[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Jest to zdjecie, na jakie Tansy pewnie sama nigdy by nie popatrzyla, co sugeruje, ze byc moze rzeczywiscie jest Bog w niebiesiech.Tansy odwraca kartke (na froncie albumu wytloczono: ZLOTE WSPOMNIENIA) i oto widzi siebie i Irme na pikniku Mississippi Electrix, kiedy dziewczynka miala cztery lata, firmie zostal jeszcze rok do bankructwa i wszystko bylo mniej wiecej w porzadku.Na zdjeciu Irma kreci sie z usmarowana lodami twarza wraz ze stadkiem innych brzdacow.Wpatrujac sie nieruchomym wzrokiem w zdjecie, Tansy siega po szklanke kawowej brandy i upija lyczek.I nagle znikad (lub tez z miejsca, skad wszystkie co bardziej zlowieszcze i niepowiazane mysli wyplywaja w swiatlo naszej uwagi) przychodzi jej do glowy idiotyczny wiersz Edgara Allana Poe, ktory musiala wykuc na pamiec w dziewiatej klasie.Przez lata o nim nie pamietala i nie ma powodu teraz go sobie przypominac, lecz slowa pierwszej zwrotki bez wysilku i z calkowita wiernoscia pojawiaja sie w jej pamieci.Patrzac na Irme, Tansy recytuje je pozbawionym intonacji i przerw glosem, przez ktory bez watpienia pani Normandie zlapalaby sie za rzadkie siwe wlosy i zajeczala.Recytacja Tansy nie dziala na nas w ten sposob; zamiast tego napawa nas przejmujacym chlodem.Przypomina to deklamowanie poezji przez trupa.- ,,Noc juz byla, polnoc zgola; rozmyslalem w pocie czola nad trwozliwa tajemnica z dawna zapomnianych ksiag, przysypiajac niespodzianie, gdy rozleglo sie pukanie, jakby ciche chrobotanie w moj samotny, senny dom."*.Wlasnie w tym samym momencie slyszymy ciche stukanie do marnych drzwi z wlokna szklanego przyczepy airstream.Tansy Freneau podnosi bledny, zaszklony przez brandy wzrok.Ma zacisniete usta.- Les'ser? To ty?Mozliwe, mysli.Nie ludzie z telewizji, przynajmniej ma taka nadzieje.Nie chciala rozmawiac z ludzmi z telewizji, pogonila ich.Wie jakas ukryta i zalosnie przebiegla czescia umyslu, ze pocieszaliby ja i tlumili jej czujnosc tylko po to, zeby wyszla jak idiotka w blasku ich reflektorow, tak jak goscie ,,Jerry Springer Show" zawsze wychodza na durniow.Nie ma odpowiedzi.po czym stukanie rozlega sie na nowo.Stuk.Stukstuk.- ,,Jakis gosc - powiadam sobie - w moj samotny stuka dom, nocny gosc i tylko on".Stukanie nie przypomina odglosu wydawanego przez zgiete palce.Jest to wyzszy dzwiek, raczej kojarzacy sie z pojedynczym paznokciem.Lub dziobem.Tansy - byla matka - idzie do drzwi w mgielce alkoholu i prochow, szurajac golymi stopami po dywanie, ktory kiedys byl gruby, ale obecnie nieco wylysial.Otwiera drzwi, wpuszczajac mglisty letni wieczor.Nic nie widzi, bo patrzy za wysoko.Wreszcie cos szelesci na wycieraczce.Cos, jakies czarne stworzenie, wpatruje sie w nia lsniacymi, ciekawskimi oczkami.To kruk, omojboze, to kruk Poego, zjawil sie zlozyc jej wizyte.- Jezu, ale odlot - mowi Tansy i przegarnia dlonmi rzadkie wlosy.Gdyby Tansy zapytac, powiedzialaby, ze jest zbyt nawalona, by sie bac, lecz to najwidoczniej nieprawda, bo wydaje cichy okrzyk strachu i robi krok w tyl.Wrona przeskakuje zwawo przez prog i drobi po splowialym purpurowym dywanie, wciaz wpatrujac sie lsniacymi oczkami w kobiete.Na jej skrzydlach skrza sie skondensowane kropelki mgly.Wrona przeskakuje obok Tansy, po czym zatrzymuje sie i zaczyna stroszyc piora.Wyglada, jakby chciala zapytac: I jak mi idzie, kochanie?- Idz sobie - mowi Tansy.- Nie wiem, kurwa, cos ty za jedna ani czy tu naprawde jestes, ale.- Gorg! - upiera sie wrona, po czym rozposciera skrzydla i przelatuje przez salonik domu na kolkach - zweglona luska, odlupana z grzbietu nocy.Tansy krzyczy i kuli sie, ale Gorg sie do niej nie zbliza.Laduje na stoliku obok butelki, poniewaz pod reka nie ma popiersia Pallady.Tansy mysli: Pobladzila we mgle, to wszystko.Moze nawet ma wscieklizne albo te chorobe z Lyme, no, jak ona sie tam nazywa.Powinnam pojsc do kuchni po szczotke.Wygonic ja, zanim tu nasra.Kuchnia jest jednak za daleko.W obecnym stanie kuchnia wydaje sie Tansy lezec w odleglosci setek mil, gdzies w okolicach Colorado Springs.I pewnie nie ma tu w ogole zadnej wrony.Przypomnienie sobie tego przekletego wiersza wywolalo u niej halucynacje, to wszystko.to i utrata dziecka.Po raz pierwszy bol przebija sie przez mgielke, a Tansy krzywi sie wskutek jego okrutnego, przypominajacego uklucia drutem zaru.Przypomina sobie drobne raczki, ktore czasami tak milo kladly sie jej z bokow na szyi.Placz w nocy, wzywanie jej przez sen.Zapach coreczki swiezo po kapieli.- Nazywala sie Irma! - nagle krzyczy na mare, ktora tak smialo stoi obok butelki brandy.- Irma, nie cholerna Lenora, co to za durne imie: Lenora? No, zobaczymy, czy potrafisz powiedziec: Irma!- Irma - poslusznie skrzeczy gosc.Oszolomiona Tansy milknie.A oczy ptaka - ach! - jego lsniace slepka przykuwaja jej uwage, jak oczy Starego Zeglarza w innym wierszu, ktorego tez miala sie nauczyc, ale nigdy tego nie zrobila.- IrmaIrmaIrmaIrma.- Przestan!Jednak nie chce tego sluchac.Mylila sie.Imie jej corki brzmi w tym obcym gardle obrzydliwie, nieznosnie.Tansy chce zakryc dlonmi uszy, ale nie moze.Rece zbyt jej ciaza.Jej rece dolaczyly do kuchenki i lodowki (nedznego, zdezelowanego grata) w Colorado Springs.Potrafi tylko patrzec w te lsniace czarne oczka.Ptak stroszy sie przed nia, poprawia czarne jak satynowany heban skrzydla.Wydaja obrzydliwy szelest, od ktorego dreszcz przebiega ja po calym grzbiecie, i mysli: Proroku z piekla rodem! Czys jest bies czy bestia z dziobem!Pewnosc wypelnia jej serce jak lodowata woda.- Co wiesz? - pyta.- Dlaczego tu jestes?- Wiem! - kracze wrona Gorg, razno kiwajac glowa w gore i w dol.- Chodz!I czyzby mrugala? Dobry Boze, czy rzeczywiscie mrugnela do niej?- Kto ja zabil? - szepcze Tansy Freneau.- Kto zabil moje sliczne dziecko?Wrona mierzy ja nieruchomym wzrokiem, zamienia ja w robaka na szpilce.Powoli, czujac sie jeszcze bardziej jak we snie niz wczesniej (lecz to dzieje sie naprawde, Tansy rozumie to doskonale na jakims poziomie swiadomosci), podchodzi do stolu.Wrona wciaz ja obserwuje, wrona wciaz ciagnie ja do siebie.,,Plutonski nocy brzeg", mysli Tansy.Kurewski plutonski nocy brzeg.- Kto? Powiedz mi, co wiesz!Wrona wpatruje sie w nia lsniacymi czarnymi oczkami.Otwiera i zamyka dziob, ukazujac na krotkie chwile wilgotne, czerwone wnetrze.- Tansy! - skrzeczy.- Chodz!Nogi odmawiaja Tansy posluszenstwa; opada na kolana, przygryzajac az do krwi jezyk.Karmazynowe krople rozchlapuja sie na bluzie z godlem uniwersytetu stanu Wisconsin.Widzi, jak jedno skrzydlo ociera sie w gore i w dol, prawie zmyslowo, o butelke brandy.Gorg pachnie kurzem, stosami martwych much i pogrzebanymi, starozytnymi urnami z pachnidlami.Jej oczy to lsniace czarne okna, pozwalajace dojrzec jakis inny swiat.Byc moze pieklo.Albo Szeol.- Kto? - szepcze Tansy.Gorg wyciaga czarny, szeleszczacy dziob, az siega on do samego ucha Tansy.Zaczyna szeptac, az wreszcie Tansy Freneau jej przytakuje.Swiatlo rozumu zgaslo w jej oczach.Kiedy powroci? Och, mysle, ze wszyscy znamy odpowiedz na to pytanie.Mozecie powiedziec: ,,Nigdy wiecej"?Rozdzial szesnasty18.45.French Landingjest zamglone, wyplute i spokojne, chociaz czuje trwoge w sercu.Spokoj nie potrwa dlugo.Gdy zeslizg raz sie zacznie, nigdy nie zatrzymuje sie na dlugo.W Domu Maxtona Chipper zasiedzial sie do pozna i zwazywszy na relaksujace (aczkolwiek naprawde sensacyjne) obciagniecie druta, jakie zafundowala mu Rebecca Vilas na fotelu w gabinecie, jego decyzja zaliczenia paru nadgodzin nie jest zbyt zaskakujaca [ Pobierz całość w formacie PDF ]