[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.I wielu innych, których Karris znała w młodości albo którzy walczyli dla Dazena i których znała z drobiazgowych, żywych opisów.– Do kroćset! Tylko ty i ten chłopak możecie ocalić Gavina.Zabierz go i uciekajcie stąd w diabły! – wrzasnęła Samila Sayeh i oczy jej rozbłysły.Kiedy barykady się rozpadły, ludzie Corvana ruszyli.Karris poczuła, że Kip wierci się za nią.Armia lorda Omnichroma napierała jak przypływ.Karris dźgnęła konia piętami i ruszyła, zerkając przez ramię na magiczny pojedynek za jej plecami.Wystarczyło.Wszyscy ludzie Corvana przeszli przez most.Potem został już tylko prosty odcinek do portu, który przelecieli nabuzowani adrenaliną.Karris dojechała z ostatnią grupą.Corvan był daleko z przodu, szedł w stronę Gavina w głębi portu.Gavin pracował – wyglądało na to, że krzesze barki.Ktoś go powiadomił i Karris zobaczyła, jak rzuca swój krzywy uśmieszek Corvanowi.I wtedy zrozumiała.Jakby dostała pałką po głowie.Gardło jej się zacisnęło.Wszystkie kawałki układanki zawirowały i wpadły na swoje miejsce.Tysiąc fragmentów z minionych szesnastu lat i parę z ostatnich kilku dni.Ten uśmiech.Poklepanie Corvana po ramieniu tego ranka na murze.Gdyby Karris nie spędziła tyle czasu w Czarnej Gwardii, nie wychwyciłaby tego.Gavin i Corvan powinni się nienawidzić.Oczywiście, wszystko dało się wyjaśnić.Byli zawodowcami, to jasne.Mieli powody, żeby współpracować, niewątpliwie.Jednakże pewne dowodzenie i natychmiastowe posłuszeństwo – to przychodziło z czasem i z zaufaniem.A jak ci dwaj mogli sobie ufać?Kto, wracając z wojny, jest lepszym człowiekiem?Gavin powiedział: „To, co znajdziesz w liście to nie jest prawda.Przysięgam, że to nie jest prawda”.Po co Gavin nadstawiałby tyłka i kłamał, wiedząc, że za kilka minut wszystko się wyda?Bo to nie było kłamstwo.Ożeż w mordę.ROZDZIAŁ 91Karris zsiadła z konia, wytrącając Kipa z odrętwienia.Chłopak rozejrzał się wokół siebie, mrużąc oczy.Serce waliło mu młotem.Jeszcze przed chwilą trzymał się tej kobiety, bardziej przejmując się, gdy przywarł do niej, że rękami dotyka jej piersi i Karris pomyśli, że ją obmacuje, niż wybuchającą bronią i skrzącą magią.Był – zgodnie z wszelkimi racjonalnymi standardami – skończonym kretynem.A teraz nagle znaleźli się w porcie.Kip nie bardzo nadążał za wydarzeniami.Najpierw żołnierze chcieli walczyć z Corvanem, potem go powitali.Generał zaczął wydawać rozkazy i zniknął wśród ludzi, rozmawiając to z tą osobą, to z tamtą.Kip jednocześnie miał zawroty głowy i czuł w sobie niedźwiedzią siłę.Karris zaklęła w głos, ale nie rozumiał dlaczego.Pociągnęła go za ręce, nadal zaciśnięte na jej talii.Wypuścił ją i prawie spadł, kiedy ześlizgnęła się z siodła.– Za chwilę wrócę po ciebie.– Poklepała go po ręce.Nagle zobaczył wyraźniej jej twarz.Jakby widział ją na wylot, naprawdę rozumiał.Wyglądała… bezbronnie.Bezbronna? Karris Białodąb? W innej chwili Kip zaśmiałby się z tego.Teraz widział rzeczy zbyt wyraźnie.Mrużyła oczy.Po części z troski o Kipa, ale poklepała go po ramieniu, jakby mówiła: „Niedługo poczujesz się lepiej”, więc nie martwiła się tak naprawdę o niego.Denerwowała się z innego powodu.Odwróciła się i Kip zobaczył, jak się prostuje.Jej ramiona uniosły się – brała głęboki wdech.A potem pomaszerowała nabrzeżem, jakby była równie pewna siebie jak zawsze wśród żołnierzy, krzesicieli, żeglarzy i przerażonych cywili.Mimo rozgardiaszu, niepokoju i toczących się nieopodal walk, tłum rozstępował się przed tym ucieleśnieniem wojny i piękna – węzły mięśni i kobieca sylwetka, luksynowy miecz nadal dymiący na jej plecach, sadza na nagich ramionach i dekolcie, szponiasta bich’hwa w pięści, bose stopy, czarne włosy rozwiane na wietrze, pewny krok.Zatrzymała się przed miedzianowłosym krzesicielem, który pracował przy wielkiej barce.Odezwała się.Mężczyzna odwrócił się gwałtownie.Nie był to pierwszy lepszy mężczyzna.To był Pryzmat.Gavin natychmiast objął Karris.Z ulgą.Karris stała sztywno, z rękami wzdłuż boków, albo zaszokowana, albo urażona – Kip nie wiedział.A potem powoli, stopniowo, sztywność w jej rękach i ramionach stopniała.Jej ręce się poruszyły, przeniosły na plecy Gavina i w końcu Karris odwzajemniły uścisk.I wtedy Gavin zobaczył Kipa.Zaskoczenie.Wypuścił Karris, coś powiedział.Otwarta dłoń Karris z trzaskiem uderzyła go w policzek.Gavin uniósł ręce.Co ja takiego powiedziałem?Karris już odchodziła szybkim krokiem, nie odpowiedziawszy.Gavin spojrzał na nią, na Kipa i na niedokończoną barkę za sobą.Opuścił ręce.Kip mógłby przysiąc, że słyszał jego przekleństwo aż stamtąd.Chciał się zapaść w sobie.Jakby widział kłótnię rodziców [ Pobierz całość w formacie PDF ]