[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.— Porta nigra.— ćwiczyły się w wymawianiu nowych słów.W południe, gdy Robert odpoczywał w kleci na pryczy, obok niego położyła się Any.— Porta nigra — szepnęła, przesuwając jego dłoń w stronę swego podbrzusza.Delikatnie odsunął się od niej, wstał z pryczy.— Jeżeli dziś banda kaktusopodobnego opuści wioskę, to my uciekniemy— mówił do dziewczyny.Nie słuchała go, a jej oczy wyrażały żal.— Porta nigra — powtarzała jak na lekcji, z cichą nadzieją na usłyszenie pochwały za gorliwość w nauce, z pretensją za brak zainteresowania się nią, jej ciałem.— Jesteś miła, Any — mówił pochylony nad nią.— Lubię cię, nawet bardzo, ale chcę mieć dla siebie choć trochę szacunku.Wyszedł z chaty.W wiosce było widać przygotowania do nocnej wyprawy.Sprawdzano lodzie, na ich dnie układano siekiery, bosaki, nożyce do przecinania kłódek czy metalowych prętów.Robert wiedział już, że na pewno tego dnia wypłyną.Był to więc dzień ich ucieczki.— Any, wkrótce będziemy wolni — powiedział do dziewczyny po powrocie do chaty.— Rozumiesz, co to dla nas znaczy? Dla ciebie, dla mnie?Nie rozumiała.Jej wilgotne oczy patrzyły weń tkliwie, palce rąk dotykały jego dłoni, rozchylone usta prowokowały do pocałunków.— Nie teraz, moje dziecko — prosił.— Jutro znajdziesz się w wolnym świecie.Wtedy sama postanowisz, co wybrać, z kim będziesz chciała żyć, co pragniesz robić.Lekko przyciągała go ku sobie.— I wtedy zrozumiesz, dlaczego postępowałem właśnie tak, a nie inaczej.Pochylił się nad nią, pocałował w czoło.— Tego uczucia, jakie żywię do ciebie, nie pozwolę tak łatwo zniszczyć, zbrukać — szepnął do jej uszka.Całe popołudnie myślał o ucieczce.Jego uczennice mogłyby mu chodzić po głowie, a on nie zauważyłby tego.Dręczyły go różne obawy, jak na przykład ta, czy w ciemnościach poradzi sobie z odszukaniem wśród namorzynów drogi.Wreszcie na brzegu laguny zaroiło się od piratów.Z wojowniczym animuszem wsiedli do łodzi i powiosłowali.Robert odczekał, aż ostatnia łódź zniknie w gęstwinie zarośli, aż kobiety i dziewczęta zajmą się przedwieczornymi obowiązkami.Potem, upewniając się, czy nie jest śledzony, podszedł do łodzi, wybrał z nich najlepiej wyglądającą i zepchnął na wodę.Pozostałe przedziurawił.Wrócił po Any, wziął ją za rękę i poprowadził do łodzi.Już odbili od brzegu, a ona wciąż jeszcze nie zdawała sobie sprawy, w czym uczestniczy.Może sądziła, że jej przyjaciel ma prawo pływać po lagunie?Dopiero gdy z jej oczu zniknęła wieś Patu, a Robert wbił dziób łodzi w gęstniejący mrok rozpościerający się nad kanałem, pojęła znaczenie słowa tak często powtarzanego przez Roberta - ucieczka.Zapiszczała cichutko z radości, ciekawa tego, co ją czeka.Zapadła noc, jak zwykle w tropiku nagle, bez uprzedzenia szarówką, zmierzchem.Zrobiło się ciemno, jakby ktoś nad światem zaciągnąłkurtynę, jakby nieoczekiwanie wygaszono na scenie teatru światło.Robert kazał Any usiąść na dziobie lodzi, wypatrywać przeszkód i ostrzegać przed nimi.Posuwali się coraz wolniej, ze wzmożoną ostro-żnością, wsłuchując się w noc, starając się coś odczytać z jej tajemniczych głosów.Roberta najbardziej przerażała myśl o wężach, które w każdej chwili mogły się wślizgnąć do łodzi.Trzymając w rękach wiosła, nie mógł się odpędzać od komarów.Z przerażaniem myślał o konsekwencjach po ukąszeniu — malaria, filarioza, lejszmaniosa.Ale jeszcze bardziej bał się spotkania z bandą kaktusopodobnego, dlatego zapominał o komarach i zapamiętale wiosłował.Łódź często uderzała o podporowe mangrowe korzenie i wówczas musiał cofać ją.Tracili czas, a on siły fizyczne.Był już u kresu wytrzymałości, gdy poczuł świeży zapach morza.Kanał rozszerzył się, nieco łatwiej mógł uderzać wiosłami w wodę.Wreszcie ujrzał światła kotwiczne statków.Ożywi! się, szybciej wiosłował.Już nie lękał się spotkania z piratami [ Pobierz całość w formacie PDF ]