves poczekał, aż znikną z pola widzenia, a potem powiedział:- Niewiele brakowało.Wyciągnijmy armaty ze stosu i znikajmy stąd.W ciemnościach zaczęli gorączkowo ściągnąć działa z wagonów.A potem je przenieśli - Graves i Dan jedno, Pruitt, Thomas i Taylor drugie.Barnett pełnił rolę straży tylnej.Gdy przeszli już kilkaset metrów i znaleźli się wśród krzaków i drzew, zatrzymali się.Byli niedaleko rozlewiska.- Zbierz trochę gałęzi na rozpałkę - Graves rozkazał Danowi.Thomas wyjął zapałki z okrągłego metalowego pojemnika i zaczął układać gałązki i liście przyniesione przez Dana.John Barnett opierał się o drzewo, nie miał sił im pomagać.- Henry, drewno lawet jest suche - powiedział.- Nie da dużo dymu.Graves pokiwał głową.- Spokojnie, John.Sami się tym zajmiemy.Jack Taylor wziął jeden ze szpadli z wozu i kuśtykając, odszedł na bok.Nakłuwał ziemię, szukając miękkiego gruntu.Thomas połamał jeszcze kilka gałązek na mniejsze kawałki i zapalił zapałkę.Syknęła i zgasła.Wyciągnął nóż z kieszeni, zeskrobał siarkę z kilku zapałek i usypał z niej stosik na zeschłych liściach.Zapalił następną zapałkę i dotknął nią siarki na liściach.Buchnął płomień.Liście zajęły się ogniem.Henry Graves patrzył na księżyc w kwadrze.Przepłynęło kilka chmur, a potem niebo znów było czyste.- Goręcej niż w kowalskim piecu - powiedział.Whisky, którą wypili, przestawała działać, a wraz z nią ulatniała się odwaga [ Pobierz całość w formacie PDF ]