[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– Ten stary wariat? Amerykański malarz? O nim mówisz, Fanette?Jeśli coś odpowiadam, to niedosłyszalnie.– James… – ciągnie Jacques.– No tak, James.Przez lata próbowałem sobie przypomnieć to imię, ale nie mogłem.Myślałem nawet, żeby cię zapytać…Wstrząsa nim przytłumiony śmiech.Jego plecy zsuwają się trochę z poduszek.– Żartuję, Fanette.Dobrze wiem, że trzeba było cię trzymać z dala od tego wszystkiego.Żebyś o niczym nie wiedziała.Aniołowie stróże muszą być dyskretni, prawda? Do końca.To pierwsza zasada, której należy przestrzegać… A Jamesa nie masz co żałować.Może pamiętasz, mówił ci, że masz być egoistką, że powinnaś zostawić rodzinę.I wszystkich.I wyjechać.Doprowadzał cię wtedy do szaleństwa, byłaś ciągle jeszcze podatna na wpływy, miałaś niecałe jedenaście lat, mogły mu się udać jego zamiary… Najpierw mu groziłem, wyryłem wiadomość w jego kasecie malarskiej, kiedy spał, a spał prawie cały dzień, jak gruba gąsienica.Ale on o niczym nie chciał wiedzieć.Dalej cię torturował.Tokio, Londyn, Nowy Jork.Nie miałem wyjścia, Fanette, bobyś wyjechała, wtedy już nikogo nie słuchałaś, nawet matki.Nie miałem wyboru, musiałem cię ratować…Moje palce się rozwierają.Wspomnienia nie przestają buzować, jedno po drugim,w monstrualnej szczelinie.Ten nóż.Ten nóż na łóżku.Ten czerwony nóż.To nóż Jamesa.Jacques wbił go w serce malarza.Miał wtedy jedenaście lat.Ciągnie swoją odrażającą spowiedź.– Nie… Nie przewidziałem, że Neptun znajdzie ciało tego przeklętego malarza napolu zboża.Przeniosłem trupa, zanim przyszłaś z matką.Tylko kilka metrów, tak sądzę, to przecież było tak dawno.Wiesz, myślałem, że mi się nie uda, nigdy bym nie pomyślał, że ten suchy starzec tyle waży.Pewnie mi nie uwierzysz, ale przeszłyście obie, ty z matką, tuż obok mnie.Wystarczyłoby wtedy, żebyś odwróciła głowę.Ale nie zrobiłaś tego.Myślę, że w rzeczywistości nie chciałaś wiedzieć.Nie zobaczyłaś mnie, twoja matka też.To był cud, rozumiesz.Znak! Tamtego dnia zrozumiałem, żejuż nic mi się nie może przydarzyć.Że moja misja ma się spełnić.W następną noc zakopałem trupa gdzieś na łące.Dla dzieciaka to była straszna robota, wierz mi.Potem spaliłem wszystko, co zostało, stopniowo, sztalugi, płótna.Zachowałem tylko jego kasetę malarską jako dowód, jako dowód tego, co byłem zdolny dla ciebie zrobić.Masz pojęcie, Fanette, niespełna jedenastoletni chłopak! Upilnował, co, widzisz to teraz, twój anioł stróż?Jacques nie daje mi czasu na odpowiedź.Usiłuje rozpaczliwie podsunąć się na poduszki, ale wciąż się zsuwa, milimetr po milimetrze.– Żartuję, Fanette.Tak naprawdę to nie było bardzo trudne, nawet dla dziecka.Twój James był bezsilnym starcem.Cudzoziemcem.Amerykaninem, który się spóźniłdo Moneta dziesięć lat.Kloszardem, którym nikt się nie przejmował.W trzydziestym siódmym roku ludzie mieli inne zmartwienia.Na dodatek kilka dni wcześniej tuż koło Giverny znaleziono na łodzi zamordowanego robotnika hiszpańskiego.Wszyscy żandarmi zajmowali się tą sprawą, mordercę, marynarza z Conflans, przyskrzynili dopiero po kilku tygodniach.Pomarszczona dłoń Jacques’a szuka mojej dłoni.Zaciska się w próżni.– Wiesz, Fanette, dobrze mi robi, jak mówię o tym wszystkim.Potem oboje byliśmy spokojni przez lata… Pamiętasz.Razem dorastaliśmy, rozstaliśmy się tylko na czas, kiedy studiowałaś w szkole pedagogicznej w Evreux, potem wróciłaś do Giverny jako nauczycielka.Nasza szkoła! Wzięliśmy ślub w kościele Sante-Radegonde w Giverny w pięćdziesiątym trzecim roku.Wszystko było wspaniale.Twój anioł stróż siedział z założonymi rękami…Jacques znowu wybucha śmiechem.Tym śmiechem, który rozbrzmiewa w naszymdomu prawie codziennie przed telewizorem albo za gazetą.Jak mogłam się nie zorientować, że to śmiech potwora?– Ale licho nie śpi… Co, Stéphanie? Trzeba było, żeby zaczął się kręcić koło ciebie Jérôme Morval.Pamiętasz? Jérôme Morval, nasz kolega z klasy w szkolepodstawowej, ten, którego przezywałaś Camille, gruby Camille… Prymus!Przemądrzały.Tego to w szkole nie lubiłaś, Fanette, ale potem bardzo się zmienił.Udało mu się nawet zaciągnąć do łóżka tę małą donosicielkę Patricię.Tę, którą ty przezwałaś Mary, jak Mary Cassatt… Ale Patricia szybko przestała wystarczać grubemu Camille’owi [ Pobierz całość w formacie PDF ]