[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– Możemy pana podrzucić do centrum.Po co pan tu przyjechał? Czy to jest dla pana jakieś szczególne miejsce?Riks skinął głową.– Wydaje mi się, że zaczynam sobie coś przypominać.– Przypominać? Ma pan na myśli swoje spotkanie z Przybyszami?Na twarzy Ponto pojawiły się wypieki.– Właśnie.To miejsce coś mi przypomina.To było chyba tutaj.Tutaj ich spotkałem.– Kiedy? Kiedy to się stało?Riks pchnął z całej siły Ponto na Jitschina.Ten złapał doktora, stracił równowagę i obaj padli na ziemię.Skoczył ku nim i uderzył gramolącego się Jitschina w twarz.Sierżant upadł ciężko w śnieg, a wtedy Riks wyrwał mu z kabury pistolet.– Odwróć się.– Przeszukał Ponto, ale ten nie miał broni.Potem podszedł do samochodu i rozbił system kierujący pojazdu.– Odejdźcie stąd.Chcę zostać sam.Jitschin jęczał i trzymał się za krwawiący i puchnący nos.– Czy pan oszalał?! Napadł pan na policjanta! Pan rozumie, że to poważne przestępstwo?– Odejdźcie stąd.Poszedł w stronę mostka.– Jitschin, zatrzymajcie go.Nie wiadomo, co on chce zrobić!Sierżant wszedł na mostek.– Oddajcie broń.Ostrzegam was.Riks odwrócił się i wymierzył pistolet w nogi Jitschina.– Nie zrobisz tego!Jitschin posunął się dwa kroki do przodu i wtedy Riks strzelił.Policjant upadł.Nierówne deski mostka uginały się pod jego ciężarem.Słyszał za sobą oddalające się przekleństwa Ponto.Przycupnął przy jednym z drzew na wysepce.Widział stąd, jak Ponto wlecze Jitschina do samochodu, a potem biegnie truchtem w stronę miasta.Miał teraz dosyć czasu.Mróz szczypał w policzki, dobrał się szybko do jego stóp.Od zachodu zaczęło wiać.Zastanawiał się, czy naprawdę Ponto wierzył w to, że Riks spotkał się z istotami z innej planety i że odmieniły one jego świadomość.Zresztą, czy ma to rzeczywiście jakiekolwiek znaczenie? Ponto postępuje tak, jakby w to wierzył, a ja nigdy nie uzyskam wglądu w jego świat.Jest dla mnie całkowicie niedostępny, obcy.Tak jak świat każdego człowieka.Czasem kurtyna rozrywa się na krótką chwilę, oślepiające światło zalewa scenę i wydaje się nam, że nie jesteśmy samotni.A kiedy światło ludzkiej obecności przygasa, szukamy znów po omacku naszych starych i nowych bogów.Był teraz zawieszony pomiędzy dwoma światami, które wydały mu się nagle jednakowo nierzeczywiste.Ludzie w jego starym świecie, po popełnieniu wszelkich możliwych do popełnienia zbrodni, po stuleciach doskonalenia sztuki cynizmu i obojętności, wydawali się już całkowicie niezdolni do jakiejkolwiek wiary.Trzymali się kurczowo jutra, najbliższych godzin, najdrobniejszych przyjemności.Ale czy nie był to tylko pozór? Czy świat, w którym ciągle jeszcze przebywał, nie dowodził, że ta najstarsza potrzeba nigdy nie zanika, chociaż przyjmuje często dziwaczną i odrażającą postać? Zastanawiał się, dlaczego teraz jego świat wydał mu się równie nierzeczywisty jak ten tutaj.Przebywał tu krótko, reguły gry choćby dlatego musiały wydawać mu się niezrozumiałe – to było oczywiste.Ale jego świat? Dlaczego był tak niebezpiecznie nieważki? Dlatego, że zabrakło zewnętrznego arbitra, obserwatora, sędziego.Kiedy każdy jest sędzią we własnej sprawie, wszystko znika.Dobro i zło, prawda i fałsz, rzeczywistość i złuda mają tę samą wartość.Wszystko istnieje tylko ulotnie i pomyłkowo, ułomnie.A kiedy zabraknie i mnie samego, cały wszechświat dosłownie i namacalnie przestanie istnieć.Przez minutę jego umysł sycił się jeszcze jednym obrazem zbudowanym na takim przeciwieństwie: pomyłkowe i ulotne istnienie w świecie Centrum i niekończące się, wlokące w przerażającą, bezkresną dal wieczności istnienie w Oberschlesien.Może to drugie było rezultatem pierwszego? Perfidną karą piekielną? A jeśli tak, to kto był władcą tego piekła?Zamknięty w fantomacie umysł Czarnezkiego.Czy zmieniał się z czasem, choćby tak jak zmienia się powierzchnia śniedziejącego brązu? Czy usłyszałbym od niego za każdą wizytą to samo? Jak obraz twarzy Czarnezkiego wytwarzany przez fantomat był powiązany ze stanem jego umysłu? Nieubłagany kurz osiadający na przedmiotach dookoła, tydzień za tygodniem.Narastanie geologicznych warstw, senność, szarzejące wnętrza pudeł pomieszczeń, w których leży fantomat.Migające w obłąkanym, przyspieszonym ruchu postaci ludzi na zewnątrz i wzbierająca coraz bardziej, niezmożona potrzeba śmierci, dotkliwa jak parcie na pęcherz.Wiatr wzmógł się.Szosą nadjechało kilka pojazdów policyjnych.Sanitariusze wynieśli Jitschina z wozu i przenieśli do karetki.Ktoś krzyczał przez megafon.– Gonschewski! Wyjdź do nas z podniesionymi rękami! Jesteś otoczony!Obserwował mały wir powietrzny powstały na drugim końcu jeziora.Program przenoszący zlokalizował go już i pogięty lejek śnieżnego pyłu, zwiększając się z każdym metrem przebytej drogi, sunął ku wysepce.– Wychodzę! – wrzasnął.– Poddaję się!Wyszedł na skraj wysepki i pokazał im puste dłonie, a potem wolno poszedł ku nim, zerkając kątem oka na wir.– Co to jest? – zapytał Ponto [ Pobierz całość w formacie PDF ]