[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– Może nie ma go w domu – powiedział.Jednak po chwili za szybą pojawiła się głowa porośnięta rzadkim i siwym meszkiem.Ich oczom ukazał się staruszek po sześćdziesiątce z zarzuconym na plecy kocem, pod którym nic nie miał.– Kim jesteście? – warknął głośno, pozostawiającna szybie biały ślad swojego oddechu.W oczekiwaniu na odpowiedź chwycił trzymanąw dłoni strzelbę w taki sposób, że jej lufa stanowiła przedłużenie nosa, nabrzmiałego i upstrzonego gęstą siecią popękanych naczynek.– Pan Cosma?– Czego chcecie?– Chcemy z panem porozmawiać – zwrócił się proszącym tonem Lio.– Możemy wejść?– Nie – usłyszeli oschłą i zdecydowaną odpowiedź.Próbując uspokoić mężczyznę, Alba wychyliła siędo przodu i wykonała powitalny gest ręką.Och, piękna córo miłości, jestem sługą twych krągłości…– Nic nie mogę dla was zrobić – podsumował stanowczo właściciel domu.– Jestem stary, samotny, nie mam nic do jedzenia, nie posiadam nic wartościowego.– Chcemy tylko zadać panu kilka pytań – odparł Lio, chuchając sobie w dłonie.– Proszę nas wpuścić, żebyśmy mogli się ogrzać.Tylko na kilka minut.Mężczyzna odsunął się od szyby, ale jednak nie otworzył.Wtem ojciec pingwinicy wyskoczył z miotłą w ręce…Zniknął ponownie w niewidocznym z zewnątrz zakamarku swojego skromnego, zadymionego domostwa.– Nie życzę sobie, żebyście mi się naprzykrzali! – krzyknął znowu.Zostaw mą córkę w spokoju, bo kijem cię przepędzę!– Mamy pieniądze – powiedziała Alba.Ale starzec pozostał niewzruszony.Minęło kilka minut, podczas których Alba i Lio wielokrotnie chcieli już sobie pójść.W końcu drzwi się otworzyły – tak jakby widząc upór właściciela, same zdecydowały, że słowo „pieniądze” było pasującym do nich kluczem.– Jeszcze tu jesteście? – Mężczyzna przekroczyłpróg domu.Był stary, ale silny i dosyć dobrze umięśniony.Z jego ramion zwisał koc przytrzymywany przez ciężar opartej o bark potężnej siekiery.W drugiej ręce ściskał strzelbę myśliwską.Spojrzał w prawo i lewo, daleko poza drzewa, czujnie nasłuchał, czy nic nie nadjeżdża, ponieważ z miesca, w którym się znajdowali, nie było nic widać,a następnie zamknął drzwi na zasuwę i kłódkę.Na krze, która pękła z hukiem, palnął sobie w łeb pingwin, co nosił frak.Kiedy igła dotarła do końca płyty, a starzec udał sięw kierunku lasu, zaciskając w jednej pięści rękojeśćsiekiery a lufę strzelby w drugiej, Lio poczuł niewyobrażalną wręcz ulgę.– Możemy porozmawiać? – zapytał Lio, idąc za nim.– Nie – mruknął starzec ze znużeniem.– Za dużo osób przychodzi tu zadawać pytania.Alba próbowała zatrzymać Lio i przekazać mu spojrzeniem, że starzec budzi w niej strach i że wyglądał na szaleńca, ale ten postanowił iść za nim.– Zaczekaj tutaj – powiedział do niej.Nie musiał jej tego powtarzać dwa razy.Lio w dalszym ciągu szedł za starcem przez jakieś sto metrów, jakby chciał mu dać do zrozumienia, że tak łatwo nie zrezygnuje.– Idźcie sobie – powiedział mężczyzna.– Tylko kilka pytań.Staruszek nagle zatrzymał się i odwrócił.– Idźcie sobie – nakazał z powagą.Upuścił strzelbę na ziemię i uniósł do góry siekierę pełnymi wigoru i siły rękoma.Koc zsunął się z jego ramioni upadł, obnażając nagi tors oraz obwisłą, różową skórę.– Idźcie sobie.Lio zrobił krok do tyłu, aby oddalić się na bezpieczną odległość od siekiery, której ostrze lśniło niebezpiecznie nad jego głową.Zwyczajny krok do tyłu, spokojny.Nie zdążył nawet instynktownie podnieść ręki, żeby ochronić głowę przed nadchodzącym ciosem.Był zaskoczony, że w takiej chwili nie czuł strachu.Nawet cienia głębokiego niepokoju i zagubienia, które odczuwał z kolei, gdy zasiadał przed maszyną do pisania.Właśnie teraz, gdy stanął twarzą w twarz z agresjąi zagrożeniem, że zostanie zamordowany, był spokojny jak nigdy wcześniej, opanowany i gotowy do działania.Starzec wydał stłumiony krzyk i opuścił ze świstem siekierę.Wbił ją ze złością w pień drzewa i powiedział:– Twoja śmierć w zamian za moje życie.Po tych słowach kontynuował zadawanie ciosów korze, dysząc i spluwając rytmicznie.Alba dobiegła do Lio.Usiedli na kamieniu i zaczekali, aż starzec przestanie wyżywać się na drzewie.Rozdział 43Skąd jesteście?– Z Rzymu – odpowiedziała Alba, zakrywając nos mankietem płaszcza.– Dostaliśmy pańskie nazwisko od ojca Gabrielli z watykańskiego obserwatorium.Powietrzem wewnątrz domu prawie nie dało się oddychać, ponieważ było przepełnione śmierdzącymi oparami, które zdawały się rozsadzać nozdrza.Starzec wsunął metalową łyżkę do glinianego bukłaka, napełnił wodą garnuszek i zaniósł go do kominka.– Leonardo… – powiedział z głębokim namysłem.– Leonardo Gabrielli?– Dokładnie – powiedziała Alba.– Ja też nazywam się Gabrielli.– Ach, to jeżeli tak się sprawy mają…Starzec uklęknął przed kominkiem, dmuchnął w żari dorzucił trzecie polano.Dmuchnął ponownie, a następnie ustawił nad ogniem wodę do zagotowania.– Hm, jeżeli jesteście przyjaciółmi ojca Leonarda,to mam dla was caffeol – doskonały, a przynajmniej tak mówią, zamiennik kawy uzyskany z cykorii – jedna z wielu namiastek zafundowanych nam przez faszystowską autarkię i biedę.Trzymałem go na specjalną okazję i wydajemi się, że oto właśnie nadeszła.Pomimo samotności Cosmy i tego, że jego jedynym ubraniem była para postrzępionych spodni oraz dwa stare koce, którymi zakrywał nagie plecy, jego dom nieźle się prezentował.Nędza utrzymana była w ryzach, wnętrze przypominało prawdziwą bibliotekę zawierającą wiele wartościowych ksiąg.Ściany aż po sufit zakryte były regałami pełnymi zniszczonych książek.I wszędzie zioła, okazałe moździerze, wazony oraz niezliczona liczba przedmiotów, których Lio i Alba nie zdołaliby nawet nazwać.Alba wyjęła zza biustonosza zwój banknotów i podała mu dwa z nich – duże jak kartka w książce, opatrzone napisem:Włoski Bank Centralny Pięćdziesiąt LirówPłatne na okaziciela.– Zgodnie z obietnicą – powiedziała.Starzec wziął je bez wahania.– Zatem przybywacie z Rzymu.Słyszałem, że roi się tam ostatnio od nazistów.Powiedział to z nieskrywanym obrzydzeniem.– Jesteście od nich?– Nie – odparł Lio.Oboje z przekonaniem pokręcili głową [ Pobierz całość w formacie PDF ]